Katarzyna musiała wrócić do miasta, ponieważ następnego ranka czekało ją ważne szkolenie. Obiecała, że przyjedzie z powrotem o świcie.
Michał również wypił zdecydowanie za dużo.
Jego małżeństwo z Katarzyną od dawna przeżerał kryzys. Codzienne sprzeczki, niekończące się pretensje, obojętność i zmęczenie niemal całkowicie wypchnęły miłość z ich związku. Mieszkali obok siebie jak dwoje obcych ludzi, których łączyły już tylko kredyt hipoteczny i przyzwyczajenie.
W pewnej chwili na werandzie zostali wyłącznie on i Halina. Wąski sierp księżyca rzucał blade światło na stół, na którym wciąż stały talerze z resztkami kolacji.
— Wiesz, Michał — odezwała się cicho, powoli obracając kieliszek w palcach — czasami wydaje mi się, że nigdy nie żyłam dla siebie. Zawsze byłam żoną, matką, kimś, kto musi zachować się właściwie. Całe życie poświęcałam innym. A przecież ja nadal żyję. Nadal potrafię coś czuć.
Po raz pierwszy tak otwarcie mówiła mu o swojej samotności. Opowiadała, że Stanisław od dawna był dla niej właściwie tylko współlokatorem, z którym ledwie zamieniała kilka zdań dziennie.
Michał słuchał i czuł rodzącą się między nimi niepokojącą bliskość. Tamtej nocy przestał widzieć w niej wyłącznie matkę swojej żony.
Siedziała przed nim kobieta — zmęczona, rozczarowana i zagubiona dokładnie tak samo jak on.
Później nie potrafił już przypomnieć sobie, kto wykonał pierwszy ruch. W pamięci pozostał mu jedynie zapach jej perfum, w którym delikatna konwalia mieszała się z gorzkimi ziołami, ciepło skóry i ledwie słyszalny szept:
— To niczego nie zmieni… Tylko ten jeden raz. Jakbym znowu miała dwadzieścia lat…
Kiedy następnego ranka obudził się w pokoju gościnnym, zalało go poczucie głębokiego wstydu. Czuł się jak najgorszy zdrajca.
Tymczasem Halina krzątała się już w kuchni, smażyła naleśniki i zachowywała tak, jakby poprzedniego wieczoru nie wydarzyło się między nimi nic poza szczerą rozmową.
Ustalili, że będą milczeć.
Że zapomną.
Że tamta noc zostanie na zawsze wykreślona z ich życia.
I niemal im się udało.
Aż do dzisiaj.
Aż do tego znamienia.
Michał przetarł dłonią spocone czoło. Pielęgniarki mijały go i rzucały mu zaniepokojone spojrzenia, lecz niemal ich nie zauważał. Myśli pędziły bez ładu.
„Chłopiec i dziewczynka… Bliźnięta… Czyli dziewczynka też jest moja?”
Znamię widział tylko na szyi chłopca, lecz sam nosił takie samo przez całe życie. Bliźnięta mogły być dwujajowe, ale zostały poczęte tej samej nocy.
W jego głowie prawie nie było już miejsca na wątpliwość.
Stał się ojcem własnego szwagra i szwagierki.
Potworność i absurd tej myśli były tak wielkie, że przez moment wydawało mu się, iż zacznie się śmiać. Zamiast śmiechu z jego piersi wydobył się jednak stłumiony, bolesny szloch.
Drzwi sali otworzyły się cicho.
Na korytarz wyszła Halina.
Miała na sobie miękki szpitalny szlafrok. Jedną ręką podpierała się o ścianę, drugą ostrożnie przytrzymywała brzuch. Jej twarz była popielata i wyczerpana, lecz w oczach płonął dziwny, niemal gorączkowy blask — jasny, przenikliwy i niepokojący.
— Michał, musimy porozmawiać. Chodź tam — powiedziała, wskazując ruchem głowy mały pokój odwiedzin na końcu korytarza.
Weszli do ciasnego pomieszczenia z dwoma wysiedzianymi fotelami, starym telewizorem i lodówką, która jednostajnie buczała w kącie.
Przez kilka chwil panowała całkowita cisza.
— Czyli… zrozumiałeś, prawda? — zapytała w końcu, nie spuszczając z niego wzroku.
— Na jego szyi jest dokładnie takie samo znamię jak moje, pani Halino. Co do najmniejszego szczegółu. Doskonale pani wie, co to oznacza.
— Mów ciszej — przerwała mu ostro, unosząc dłoń. — A teraz wysłuchaj mnie do końca.
Wzięła głęboki oddech.
— Stanisław nie może mieć dzieci. Nigdy nie mógł. Kiedy był młody, przeszedł świnkę z bardzo poważnymi powikłaniami. Jeszcze przed ślubem poznałam prawdę. Lekarze ją potwierdzili.
Michał znieruchomiał.
Znów poczuł, jak podłoga usuwa mu się spod stóp.
— A Katarzyna…? — zdołał wyszeptać.
— Katarzyna jest moją córką.
Przez długą chwilę patrzył na Halinę bez słowa. Potrzebował odpowiedzi, która albo ocali resztki jego rozsądku, albo zniszczy go ostatecznie.
— Chce pani powiedzieć… że Katarzyna jest pani córką z innym mężczyzną? — Głos mu się załamał. — Stanisław o tym wiedział?
Halina powoli opadła na wysiedziany fotel. Przy tym ruchu skrzywiła się i cicho jęknęła z bólu po świeżych szwach.
— Oczywiście, że wiedział. I zgodził się na to. Kochał mnie. Nie mógł dać mi dziecka i nie chciał, żebym przez całe życie cierpiała z tego powodu.
Na moment przymknęła oczy.
— Znaleźliśmy dawcę. Anonimowego. Wtedy nie mówiło się o tym tak otwarcie jak dzisiaj, ale sens był ten sam. Biologicznie Katarzyna nie jest jego córką, jednak to on ją wychował. Był dla niej ojcem od pierwszego dnia. I nigdy nie pozna prawdy.
Powoli podniosła wzrok na Michała.
— Tak samo jak tych dwoje nigdy nie dowie się prawdy o tobie.
— Więc oczekuje pani, że będę udawał, jakby nic się nie stało? — Michał zaśmiał się gorzko. — Mam dalej żyć z Katarzyną, wiedząc, że spałem z jej matką? Że… do cholery… zostałem ojcem dzieci własnej teściowej? To obłęd. To nie może być prawda… Chyba naprawdę oszalałem.