Twarz miała spokojną.
W oczach pojawił się jednak błysk, który nie wróżył Michałowi niczego dobrego.
— To ja jestem twoją ukochaną kobietą — powiedziała wyraźnie. — Zapomniałeś, jak klęczałeś przede mną i prosiłeś, żebym urodziła Olka, chociaż doskonale wiedziałeś, że drugiego dziecka nie planowaliśmy? Pamiętasz, co powtarzałeś dzień w dzień? „Chcę, żeby kobieta, którą kocham, urodziła mi to dziecko”. Tak mówiłeś, prawda?
Michał nie odpowiedział.
— Czy to nie ja od jedenastu lat żyję problemami Jakuba? Wiem o jego diagnozach tyle, że czasem sama mogłabym prowadzić wykład lekarzom. Czy to nie ja stanęłam po twojej stronie, kiedy chciałeś odejść z pracy, która doprowadzała cię do granicy załamania? Czy to nie ja brałam na siebie prawie każde zwolnienie na dzieci, kiedy ty budowałeś pozycję w nowej firmie?
Z każdym zdaniem mówiła głośniej.
— Czy to nie ja broniłam cię przed twoim ojcem? To ja prosiłam go, żeby przestał cię poniżać i umniejszać wszystkiemu, co osiągnąłeś, kiedy ty milczałeś, bo przez całe życie bałeś się mu sprzeciwić. Czy to nie ja zostałam w domu na kolejne trzy lata, bo tobie tak bardzo zależało na drugim synu, choć widziałeś, ile sił zabiera nam opieka nad Jakubem? A co zrobiła dla ciebie Ewa? To ja jestem twoją ukochaną kobietą. Ja. Nie ona!
Ostatnie słowa zabrzmiały z tak źle skrywanym obrzydzeniem, jakby Katarzyna rzuciła nimi mężowi prosto w twarz.
Michał spróbował podejść bliżej, lecz żona obeszła okrągły stół i stanęła po przeciwnej stronie. Jakby potrzebowała między nimi choćby tego kawałka drewna.
— Kasia, ja naprawdę próbowałem — powiedział ledwie słyszalnie, unikając jej wzroku. — Naprawdę chciałem wszystko naprawić. Chciałem, żeby znowu byliśmy my, chłopcy, rodzina… Ale nasze życie od dawna wygląda tak samo. Jest mdłe. Przewidywalne. Budzisz się rano i już wiesz, jak będzie wyglądał cały dzień. Ewa jest zupełnie inna. Energiczna, żywa, spontaniczna. Przy niej znowu poczułem, że życie może mnie czymś zainteresować. Przypomniała mi, że wciąż jestem młodym facetem.
Katarzyna uniosła brew.
— Czyli przy mnie jesteś stary i właściwie martwy?
— Nie o to mi chodzi. Źle mnie zrozumiałaś. To trochę jak… Wyobraź sobie, że przez całe życie jeździsz drugą klasą w starym pociągu, a potem nagle trafiasz do pierwszej klasy w Pendolino. Kiedy raz poczujesz taki komfort, bardzo trudno wrócić do tego, co było wcześniej…
Urwał gwałtownie.
Twarz Katarzyny zmieniła się w jednej chwili. Zbladła, a z oczu zniknęła nawet złość.
— Dobrze — dodał szybko. — Skończmy tę rozmowę. Widzę, że moje tłumaczenia tylko wszystko pogarszają. Spakuję najpotrzebniejsze rzeczy i wyjdę. Nie będę rościł sobie prawa do mieszkania. Wiem, że to moja wina, więc ty i chłopcy zostaniecie tutaj. Oczywiście weekendy będą spędzać ze mną. Ewa wie, że mam synów. Nie ma nic przeciwko temu, żeby od czasu do czasu byli częścią naszego życia.
Nie chcąc dłużej patrzeć na żonę, której twarz przypominała teraz nieruchomą maskę, Michał poszedł do sypialni. Po drodze zajrzał do schowka i wyciągnął dużą walizkę na kółkach.
Katarzyna została w kuchni i patrzyła w okno, choć najwyraźniej niczego za nim nie widziała.
— Czyli druga klasa… — powiedziała cicho do pustego pomieszczenia. — Kobieta, która przez dwanaście lat była obok, rodziła dzieci, leczyła je, wychowywała, uspokajała, zajmowała się ich rozwojem, ciągnęła dom i tworzyła mu bezpieczne życie, okazała się starą drugą klasą. A przypadkowa kobieta, którą zna krócej niż rok i z którą nawet nie dzielił codzienności, jest pierwszą klasą w Pendolino.
— Mamo! Mamo-o-o! — rozległ się z pokoju dziecięcego donośny, rozkazujący głos obudzonego Olka. — Mamo!
Katarzyna jakby wróciła do rzeczywistości.
Na jej ustach pojawił się ledwie widoczny uśmiech, a spojrzenie nagle stało się zdecydowane.
Już wiedziała, co zrobi.
— Już idę, Olusiu! — zawołała w stronę dziecięcego pokoju, po czym ruszyła do sypialni, gdzie Michał wkładał rzeczy do walizki.
— Poczekaj — powiedziała. — Słyszysz? Chłopcy już nie śpią. Naprawdę zamierzasz wyjść z walizką na ich oczach?
— Pewnie powinienem był zrobić to wcześniej, żeby nie męczyć ani ciebie, ani ich — odparł zmieszany, nadal składając koszule i swetry.
— Mam inną propozycję.
Katarzyna zamknęła drzwi i podeszła bliżej.
Mówiła tak spokojnie i łagodnie, że Michał aż uniósł głowę.
— Weekend dopiero się zaczął. Spędźmy go jak zwyczajna, normalna rodzina. Dla chłopców. Obiecuję, że nie będę ci robiła wyrzutów ani patrzyła na ciebie z potępieniem. Jutro wieczorem usiądziemy wszyscy razem i spokojnie porozmawiamy. We czworo. Wtedy odejdziesz otwarcie, bez chowania się i uciekania.
— Mamo-o-o! Tato-o-o! — ponownie wydarł się Olek.
— Słyszysz? — Katarzyna skinęła głową w stronę pokoju dzieci. — On przecież inaczej nie umie się porozumiewać. I w dużej mierze dzięki tobie. Wszystko zdobywa krzykiem i awanturą. Wyobrażasz sobie, co zrobi, jeśli tata nagle zniknie z walizką i nawet niczego mu nie wyjaśni?
Michał przyznał jej rację.