W zimnym, wybielonym pokoju światło w niczym nie przypominało początku nowego dnia. Bardziej kojarzyło się z reflektorem oświetlającym tragedię napisaną dużo wcześniej, zanim Katarzyna przekroczyła próg. Odwróciła się nie w stronę łóżka, lecz korytarza, zostawiając mięso i warzywa na kuchennym stole.
Nie wszystko, pomyślała, da się ponownie ogrzać.
CZĘŚĆ 3
Korytarz wydawał się teraz dłuższy niż kilka minut wcześniej. Był niczym chłodne, białe gardło, które połykało ją krok po kroku. Katarzyna nie obejrzała się za siebie. Nie potrafiła. Obraz dłoni Marka spoczywającej na ramieniu Pawła wypalił się pod jej powiekami jak ślad po fleszu — jaskrawy, zniekształcony i niemożliwy do zapomnienia.
Dotarła do kuchni. Torby z zakupami wciąż stały na blacie, żałośnie zwyczajne wobec tego, co wydarzyło się kilka metrów dalej. Mięso wilgotniało w papierze, warzywa zaczynały mięknąć w stojącym, nagrzanym powietrzu mieszkania. Katarzyna patrzyła na nie i próbowała uchwycić logiczny ciąg myśli, który za każdym razem rozpadał się, zanim zdążyła go dokończyć.
Podeszła do blatu i podniosła parę butów, które wcześniej upuściła. Obejrzała je jeszcze raz. Noski były wytarte. Ktoś przemierzył w nich wiele dróg. Skoro nie należały do niej, a Marek i Paweł byli… właśnie tacy… to czyj kobiecy ślad zajmował miejsce w ich przedpokoju?
— Katarzyna.
Głos dobiegł od strony sypialni. Marek stał w drzwiach. Narzucił na siebie szlafrok, pasek zawiązał niedbale, a włosy miał potargane snem i wszystkim, co przez ostatnie miesiące pozostało niewypowiedziane. Nie wyglądał jak czarny charakter. Przypominał raczej człowieka, który przez cztery miesiące wstrzymywał oddech i właśnie odkrył, że dłużej nie potrafi.
— Do kogo należą? — zapytała Katarzyna niepokojąco spokojnym głosem, unosząc buty.
Marek oparł się o framugę. Cień przeciął jego twarz.
— Należały do twojej siostry, Katarzyno. Zanim umarła. Ja… znalazłem je w schowku, kiedy ciebie nie było. Przyniosłem je tutaj, bo brakowało mi odgłosu czyichś kroków w tym mieszkaniu. Brakowało mi wrażenia, że ta rodzina jeszcze jakoś działa.
Katarzyna poczuła, jak uchodzi z niej powietrze. Kłamstwo. Kolejna warstwa czegoś, czego nie rozumiała. Jej siostra nie żyła od pięciu lat.
— A Paweł? — wyszeptała. — Dlaczego był tam z tobą? Dlaczego tak na ciebie patrzył?
Marek ruszył w jej stronę, lecz Katarzyna natychmiast się cofnęła, aż plecami dotknęła chłodnej krawędzi kuchennego blatu.
— Paweł prawie nie śpi — powiedział. Tym razem jego głos zadrżał. — Kiedy wyjechałaś, wróciły koszmary. Te związane z wypadkiem. Nie potrafił zostać sam w swoim pokoju. Przychodził do mnie o trzeciej nad ranem, cały roztrzęsiony, przerażony. Pozwalałem mu zostać. Tylko wtedy czuł się bezpiecznie.
Urwał, jakby szukał na jej twarzy choćby najmniejszego śladu wiary.
— Nie ukrywaliśmy przed tobą zdrady, Katarzyno. Ukrywaliśmy, że bez ciebie jesteśmy rozsypani. Nie wiedzieliśmy, jak powiedzieć ci, że ten „idealny” dom, do którego tak chciałaś wrócić, zaczął się walić w tej samej chwili, w której zamknęły się za tobą drzwi.
Katarzyna spojrzała ponad jego ramieniem. Paweł stał teraz w cieniu korytarza, owinięty kocem. Oczy miał czerwone, puste i zmęczone. W tej chwili bardziej przypominał kogoś, kto ocalał z katastrofy, niż syna czekającego na matkę.
Dopiero wtedy dotarło do niej, że czyste, pedantycznie uporządkowane mieszkanie wcale nie świadczyło o tym, że wszystko było pod kontrolą. Było raczej znakiem odrętwienia. Oni nie żyli normalnie. Prawie się nie poruszali. Podtrzymywali jedynie zewnętrzną powłokę domu, podczas gdy sami kulili się obok siebie w ciemności, czekając, aż ona wróci i ponownie wpuści do tej pustki powietrze.
A jednak to, co zobaczyła w sypialni — intymność ich wspólnego cierpienia i sposób, w jaki nie dopuścili jej nawet do własnego bólu — nadal smakowało jak szczególny rodzaj niewierności. Nauczyli się trwać bez niej, nawet jeśli robili to źle.
Zakupy. Spojrzała na jedzenie. Wracała z myślą, że znów będzie tą, która troszczy się, karmi i ogrzewa dom.
Rzeczywistość była inna. Oni nie potrzebowali jej zupy ani obiadu. Potrzebowali dawnej wersji Katarzyny, a tej kobiety już nie było.
Wyciągnęła rękę i dotknęła zimnego kamienia blatu. Ogarnęła ją dziwna, odrętwiała jasność. Nie była bohaterką powracającą z dalekiej podróży. Czuła się jak obca osoba, która weszła do grobowca.
— Dzisiaj nie mogę tutaj zostać — powiedziała głosem tak cichym, jakby należał do jej cienia.
Nie czekała, aż zaczną ją zatrzymywać. Nie czekała też, aż odezwie się Paweł. Chwyciła klucze i torby z jedzeniem, bo zostawienie ich na blacie wydawało jej się czymś niemal tak strasznym, jak pozostawienie w mieszkaniu fragmentu własnego martwego ciała. Potem wyszła.
Gdy schodziła po schodach, cisza klatki schodowej znów ją otoczyła. Tym razem jednak nie odebrała jej sił. Po prostu zeszła razem z nią na ulicę — chłodna, surowa i wreszcie uczciwa.