— Proszę usiąść i mnie wysłuchać. Powinna pani to wiedzieć.
Pacjentka przez kilka sekund patrzyła na nią nieruchomo. Potem powoli opadła na leżankę.
Irena ciężko nabrała powietrza.
— Dwadzieścia siedem lat temu byłam na czwartym roku medycyny. Odbywałam praktykę na chirurgii. I byłam wtedy zakochana.
Spojrzała w stronę okna.
— Tak, jak chyba kocha się tylko raz w życiu.
Młoda kobieta milczała.
— Miał na imię Wiktor.
Pacjentka drgnęła.
Irena natychmiast to zauważyła.
— Wiktor Nowak. Pani ojciec.
Kobieta szeroko otworzyła oczy.
— Mieliśmy się pobrać. Wszystko było już ustalone. Ślub miał odbyć się latem. Wybierałam suknię, moja mama rozmawiała z rodziną o gościach. A potem pojawiła się Teresa. Pielęgniarka z sąsiedniego oddziału.
Lekarka przymknęła powieki.
— Na początku roku dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Pamiętam, jak pobiegłam do Wiktora. Byłam szczęśliwa. Byłam pewna, że on również się ucieszy.
Usta Ireny wykrzywił gorzki uśmiech.
— A on pobladł.
Pacjentka nie poruszyła się.
— Powiedział, że ślubu nie będzie. Że jest inna kobieta. I że urodziła mu się już córka. Miała wtedy mniej więcej trzy miesiące.
— To byłam ja… — wyszeptała młoda kobieta.
— Tak. To była pani.
Cisza w gabinecie zgęstniała.
— Przez prawie pół roku codziennie mnie okłamywał. Patrzył mi prosto w oczy, mówił o ślubie, układał ze mną przyszłość, a jednocześnie żył już innym życiem.
Irena zacisnęła palce.
— Kilka miesięcy później przydzielono mnie do operacji jako asystentkę. Przepuklina pępkowa. Sześciomiesięczne dziecko. Otworzyłam dokumentację i zobaczyłam nazwisko matki: Teresa Sokołowska.
Spojrzała na bliznę.
— To była pani.
Pacjentka spuściła wzrok.
— Ręce trzęsły mi się tak mocno, że szew wyszedł w kształcie tego dziwnego przecinka.
Irena umilkła na dłuższą chwilę.
— Tydzień później straciłam dziecko.
Młoda kobieta podniosła głowę.
— Tak mi przykro…
— Lekarze powiedzieli, że powodem był silny stres i wyczerpanie nerwowe. Później pojawiły się komplikacje. Zakażenie. Stan zapalny. Dwie operacje.
Ostatnie słowa wypowiedziała prawie beznamiętnie.
— A potem usłyszałam, że już nigdy nie będę mogła mieć dzieci.
Pacjentka siedziała bez ruchu.
W jej oczach zbierały się łzy.
— Naprawdę bardzo mi przykro. Ale… przecież ja nie odpowiadam za to, co zrobili moi rodzice.
Irena długo na nią patrzyła.
— Nie.
To jedno słowo kosztowało ją zaskakująco dużo.
— Rzeczywiście nie jest pani winna.
Odeszła od drzwi i stanęła przy oknie.
— Ale czy potrafi pani sobie wyobrazić, jak to jest? Każdego dnia patrzeć na kobiety w ciąży. Widzieć na ekranie maleńkie serca. Mówić: „Wszystko jest dobrze, dziecko rozwija się prawidłowo”. I jednocześnie wiedzieć, że samemu nigdy się tego nie doświadczy.
Przesunęła dłonią po parapecie.
— Później wyszłam za mąż. Mój mąż był dobrym człowiekiem. Byliśmy razem pięć lat.
— Dlaczego się rozstaliście?
— Chciał mieć dzieci.
Irena wzruszyła ramionami.
— Potem poznał kobietę, która mogła mu je dać. A ja znów zostałam sama.
Odwróciła się do pacjentki.
— A Wiktor? Czy pani ojciec jest szczęśliwy?
Młoda kobieta nagle odwróciła wzrok.
— Odszedł od mamy, kiedy miałam sześć lat.
Irena znieruchomiała.
— Do innej kobiety?
— Tak.
Pacjentka przez chwilę milczała.
— Po tym wszystkim mama bardzo się zmieniła. Najpierw była po prostu przygnębiona. Potem zaczęła pić. Kilka lat temu miała udar. Teraz mieszka w zakładzie opiekuńczym. Prawie nie chodzi i z trudem mówi.
— Odwiedza ją pani?
Kobieta spuściła oczy.
— Od dwóch lat nie.
Irena przez długi czas się nie odzywała.
— Czyli Teresa również nie dostała życia, dla którego zniszczyła życie innych.
Na jej twarzy pojawił się osobliwy uśmiech.
— Może właśnie na tym polega jakaś sprawiedliwość.
— Proszę otworzyć drzwi — poprosiła pacjentka. — Mam męża. Mam rodzinę. Nie wolno mi się denerwować.
— Męża…
Irena nagle zmarszczyła czoło.
Jakaś myśl połączyła się z inną.
— Jak pani mąż ma na nazwisko?
— Czarnecki.
— Imię?
— Andrzej.
Lekarka gwałtownie podniosła głowę.
— Andrzej Czarnecki?
— Tak.
Irena poczuła, jak świat po raz drugi rozpada się na jej oczach.
— Wysoki? Ciemne włosy? Małą pieprzykowatą plamkę po lewej stronie szyi?
Pacjentka pobladła.
— Tak. Skąd pani go zna?
Przez kilka sekund lekarka tylko patrzyła na kobietę.
A potem nagle wybuchnęła śmiechem.
Prawdziwym.
Gorzkim.
Takim, który szybko zamienił się we łzy.
— Andrzej Czarnecki jest moim siostrzeńcem.
— Co?
— Synem mojej młodszej siostry.
Irena otarła policzki.
— Znam go od dnia jego narodzin. Kiedy był dzieckiem, połowę wakacji spędzał u mnie.
Pokręciła głową.
— Życie naprawdę potrafi wymyślić najbardziej okrutne żarty.
Pacjentka nie wiedziała, co powiedzieć.
— Moja siostra przez całe życie mi współczuła. Płakała razem ze mną po operacjach. Pocieszała mnie, kiedy odszedł mąż. A teraz jej syn jest mężem córki kobiety, którą przez niemal trzydzieści lat uważałam za przyczynę wszystkich swoich nieszczęść.
Irena znów spojrzała na niewielką bliznę.
— I dowiaduję się o tym przypadkiem. Przez ślad, który sama zostawiłam na pani brzuchu.