Stary, niebieski czajnik z wyszczerbionym brzegiem nadal stał za kuchennym oknem.
Huśtawka poruszyła się raz, potrącona przez wiatr.
Waldemar podniósł głowę, kiedy się zbliżyliśmy.
Wyglądał na zaskoczonego, a może również trochę zawstydzonego swoim zarośniętym podwórkiem.
Zatrzymałem się przy najniższym stopniu.
— Dzień dobry.
Skinął głową.
— Dzień dobry.
Spojrzałem na trawę, a potem na puste krzesło stojące obok niego.
— Wygląda na to, że pańska sobota potrzebuje trochę towarzystwa — powiedziałem.
Jego twarz zmieniła się powoli.
Tak zmienia się ciemny pokój, kiedy ktoś otwiera drzwi.
Kilka miesięcy później Hania zauważyła, że mosiężny klucz wciąż wisiał przy moich kluczach.
Staliśmy przy słonecznikach Teresy i zbieraliśmy nasiona na wiosenne sadzenie.
— Dlaczego nadal go nosisz? — zapytała.
Uklęknąłem przed nią i położyłem klucz na jej dłoni.
— Ten klucz nie otwiera już domu, kochanie.

Przesunęła palcem po gładkiej krawędzi.
— To co właściwie otwiera?
— Tę część naszego serca, która potrafi zauważyć, kiedy ktoś czeka.
Hania spojrzała w stronę werandy Waldemara.
Robert siedział obok starszego mężczyzny i udawał, że nie wie, gdzie ukrył jego okulary.
Ola nalewała herbatę.
Ciasto studziło się na poręczy.
Hania zacisnęła palce wokół klucza.

— Kiedy dorosnę, mogę być następna?
Oczy zaszły mi łzami, zanim zdążyłem odwrócić głowę.
— Miałem nadzieję, że właśnie o to zapytasz, córeczko.
Teresa nauczyła mnie, że samotność nie znika.
Po prostu przenosi się do innego domu.
Siada za innym oknem.
A czasami, żeby do niej dotrzeć, wystarczy przejść dziesięć zwyczajnych kroków przez podjazd.