— Może zjesz kolację w kuchni? — zaproponował teść w sylwestrowy wieczór, nie przypuszczając, że synowa zabierze ze stołu wszystko, co sama przygotowała

— Anno! Długo jeszcze będziesz się tam grzebać? — potężny głos Edwarda Krawczyka przetoczył się z salonu i zabrzmiał tak, jakby odpowiedź inna niż natychmiastowe posłuszeństwo w ogóle nie wchodziła w rachubę. — Goście będą za dwie godziny, a półmiski z wędlinami nadal stoją puste!

Całe mieszkanie wypełniał ciężki, tłustawy zapach kaczki piekącej się w piekarniku. Wsiąkł w zasłony, tapetę, obrusy, a nawet w płaszcze wiszące w przedpokoju. Kiedyś taki aromat kojarzył Annie z domowym świętem. Tego dnia pachniał wyłącznie wyczerpaniem, które osiadło na niej jak mokry, niewidzialny płaszcz.

Zegar nad kuchenką wskazywał wpół do piątej. Trzydziesty pierwszy grudnia. W wielu polskich domach krojono właśnie warzywa do sałatki, z telewizorów dobiegały dialogi ze starych komedii, a ludzie zaczynali odliczać godziny do północy. Anna czuła się jednak tak, jakby od świtu przepracowała dwie zmiany przy przemysłowym piecu.

Przetarła czoło grzbietem dłoni, zostawiając na skórze jasną smugę mąki, i na kilka sekund mocno zacisnęła powieki.

— Zdążę ze wszystkim, panie Edwardzie — odpowiedziała, usiłując utrzymać spokojny ton. — Kaczka prawie gotowa, galareta tężeje na balkonie. Zostało mi tylko napełnić tartaletki kawiorem.

Teść wszedł do kuchni bez pośpiechu, szurając miękkimi kapciami. Poprawił na piersi domową, bordową marynarkę z weluru. Edward Krawczyk prezentował się okazale: masywny, siwiejący mężczyzna z włosami ułożonymi tak starannie, jakby przed chwilą opuścił zakład fryzjerski. Na utrwalenie tej fryzury zużywał zapewne pół puszki lakieru, a jej kształt nie zmienił się od czasów późnych lat osiemdziesiątych.

Obrzucił krytycznym spojrzeniem stół zastawiony miskami, blachami, deskami, otwartymi słoiczkami i talerzami.

— Kawioru nie żałuj — polecił, pochylając się nad ramieniem synowej niczym kontroler sprawdzający dokumenty przed audytem. — Przyjdzie Zbigniew z żoną, będzie też Marek. To ludzie na poziomie, przyzwyczajeni do porządnego przyjęcia. Nie mam zamiaru się przed nimi kompromitować. Posmarowałaś tartaletki masłem?

— Posmarowałam — odparła Anna, nie przerywając pracy.

— Pilnuj tylko, żeby wszędzie była taka sama warstwa. Ostatnio w jednej wystawał kawał masła, w drugiej prawie go nie było. Naprawdę było mi niezręcznie przed ludźmi.

— Panie Edwardzie, może chociaż pomoże mi pan nakryć do stołu? — zapytała bez odwracania głowy. — Trzeba przynieść świąteczną porcelanę i wypolerować kieliszki. Nie dam rady jednocześnie doglądać piekarnika i biegać do salonu.

Edward westchnął demonstracyjnie, po czym przekręcił na palcu ciężki, złoty sygnet.

— Moja droga, bardzo chętnie bym pomógł, ale przecież wiesz, co dzieje się z moim kręgosłupem. Lekarz zabronił mi schylania się i podnoszenia ciężkich rzeczy. Poza tym gości powinienem przyjąć wypoczęty, pogodny i odpowiednio ubrany. Gospodarz jest wizytówką domu. Kuchnia natomiast to zaplecze robocze.

— Czyli ja jestem tutaj personelem? — zapytała cicho Anna, układając na ostatniej tartaletce maleńką gałązkę koperku.

— Nie przekręcaj moich słów — odburknął Edward i ruszył ku drzwiom. — Jesteś młoda, ruch dobrze ci zrobi. A gdzie Paweł? Sprawdził, czy szampan jest dostatecznie schłodzony?

— Paweł siedzi w pokoju i gra na konsoli — powiedziała sucho.

— Niech odpoczywa. Miał trudny kwartał: raporty, przełożeni, bank, ciągłe telefony. Chłopak jest wykończony. Nie zawracaj mu głowy drobiazgami. Ja idę założyć garnitur. Za czterdzieści minut stół ma błyszczeć.

Drzwi kuchni zamknęły się niemal bezszelestnie. Anna została sama z trzaskającym w piekarniku tłuszczem i gwałtowną ochotą, by cisnąć otwartym słoiczkiem kawioru prosto w ścianę.

Kiedy skończyła przygotowywać zimne przekąski, przycisnęła dłoń do zdrętwiałych lędźwi i poszła do salonu. Pośrodku stał stary rozkładany stół, przykryty idealnie białym, sztywno wykrochmalonym obrusem. Była to jedyna rzecz, którą teść zrobił tego dnia sam.

Paweł rozsiadł się w fotelu i z zapałem naciskał przyciski pada. Na ekranie jeden po drugim eksplodowały futurystyczne statki kosmiczne.

— Paweł — odezwała się Anna.

Mąż albo jej nie usłyszał, albo postanowił nie słyszeć. Nadal gwałtownie poruszał kciukami, skupiony na walce.

— Paweł! — powtórzyła znacznie głośniej.

Drgnął i zsunął słuchawkę z jednego ucha.

— Co? O co chodzi, kochanie? Już siadamy do stołu?

— Jeszcze nie. Pomóż mi przenieść jedzenie. Półmisek z kaczką jest ciężki, a salaterki napełnione po brzegi. Nie będę w nieskończoność kursować sama.

Paweł skrzywił się i zatrzymał grę.

— Anka, przecież tata jest obok. Poproś jego. Męczę ten poziom od czterdziestu minut, prawie go przeszedłem. Została mi dosłownie chwila.

— Twój tata wybiera garnitur i krawat. Ja od ósmej rano nawet nie usiadłam. Paweł, wstań, proszę, i pomóż mi nakryć. Ty też zamierzasz świętować Sylwestra.

Mąż wypuścił głośno powietrze, całym sobą pokazując, jak ogromnego poświęcenia się od niego wymaga, po czym powoli dźwignął się z fotela.

— Ostatnio ciągle jesteś spięta i rozdrażniona. To Sylwester, ludzie mają się bawić, a ty tylko narzekasz.

— Zacznę się bawić, kiedy będę mogła choć na chwilę usiąść i wyprostować nogi — odpowiedziała ostro, podając mu stos talerzy. — Tylko ich nie upuść. To odświętny serwis. Jeśli pojawi się choćby najmniejszy odprysk, twój ojciec urządzi mi publiczny proces.

Kilka razy przeszli z kuchni do salonu i z powrotem. Stół stopniowo zapełniał się potrawami, z których każda wyglądała jak starannie wystylizowane zdjęcie z magazynu kulinarnego. Anna tego wieczoru naprawdę przeszła samą siebie: sałatka z jajkami przepiórczymi i chrupiącymi ziemniakami, przejrzysta galareta z ozorkiem, rumiane paszteciki z kapustą, pieczony schab pod aromatyczną musztardową skórką. W samym środku pyszniła się duża kaczka nadziewana jabłkami i suszonymi śliwkami, lśniąca od soków, pokryta złocistą, kruchą skórką.

Anna cofnęła się o krok i spojrzała na efekt wielogodzinnej pracy. Jedzenia wystarczyłoby na niewielkie wesele.

— Nieźle — mruknął Paweł, po czym ukradkiem porwał plaster schabu. — Przyniosłaś koniak? Ten drogi, który kupiłem w ozdobnym pudełku?

— Przyniosłam. Stoi na komodzie obok kieliszków. Paweł, muszę ci coś powiedzieć…

Podeszła bliżej i delikatnie dotknęła jego ręki.

— No?

— Mam wrażenie, że twój ojciec jest dziś wyjątkowo nerwowy i czepia się wszystkiego. Proszę cię, jeśli znowu zacznie wbijać mi szpilki, nie udawaj, że nie słyszysz. Powiedz chociaż jedno zdanie po mojej stronie. Jestem potwornie zmęczona. Chcę po prostu spokojnie usiąść, zjeść normalny posiłek i przywitać Nowy Rok jak człowiek.

Paweł odwrócił wzrok.

— Nie przejmuj się nim. Tata się denerwuje, bo zależy mu, żeby wszystko wyszło idealnie. Jest starej daty. Nie bierz tego tak do siebie.

— Trudno nie brać do siebie, kiedy robią ze mnie darmową kucharkę, a potem zachowują się, jakby to był naturalny porządek świata. Przecież widzisz, co się dzieje, prawda?

— Tylko nie zaczynaj — wysunął rękę z jej dłoni. — Goście zaraz przyjdą, a ty wyglądasz, jakbyśmy szykowali stypę. Uśmiechnij się lepiej.

W przedpokoju rozległ się dzwonek. Twarz Pawła zmieniła się natychmiast. Pojawił się na niej szeroki, serdeczny uśmiech.

— Są! Idę otworzyć!

Anna została przy świątecznym stole. Gdzieś głęboko pod żebrami zaciskał się powoli zimny węzeł niepokoju.

Goście weszli do mieszkania głośną grupą, wnosząc ze sobą mróz, zapach śniegu i słodkawy aromat męskiej wody kolońskiej. Zbigniew Domański był wysokim, barczystym mężczyzną z włosami zaczesanymi do tyłu i donośnym głosem. Jego żona, drobna, lekko zgarbiona starsza kobieta, opierała się na lasce. Trzeci przybył Marek, syn dawnego znajomego Edwarda — mężczyzna około czterdziestki, z wiecznie zaciśniętymi ustami i miną człowieka, któremu wszystko wokół wydaje się odrobinę niestosowne.

Edward pojawił się uroczyście w drzwiach sypialni. Miał na sobie nienaganny, ciemny garnitur, a z kieszonki na piersi wystawała jedwabna poszetka.

— Moi drodzy, jak cudownie was widzieć! Wchodźcie, szybko, nie stójcie na zimnie! — wołał, obejmując każdego po kolei. — Jak droga? Nie zmarzliście?

— Edziu, na chodnikach prawdziwe lodowisko! — zagrzmiał Zbigniew. — Ale na twoją kolację dotarlibyśmy nawet na czworakach!

Anna stała przy wejściu do kuchni. Zdjęła już fartuch i wygładziła prostą, lecz elegancką ciemną sukienkę. Miała nadzieję, że teść przedstawi ją gościom albo przynajmniej wspomni, że od rana przygotowywała przyjęcie.

— Zdejmujcie płaszcze, kochani — dyrygował Edward. — Paweł, pomóż gościom. A wy od razu przechodźcie do salonu, wszystko już gotowe. Cały dzień się uwijałem, tyle rzeczy przygotowałem!

Anna zamrugała kilka razy. Cały dzień się uwijałem?

Goście ruszyli do salonu. Gdy Zbigniew zobaczył stół, uniósł obie ręce i o mało nie zahaczył o wiszącą nad nim lampę.

— No proszę! Edward, to przecież uczta jak u króla! Spójrzcie na tę galaretę! A kaczka? Cudo! Sam to wszystko zrobiłeś?

Edward spuścił skromnie oczy i poprawił serwetkę przy swoim talerzu.

— A któż by inny? Oczywiście wszystko domowe, własnoręcznie przygotowane. Dla bliskich przyjaciół niczego mi nie szkoda. Siadajcie, proszę, czujcie się jak u siebie.

Anna weszła do pokoju. Gorąco uderzyło jej do twarzy.

— Dobry wieczór — powiedziała wyraźnie, celowo podnosząc głos.

Wszyscy odwrócili głowy, jakby dopiero teraz odkryli, że w mieszkaniu znajduje się jeszcze ktoś.

— O, Aniu, dobry wieczór — rzucił Zbigniew. — Ładnie wyglądasz. Chyba jeszcze bardziej wypiękniałaś.

— Dziękuję. Panie Edwardzie — Anna spojrzała teściowi prosto w oczy — może pomoże mi pan przynieść sosjerki z gorącymi sosami? Te, które skończyłam przygotowywać pół godziny temu.

Edward posłał jej chłodne, ostrzegawcze spojrzenie, lecz zaraz znów zwrócił ku gościom pogodną twarz.

— Oczywiście, moja droga. Zaraz wszystkim się zajmiemy. Wy tymczasem siadajcie.

Anna podeszła do Pawła, który bez powodu kręcił się przy oknie.

— Słyszałeś? — zapytała szeptem. — Powiedział, że wszystko ugotował sam.

— Anka, po co łapiesz go za każde słowo? — syknął Paweł. — Chce dobrze wypaść przed znajomymi. Co ci to właściwie odbiera? Przecież wszyscy wiedzą, że mu pomagałaś.

— Nie pomagałam mu, Paweł. Przygotowałam wszystko sama. Od pierwszej obranej cebuli po ostatni listek koperku.

— Ciszej. Już na nas patrzą. Chodź, usiądź lepiej.

Tyle że znalezienie miejsca wcale nie okazało się proste.

Goście zaczęli się rozsiadać. Stół rozłożono na całą długość, a mimo to w salonie zrobiło się ciasno. Zbigniew zajął najlepsze miejsce przy oknie. Jego żona ostrożnie usiadła obok i oparła laskę o parapet. Marek zajął krzesło naprzeciwko. Edward zasiadł u szczytu stołu, plecami do starego kredensu pełnego kryształowych kieliszków.

Pozostawały dwa miejsca. Jedno obok Pawła, drugie wciśnięte w odległy kąt przy drzwiach. Krzesło stało tam tak niefortunnie, że każdy przechodzący do kuchni musiałby zahaczać o siedzącą osobę.

Paweł bez zastanowienia usiadł obok ojca.

Anna podeszła do stołu. Nie miała gdzie usiąść. Przy blacie dałoby się jeszcze wygospodarować kawałek przestrzeni, ale w salonie znajdowało się tylko pięć krzeseł.

— Ależ pech — przeciągnął Edward, rozglądając się po zebranych. — Brakuje nam jednego krzesła. Pawełku, przynieś z kuchni taboret.

Paweł już miał wstać, lecz ojciec położył mu dłoń na ramieniu.

— Właściwie poczekaj… Gdzie my go wstawimy? Markowi i tak będzie ciasno, to postawny mężczyzna. Zbigniew też potrzebuje trochę miejsca.

Zapadła nieprzyjemna cisza. Wszyscy patrzyli na Annę, która wciąż stała z butelką wody mineralnej w dłoniach.

— Co zatem pan proponuje? — zapytała.

Teść uśmiechnął się z udawanym współczuciem, jak lekarz, który zaraz ma przekazać pacjentowi niepomyślną diagnozę.

— Aniu, ty jesteś gospodynią, młodą i zwinną. Nam, starszym ludziom, trudno będzie siedzieć łokieć przy łokciu. Poza tym ktoś powinien doglądać gości: przynieść kolejne półmiski, zebrać brudne talerze, podać gorące danie.

— I co dalej? — spytała Anna, ściskając butelkę tak mocno, że plastik głośno zatrzeszczał.

— Może na razie zjesz w kuchni? Stoi tam mały stolik, całkiem przytulny. Spokojnie się posilisz, podczas gdy my wzniesiemy pierwsze toasty. Potem podasz herbatę, a przy deserze na pewno cię zawołamy. Przy okazji dopilnujesz, żeby ciepłe potrawy nie wystygły.

W salonie zrobiło się tak cicho, że można było usłyszeć tykanie zegara. Zbigniew nagle zainteresował się własnymi paznokciami. Jego żona wbiła wzrok w talerz. Marek pochylił się nad butelką wina, jakby etykieta niespodziewanie okazała się najważniejszą lekturą jego życia.

Anna spojrzała na męża. Paweł nie odrywał oczu od pustego talerza i z niezwykłą starannością kruszył palcami kromkę chleba.

— Paweł? — odezwała się.

Nie poruszył się.

— Paweł, twój ojciec proponuje, żebym spędziła Sylwestra w kuchni jak wynajęta pomoc. Naprawdę nie zamierzasz nic powiedzieć?

Twarz męża poczerwieniała, a na szyi pojawiły się ciemne plamy. Zerknął przestraszony najpierw na ojca, potem na Annę.

— Tato, może jednak trochę się przesuniemy? — wymamrotał niepewnie. — Chyba da się zrobić miejsce…

— Dokąd mamy się przesuwać? — przerwał mu ostro Edward. — Żona Zbigniewa już teraz nie ma gdzie wyprostować nóg, a przecież ma chore kolana. Nie zachowuj się egoistycznie. Anna wszystko rozumie. To rozsądna dziewczyna, bez niepotrzebnych pretensji. Prawda, Aniu? Nie zepsujesz wszystkim święta z powodu jednego brakującego krzesła?

Anna patrzyła na męża w milczeniu. Czekała, aż Paweł wstanie, uderzy dłonią w stół i powie: „Tato, czy ty słyszysz, co mówisz? To moja żona”. Albo przynajmniej bez słowa odda jej własne miejsce.

Paweł jednak nadal siedział. Wziął widelec i sięgnął w stronę sałatki.

— Anka, naprawdę jest ciasno — powiedział prawie szeptem. — Zjedz najpierw w kuchni, a później coś wymyślimy. Tylko proszę, nie rób sceny.

Właśnie wtedy coś w Annie pękło. Jakby przepalił się ostatni bezpiecznik, który przez lata zatrzymywał gniew, upokorzenie i żal, zmuszając ją do zachowywania pozorów.

— Sceny? — powtórzyła z zaskakującym spokojem. — Nie martw się, kochanie. Nie zamierzam urządzać żadnej sceny.

Postawiła wodę na brzegu stołu.

Wzięła głęboki oddech. Zmęczenie, które jeszcze przed chwilą ciążyło jej w każdym mięśniu, nagle zniknęło.

Podeszła do Marka i uniosła duży owalny półmisek z galaretą, który kilka minut wcześniej sama postawiła przed nim.

— Przepraszam — powiedziała uprzejmie.

— Co pani robi? — zapytał Marek, unosząc brwi.

Nie odpowiedziała. Odwróciła się i zaniosła półmisek do kuchni. Po chwili wróciła po salaterkę z jajkami przepiórczymi.

— Anna! — głos Edwarda nagle stał się wyższy. — Co ty wyprawiasz? Natychmiast odstaw to na miejsce!

Anna nawet na niego nie spojrzała. Poruszała się spokojnie i metodycznie, jak dobrze zaprogramowany mechanizm. Za sałatką zniknął półmisek drogich serów oraz pieczonego schabu. Wszystkie składniki kupiła za własną premię kwartalną.

— Paweł, zatrzymaj ją! Ona oszalała! — zapiszczał niemal Edward.

Mąż zerwał się tak gwałtownie, że widelec spadł na podłogę.

— Anna, przestań! Kpisz sobie? Mamy gości!

Anna wróciła po najważniejsze danie. Pośrodku stołu stała ogromna, pachnąca kaczka o złocistej, chrupiącej skórce. Prawie dobę leżała w marynacie, a potem przez kilka godzin piekła się w niskiej temperaturze.

Anna pewnie chwyciła ciężki półmisek.

— To jedzenie nie jest dla was — powiedziała spokojnie, patrząc w szeroko otwarte ze złości oczy teścia. — Zostało przygotowane dla ludzi, którzy traktują mnie jak człowieka.

— Odstaw kaczkę! — ryknął Edward i z trudem poderwał się z krzesła. — Jesteś w moim domu!

— Mieszkanie jest pańskie — zgodziła się Anna. — Ale produkty kupiłam ja. Ja też wykonałam całą pracę. I to ja poświęciłam na nią swój czas.

Z tymi słowami zaniosła kaczkę do kuchni.

Tam zaczęła działać szybko i rzeczowo. Z dolnej szafki wyjęła pojemniki, które wcześniej przywiozła, rolkę folii aluminiowej i kilka mocnych toreb.

Kaczkę starannie owinęła trzema warstwami folii. Sałatki przełożyła do pojemników. Nie wyglądały już tak efektownie, lecz w tej chwili nie miało to żadnego znaczenia. Drogą butelkę koniaku, kupioną przez Pawła, oraz dwa szampany, za które zapłaciła sama, włożyła do dużej torby termicznej.

W drzwiach stanął Paweł. Twarz miał niemal białą.

— Zwariowałaś? — wysyczał. — Goście są w szoku! Ojca boli serce! Natychmiast odnieś wszystko na stół!

Anna spokojnie zasunęła zamek torby.

— Chcesz zjeść kolację, ugotuj ją sobie. Albo poproś ojca. Ma dwie sprawne ręce. Nic mu się nie stanie, jeśli po raz pierwszy sam pokroi kiełbasę.

— Rozwiodę się z tobą! — wyrzucił z siebie Paweł, przekonany, że w ten sposób ją przestraszy. — Spróbuj tylko wyjść, a jutro składam pozew!

Anna znieruchomiała. Przez kilka sekund patrzyła na mężczyznę, z którym spędziła ostatnie trzy lata. Jego twarz była zła, zagubiona i obrażona, zupełnie jak u rozkapryszonego chłopca, któremu ktoś odebrał ulubioną zabawkę.

— Świetny pomysł, Paweł. Chyba właśnie dałeś mi najcenniejszy prezent noworoczny w całym naszym małżeństwie.

Minęła go, lekko zahaczając ramieniem. W salonie panowała martwa cisza. Pięcioro dorosłych ludzi siedziało przed pustymi talerzami. Na stole zostały jedynie kromki chleba i kilka plasterków świeżego ogórka, których Anna nie uznała za warte pakowania.

Edward oddychał ciężko, przyciskając dłoń do lewej strony klatki piersiowej.

— Bezwstydna… — wychrypiał. — Skompromitowałaś mnie… przed szanowanymi ludźmi…

Anna zatrzymała się pośrodku pokoju. W obu rękach trzymała ciężkie torby z jedzeniem. Spojrzała uważnie na milczących gości.

— Szanowni państwo — powiedziała głośno i wyraźnie. — Pan Edward bardzo pragnął zaprezentować wam własną gościnność. Niestety skończyła się dokładnie w chwili, w której zaczęło się moje poczucie godności.

Podeszła do stołu i zabrała sosjerkę, o której wcześniej zapomniała.

— Życzę smacznego przy pustych talerzach. Herbatę zapewne potraficie zaparzyć samodzielnie. Kuchnia, jak zauważył przed chwilą pan Edward, jest zapleczem roboczym. W takim razie właśnie tam będzie się pan czuł najlepiej.

Anna wyszła z budynku w mroźną sylwestrową noc. Świeży śnieg skrzypiał pod podeszwami jej kozaków. Lodowate powietrze szczypało w policzki, a jednak wydawało się zaskakująco czyste, lekkie i niemal słodkie.

Torby boleśnie ciągnęły ręce w dół, lecz w środku czuła niewiarygodną lekkość. Tak wolna nie była od wielu lat.

Postawiła pakunki na ośnieżonej ławce przed blokiem, wyjęła telefon i wybrała dobrze znany numer.

— Mamo? — jej głos zadrżał, lecz nie z płaczu. Z trudem powstrzymywała śmiech.

— Aniu? Dlaczego dzwonisz o tej porze? Coś się stało? Przecież mieliście właśnie zaczynać kolację — matka brzmiała sennie, ale w jej głosie natychmiast pojawił się niepokój.

— Mamo, plany się zmieniły. Jadę do was. Tata jeszcze nie śpi?

— Gdzie tam, siedzi przed telewizorem. Córeczko, pokłóciliście się z Pawłem?

— Mamo, myśmy się nie tylko pokłócili. Chyba wreszcie się obudziłam. Nastawcie wodę. Nie, właściwie wyjmijcie od razu największe talerze. Przywiozę kaczkę. Ogromną, soczystą, z chrupiącą skórką. I kilka pojemników sałatek.

— Boże, skąd ty to wszystko masz?

— Zabrałam od teścia — roześmiała się Anna i spojrzała na oświetlone okna trzeciego piętra, za którymi prawdopodobnie rozgrywała się właśnie tragedia o skali narodowej. — Odzyskałam własny wkład w cudze rodzinne szczęście. Będę za jakieś dwadzieścia minut.

Pod blok podjechała cicho taksówka z podświetlonym znakiem na dachu. Anna ułożyła torby na tylnym siedzeniu i usiadła obok, przyciskając do siebie wciąż ciepły pakunek z kaczką.

— Dokąd jedziemy? — zapytał kierowca, zerkając na nią w lusterku. — Widzę, że z pełnym zaopatrzeniem. Uciekła pani z przyjęcia?

— Nie uciekłam — odpowiedziała z uśmiechem, szczelniej zapinając płaszcz. — Po prostu wywiozłam święta w miejsce, w którym nic im nie grozi. Możemy ruszać.

Samochód powoli odjechał, zostawiając za sobą blok, w którym przy opustoszałym stole nadal siedziało pięcioro dorosłych ludzi. Nie mieli już czym przykryć własnej obojętności ani pustki, która wypełniała ich znacznie szczelniej niż brakujące potrawy.

Anna patrzyła przez szybę na kolorowe lampki zapalające się w oknach kolejnych domów i wiedziała z absolutną pewnością, że ten Sylwester będzie najsmaczniejszy, najbardziej wolny i najszczęśliwszy w jej życiu. A przede wszystkim — najuczciwszy. Po raz pierwszy od bardzo dawna postawiła własną godność wyżej niż cudzą wygodę i świat wcale się od tego nie zawalił. Przeciwnie, nocne niebo wydało jej się czystsze, szersze i wyższe niż kiedykolwiek wcześniej.