Nazajutrz po naszej nocy poślubnej zadzwonili z urzędu i kazali mi natychmiast przyjechać, ostrzegając, żebym niczego nie mówiła mężowi — kiedy poznałam prawdę, było już za późno…

Telefon z Urzędu Stanu Cywilnego, odebrany o świcie po weselu, w jednej chwili zburzył wszystko, w co Joanna dotąd wierzyła. Urzędniczka nalegała, by przyjechała jak najszybciej, i kilkakrotnie powtórzyła, że pod żadnym pozorem nie wolno jej wspominać o rozmowie Michałowi. Kiedy Joanna wreszcie zrozumiała, dlaczego została wezwana, nie miała już dokąd wracać.

Rankiem po ślubie hotelowy pokój nadal wypełniała odurzająca woń lilii, delikatna nuta drogich perfum i gorzkawy aromat kawy, która zdążyła zupełnie wystygnąć. Przez wąską szczelinę między ciężkimi zasłonami wpadało słońce, pozostawiając złote smugi na białym welonie niedbale rzuconym na fotel oraz na otwartych walizkach stojących przy ścianie. Joanna siedziała bez ruchu na brzegu łóżka i przyglądała się śpiącemu Michałowi. W łagodnym porannym świetle jego twarz wyglądała tak spokojnie, że przypominał chłopaka młodszego o kilka lat, wolnego od trosk i tajemnic. Za pięć godzin mieli samolot do Gdańska, a potem kilka dni w Sopocie — podróż poślubną, o której rozmawiali i marzyli od wielu miesięcy.

Ciszę rozdarło nagłe, ostre brzęczenie telefonu. Joanna drgnęła i natychmiast chwyciła aparat leżący na szafce nocnej, bojąc się, że dźwięk obudzi Michała. Na ekranie widniał nieznany numer stacjonarny z ich miasta.

— Słucham? — wyszeptała.

Wyszła na balkon i ostrożnie zamknęła za sobą drzwi.

— Czy rozmawiam z panią Joanną Kaczmarek? Nazywam się Elżbieta Majewska. Jestem starszą inspektorką w Urzędzie Stanu Cywilnego, w którym wczoraj zawarli państwo małżeństwo. Dzwonię w wyjątkowo ważnej sprawie — oznajmiła kobieta urzędowym tonem, lecz pod oficjalną powściągliwością wyraźnie kryło się napięcie. — Podczas sprawdzania dokumentów system wykazał poważną niezgodność. Musi pani stawić się u nas osobiście tak szybko, jak to możliwe.

— Ale za kilka godzin odlatujemy! — odpowiedziała Joanna.

Poczuła, jak lodowaty niepokój zaciska się wokół jej serca.

— Nie można tego wyjaśnić później albo załatwić zdalnie?

— Niestety nie. I jeszcze jedno, pani Joanno… — Urzędniczka na moment zamilkła, po czym ściszyła głos. — Proszę przyjechać sama. Niech pani niczego nie mówi Michałowi. To dla pani dobra. Proszę się pospieszyć. Będę czekała w pokoju numer dwanaście.

Połączenie zostało przerwane tak nagle, że Joanna jeszcze długo stała pośrodku balkonu z telefonem przy uchu. Wciągała chłodne poranne powietrze, lecz ucisk w piersi ani trochę nie ustępował.

„Przyjedź sama. Nie mów mężowi”.

Te słowa powtarzały się w jej głowie bez końca, nie pozwalając znaleźć żadnego rozsądnego wyjaśnienia.

Kiedy wróciła do pokoju, Michał już nie spał. Przeciągnął się, spojrzał na nią i uśmiechnął się tak ciepło i szczerze, jak robił to zawsze.

— Dzień dobry, żono — powiedział pogodnie.

Joannę zabolało w piersi. Kłamstwo, które miała za chwilę wypowiedzieć, wydało jej się tak ciężkie, że niemal odczuwała jego fizyczny ciężar.

— Michał, właśnie dzwonili z pracy — zaczęła, wkładając ogromny wysiłek w to, by głos jej nie zadrżał. — W dokumentach dotyczących ostatniego przetargu coś się nie zgadza. Dyrektor jest wściekły. Muszę pilnie podjechać i podpisać protokół, bo inaczej podobno wstrzymają wypłatę premii.

Wyraz jego twarzy natychmiast się zmienił.

— W niedzielę? I to pierwszego ranka po naszym ślubie? Niektórzy naprawdę nie mają ani sumienia, ani odrobiny przyzwoitości. Zawiozę cię.

— Nie, nie trzeba! — odpowiedziała zbyt szybko.

Widząc jego zdziwienie, spróbowała natychmiast złagodzić ton.

— Odpocznij jeszcze. Prześpij się trochę. Pojadę taksówką, podpiszę, co trzeba, i wrócę najwyżej za godzinę. Ty w tym czasie jeszcze raz sprawdź walizki. Może czegoś zapomnieliśmy.

Czterdzieści minut później samochód zatrzymał się przed okazałym kamiennym gmachem Urzędu Stanu Cywilnego. Jeszcze wczoraj wchodzili przez główne drzwi przy dźwiękach marsza weselnego, otoczeni rodziną i przyjaciółmi, z sercami pełnymi szczęścia i nadziei. Dzisiaj Joanna została wpuszczona bocznym wejściem przeznaczonym dla pracowników. Skradając się niemal bezgłośnie pustym korytarzem, czuła się tak, jakby to ona dopuściła się ciężkiego przestępstwa.

W budynku panowała niemal zupełna cisza. W pokoju numer dwanaście czekała na nią kobieta w średnim wieku, nosząca okulary w grubych oprawkach. Na biurku leżała cienka teczka, która w oczach Joanny wyglądała tak, jakby ważyła kilka ton.

— Proszę usiąść, pani Joanno — powiedziała Elżbieta Majewska, wskazując krzesło. — Przepraszam, że musiałyśmy załatwić to w tak poufny sposób. Kiedy po automatycznym porównaniu baz różnych instytucji pojawia się podobny alert, przepisy nakazują nam przekazać informację małżonkowi wyłącznie podczas osobistej rozmowy.

— Jaką informację? O jakiej niezgodności pani mówi? — zapytała Joanna.

Ściskała torebkę tak mocno, że jej palce stały się zupełnie białe.

Urzędniczka wzięła głęboki oddech i powoli otworzyła teczkę.

— Po wczorajszym zarejestrowaniu państwa małżeństwa dane zostały automatycznie sprawdzone w kilku systemach.