— Tak. Przyjechał do Pawła. Siedzieli obok siebie prawie cztery godziny i przez cały ten czas powiedzieli zaledwie kilka zdań. W końcu Tomasz odezwał się: „Stałem się taki jak ojciec. Może nawet gorszy. On przynajmniej wiedział, kiedy kłamie. Ja przez cały czas oszukiwałem samego siebie”.
— Zrozumiał to zbyt późno.
— Późno — przyznała Elżbieta. — Ale mimo wszystko lepiej późno niż wcale. Jako matka Tomasza muszę powiedzieć ci uczciwie: on na ciebie nie zasługuje. Obok ciebie powinien stać samodzielny mężczyzna, nie cień powtarzający cudze decyzje.
Po zakończeniu rozmowy Katarzyna podeszła do lustra w przedpokoju.
Długo patrzyła na własne odbicie. Kobieta po drugiej stronie szkła wyglądała na zmęczoną, lecz nie złamaną. W jej oczach nie było już zagubienia ani żalu. Pozostała cała, jakby ostatnie wydarzenia nie roztrzaskały jej życia, lecz przeciwnie — pozwoliły jej na nowo złożyć samą siebie.

Na półce przy drzwiach wciąż leżał klucz, który zostawił Tomasz. Katarzyna wzięła go do ręki, kilka razy obróciła między palcami, a potem schowała do najdalszej szuflady biurka. Do miejsca, do którego czasem przez całe lata nikt nie zagląda.
Następnie wyjęła telefon i zadzwoniła do Marty.
— Marto, przyjedźcie do mnie w sobotę. Ty i pani Elżbieta. Posiedzimy razem, napijemy się herbaty i porozmawiamy. Bez mężczyzn, ich wielkich planów, tajnych układów i niekończących się wyjaśnień. Tylko my.
— Na pewno będziemy — odpowiedziała Marta bez wahania. — Możesz na nas liczyć.
Katarzyna odłożyła telefon i się uśmiechnęła.
Nie szeroko ani beztrosko. W tym uśmiechu nie było jeszcze prawdziwej radości.
Była za to szczerość.