Moja śmiertelnie chora dziesięcioletnia córka miała jedno ostatnie marzenie, a mój mąż zrobił wszystko, by je spełnić — dopiero w dniu wyjazdu kierowniczka hotelu wręczyła mi kopertę i powiedziała: „To on powinien był powiedzieć pani o tym osobiście”

— Wczoraj wieczorem zadzwonił ponownie. Powiedział, że nie będzie potrafił żyć ze świadomością, że stracił ostatnią szansę, nawet nie próbując osobiście poprosić cię o zgodę.

— A ty uznałeś, że możesz zdecydować za mnie.

— Cały czas myślałem, że czekamy na idealny moment. A teraz zrozumiałem, że tego idealnego momentu może już nie być.

— Decyzję i tak podjąłeś bez mnie.

— Tak. Wiem.

— Nie miałeś prawa.

— Wiem.

— Więc dlaczego to zrobiłeś?

Oczy Tomka zaszkliły się łzami.

Andrzej nadal stał przy stoliku. Nie próbował do nas podejść.

— Ponieważ bałem się, że jeśli będziemy dalej wszystko odkładać, pewnego dnia okaże się, że nie zostało już nic do zrobienia. Pozwoliłem mu przyjechać tylko do hotelu. Niczego mu nie obiecałem. Ani spotkania, ani rozmowy. Nic się nie wydarzy, dopóki ty i Zosia sami się na to nie zgodzicie.

— Powinieneś był powiedzieć mi o tym, zanim wsiadł do samolotu.

— Tak.

Spojrzałam znowu na Andrzeja.

— Jestem na ciebie wściekła.

— Masz do tego pełne prawo.

— To, że go odnalazłeś, być może zrobiłeś z miłości. Ale nie miałeś prawa sprowadzać go tutaj bez mojej zgody.

Tomek skinął głową.

— Masz rację.

Zanim zdążyłam powiedzieć coś więcej, zza moich pleców dobiegł głos Zosi.

— Dlaczego wszyscy tutaj szepczą?

Od strony wejścia nadjechała wózkiem. Wciąż miała na sobie piżamę. Obok niej szedł pracownik hotelu, a za nim Danuta.

Tomek natychmiast ruszył w jej stronę.

— Powinnaś leżeć.

— Obudziłam się i nikogo nie było.

Danuta wyjaśniła:

— Zosia zadzwoniła do recepcji. Wysłaliśmy do niej pracownika na górę i pomógł jej zjechać na dół.

Nie byłam jeszcze gotowa wybaczyć Tomkowi. Nie byłam nawet gotowa próbować zrozumieć jego decyzji.

Popatrzyłam na taras.

Andrzej wciąż stał przy swoim stoliku.

Ale teraz nie chodziło już o nas, o mnie i o mojego męża.

Decyzja należała do Zosi.

Wróciłyśmy z córką do pokoju i usiadłyśmy obok siebie na łóżku. Zosia długo oglądała stare zdjęcie, które Tomek włożył do koperty.

Wyjaśniłam jej, że na dole czeka ojciec Michała.

— Twój biologiczny dziadek — powiedziałam. — Ma na imię Andrzej.

Na fotografii stał obok dziesięcioletniego Michała.

Zosia przesunęła palcem po twarzy ojca.

— Ma moje oczy.

Przez chwilę milczała, a potem zapytała:

— On chce mnie poznać?

— Tak.

— Bardzo?

— Bardzo.

— A ty chcesz, żebym się z nim spotkała?

Zmusiałam się, żeby odpowiedzieć całkowicie szczerze.

— Chcę, żebyś sama podjęła tę decyzję.

Zosia spojrzała na Tomka.

— To ty go tutaj sprowadziłeś?

Tomek skinął głową.

— Powinienem był od razu powiedzieć o wszystkim twojej mamie.

Córka przez chwilę się zastanawiała.

— A on jest dobry?

Tomek zerknął na fotografię.

— Wydaje mi się, że tak. Ale nic nie jesteś mu winna.

Zosia jeszcze raz popatrzyła na zdjęcie.

— Chcę go zobaczyć.

Andrzej wszedł do pokoju bez ogromnego bukietu, drogich prezentów i przygotowanej wcześniej przemowy.

W rękach trzymał jedynie niewielką drewnianą pozytywkę.

Zosia uniosła wieczko. Rozległa się cicha, prosta melodia.

— Należała do twojego taty — powiedział Andrzej.

— Jaki był, kiedy miał dziesięć lat?

Andrzej uśmiechnął się przez łzy.

— Uwielbiał naleśniki. Nie znosił wiązać sznurówek. Pewnego dnia postanowił zamieszkać z żabą w łazience.

Zosia roześmiała się.

— I co się potem stało?

— Twoja babcia krzyczała tak głośno, że słyszał ją cały dom. Żaba uciekła, a później znaleźliśmy ją w koszu na pranie.

Ta zwyczajna historia okazała się dla Zosi ważniejsza niż jakiekolwiek długie przemówienie. Po raz pierwszy usłyszała coś o swoim ojcu nie z dokumentów ani z fotografii, lecz od człowieka, który pamiętał go jako dziecko.

Andrzej zaproponował, że opłaci zmianę naszych biletów i jeszcze jedną noc w hotelu.

Pierwszym odruchem było stanowczo odmówić, choćby tylko z zasady.

Ale wtedy Zosia zapytała, czy możemy jeszcze raz pojechać nad ocean.

Zadzwoniłam do doktora Wysockiego. Kiedy potwierdził, że stan córki jest wystarczająco stabilny i dodatkowy dzień nie powinien stanowić poważnego zagrożenia, Andrzej zmienił rezerwację lotów i przedłużył nasz pobyt.

Na plaży szedł po jednej stronie krzesła Zosi, a Tomek po drugiej.

Razem doprowadzili ją aż do linii wody.

Później stałam obok Andrzeja, podczas gdy Zosia odpoczywała pod parasolem.

Tym razem niewielka fala naprawdę dotknęła jej stóp.

Córka gwałtownie nabrała powietrza, a potem wybuchnęła śmiechem.

— Jaka zimna!

Andrzej śmiał się razem z nią. Tomek przykucnął przy krześle i ukradkiem otarł oczy.

Patrzyłam na nich obu, czując jednocześnie złość, żal i coś, czego nie potrafiłam jeszcze nazwać.

— Ona ma prawo wiedzieć o Michale — powiedział Andrzej cicho.

— Jeden dzień nie zwróci nam utraconych lat — odpowiedziałam.

— Wiem.

— Nadal jestem zła.

— I słusznie.

— Ale ona ma prawo znać swojego ojca.

Przed zachodem słońca Zosia poprosiła pracownika hotelu, żeby zrobił nam jeszcze jedno, ostatnie zdjęcie.

Andrzej spojrzał na nią.

— Byłbym wdzięczny za możliwość opowiedzenia jej wszystkiego, co pamiętam.

Spojrzałam na Tomka, który stał nieco dalej na plaży.

Z tym, co zrobił, mieliśmy jeszcze porozmawiać. Być może czekała nas długa i trudna rozmowa. Jednak ten dzień należał do Zosi.

Ustawiliśmy się za jej wózkiem. Wszyscy byliśmy trochę spięci — nie wiedzieliśmy, co zrobić z rękami ani jak na siebie patrzeć.

Zosia wskazała najpierw Tomka, potem Andrzeja i na końcu mnie.

— Stańcie razem.

Zawahałam się.

Córka zmarszczyła brwi.

— Proszę.

Potem uśmiechnęła się lekko.

— Chcę, żeby na zdjęciu byli wszyscy, którzy przyjechali tutaj dla mnie.

Pracownik uniósł aparat.

I po raz pierwszy od bardzo dawna nikt z nas się nie sprzeciwił.