Marek aż poczerwieniał.
— Jak możesz coś takiego mówić?! Jestem twoim mężem!
— Już niedługo byłym — odpowiedziała Agnieszka i ruszyła w stronę szafy.
Wyciągnęła dużą torbę sportową i zaczęła wkładać do niej rzeczy Haliny. Bluzki, szlafroki, spódnice, swetry — wszystko lądowało w środku bez układania.
— Zwariowałaś?! — wrzeszczał Marek. — Natychmiast przestań!
Agnieszka nawet na niego nie spojrzała. Wyciągnęła spod kanapy kapcie teściowej i wrzuciła je do torby. Halina zaczęła krążyć po pokoju, próbując wyjmować rzeczy z powrotem.
— Agnieszko, uspokój się! — wołała oburzonym głosem. — Przecież jesteśmy rodziną!
Agnieszka odwróciła się gwałtownie.
— Rodziną? Prawdziwa rodzina nie wyrzuca do śmieci cudzych zdjęć z dzieciństwa!
Halina cofnęła się pod ścianę.
Marek spróbował wyrwać żonie torbę, lecz Agnieszka odsunęła ją w ostatniej chwili.
— Moja matka całe życie poświęcała się dla własnych dzieci! — krzyczał. — A ty wyrzucasz ją za drzwi jak obcą osobę!
Agnieszka zapięła wypchaną torbę.
— Przez pięć lat znosiłam sposób, w jaki mnie traktujecie. A przez ostatnie trzy miesiące bałam się normalnie chodzić po swoim własnym mieszkaniu!
Nie zatrzymała się. Poszła do sypialni po rzeczy Marka.
Koszule, dżinsy i swetry po kolei trafiały do drugiej torby. Marek chodził za nią krok w krok.
— Opamiętaj się! — w pewnej chwili złapał ją za rękę. — Dokąd my teraz pójdziemy?
Agnieszka wyszarpnęła dłoń z jego uścisku.
— To już nie jest mój problem. Jedźcie do Pawła.
— U Pawła nie ma miejsca! — zawołała Halina z salonu. — Mają małe dziecko!
— A tutaj mieszkam ja! — odpowiedziała Agnieszka, wychodząc z sypialni z dwiema ciężkimi torbami.
Postawiła je obok drzwi wejściowych. Potem wróciła jeszcze po buty Haliny, jej kosmetyczkę oraz drobiazgi stojące na komodzie.
Marek wściekle wkładał kurtkę.
— Jeszcze będziesz tego żałowała! — krzyczał. — Zostaniesz zupełnie sama, a później sama do mnie przyjdziesz na kolanach i będziesz błagała, żebym wrócił!
Agnieszka bez słowa otworzyła drzwi.
Halina pochlipywała, upychając ostatnie rzeczy do reklamówki.
— Agnieszko, zastanów się jeszcze — powiedziała nagle znacznie łagodniejszym tonem. — Dokąd my mamy teraz pójść?
— Tam, gdzie mieszkaliście, zanim postanowiliście zamieszkać tutaj — odpowiedziała spokojnie.
Marek chwycił swoją torbę i wyszedł na klatkę schodową. Na progu zatrzymał się jeszcze i gwałtownie odwrócił. Złość wykrzywiała mu twarz.
Halina wychodziła ostatnia, ciągnąc za sobą kilka toreb. Na półpiętrze jeszcze raz spojrzała na synową.
— Niewdzięczna! — rzuciła na pożegnanie. — Przecież chcieliśmy tylko twojego dobra!
Agnieszka zamknęła drzwi.
Przekręciła klucz dwa razy, a potem założyła łańcuch. Przez jakiś czas zza drzwi dochodziły jeszcze oburzone głosy, ciężkie kroki oraz dźwięk otwierających się i zamykających drzwi windy.
Potem zapadła cisza.
Agnieszka została przy drzwiach, opierając o nie plecy. Słyszała jedynie własny oddech. Po raz pierwszy od wielu miesięcy telewizor nie grał na cały regulator. Nikt nie narzekał z salonu. Kanapa nie skrzypiała pod ciężarem teściowej.
Powoli przeszła do pokoju.
Najpierw ustawiła kanapę tak, jak stała wcześniej. Potem przesunęła telewizor na dawne miejsce. Wyszła na balkon i po kolei zaczęła przynosić swoje rośliny.
Każdą doniczkę stawiała z powrotem na parapecie, dokładnie tam, gdzie znajdowała się przed przyjazdem Haliny.

Kiedy skończyła, usiadła na kanapie.
Ostrożnie wzięła do rąk uratowany album.
Okładka wciąż była brudna, ale strony ocalały.
Agnieszka zaczęła je powoli przewracać.
Pierwszy dzień szkoły. Urodziny z pięcioma świeczkami na torcie. Przedszkolne przedstawienie. Mała dziewczynka patrząca w obiektyw z szerokim, beztroskim uśmiechem.
I wtedy Agnieszka niespodziewanie zaczęła się śmiać.
Najpierw cicho, niemal bezgłośnie.
Po chwili coraz głośniej.

Śmiech nagle zmienił się w szloch ulgi. Łzy spływały jej po twarzy, a ona przyciskała stary album do piersi. Po kilku chwilach znowu zaczęła się śmiać, już nie próbując się powstrzymywać.
Płakała i śmiała się jednocześnie.
Po raz pierwszy od dawna nie musiała uważać, czy komuś przeszkadza.
Nie musiała przepraszać.
Nie musiała pytać o pozwolenie.
Jej dom znowu należał do niej.
Tylko do niej.