Te słowa jakby ostatecznie pozbawiły panią Barbarę gruntu pod nogami.
Wstała gwałtownie.
— Ty… ty nawet nie rozumiesz, do czego się wtrącasz! — jej głos drżał z oburzenia. — Piotr, powiedz jej! Wyjaśnij jej, że przecież już wszystko ustaliłeś!
Marta zastygła.
— Ustaliłeś? — powtórzyła powoli i spojrzała na Piotra.
Pobladł.
— To nie tak… — zaczął.
Ale było już za późno.
— Co dokładnie ustaliłeś, Piotrze? — zapytała znacznie ciszej niż wcześniej.
Znów zapadło milczenie. Tym razem jednak miało zupełnie inny ciężar. Było gęste, nieprzyjemne i pełne napięcia.
Pani Barbara uśmiechnęła się pod nosem, jakby wyczuła, że sytuacja zaczyna przechylać się na jej korzyść.
— Po prostu nie zdążył ci powiedzieć — oznajmiła z chłodną satysfakcją. — My już wszystko omówiliśmy. Po ślubie sprzedacie to mieszkanie.
Marta poczuła te słowa niemal fizycznie.
Przez moment nawet nie potrafiła pojąć ich znaczenia.
— Co…? — wydusiła.
— A co w tym dziwnego? — pani Barbara mówiła teraz znacznie pewniej. — Kupicie sobie coś skromniejszego. Najlepiej bliżej mnie. Będę mogła wam pomagać, będę pod ręką. Wszystko będzie pod kontrolą.
— Pod kontrolą… — powtórzyła Marta prawie szeptem.
Spojrzała na Piotra.
I tym razem patrzyła na niego zupełnie inaczej. Już nie jak na ukochanego człowieka, z którym miała budować wspólne życie. Patrzyła, jakby nagle zobaczyła przed sobą kogoś obcego.
— To prawda?
Piotr przesunął dłonią po twarzy.
— Marta, ja tylko myślałem… że tak będzie wszystkim łatwiej… Mama jest sama… jest jej ciężko…
— I dlatego postanowiłeś sprzedać moje mieszkanie? — głos Marty nadal pozostawał spokojny, ale pojawiła się w nim twardość, której wcześniej nie było.
— Nasze przyszłe mieszkanie… — spróbował poprawić.
— Nie, Piotrze — pokręciła głową. — Moje.
Każde z tych słów wypowiedziała wyraźnie, zostawiając między nimi krótką przerwę.
— Nawet ze mną o tym nie porozmawiałeś — ciągnęła. — Zamiast tego omówiłeś sprzedaż mojego mieszkania ze swoją matką.
Pani Barbara skrzyżowała ręce na piersi.
— Bo ja wiem, co będzie najlepsze — oznajmiła ostro. — A ty jesteś jeszcze młodą dziewczyną. Niczego w życiu nie widziałaś.
Marta nabrała głęboko powietrza.
I niespodziewanie się uśmiechnęła.
Tyle że nie był to już ten łagodny, ciepły uśmiech, którym próbowała wcześniej zachować spokój.
— Wie pani, co w tym wszystkim jest najgorsze? — zapytała cicho. — Nawet nie pani zachowanie.
Przeniosła wzrok na Piotra.
— Najgorsze jest to, że dla niego to wszystko jest normalne.
Piotr drgnął, jakby dostał policzek.
— Ja… chciałem tylko, żeby wszystkim było wygodnie…
— Wszystkim? — Marta spojrzała mu prosto w oczy. — Czy może wam dwojgu?
Odpowiedziała jej cisza.
Marta powoli skinęła głową, jakby właśnie dostała ostatnie potwierdzenie tego, co już wcześniej zrozumiała.
— W takim razie bądźmy uczciwi — powiedziała. — Wszystko już ustaliliście beze mnie.
Zamilkła na chwilę.
— Więc od tej pory możecie również podejmować decyzje beze mnie.
Pani Barbara zmarszczyła brwi. Najwyraźniej nie od razu zrozumiała sens tych słów.
Piotr natomiast natychmiast się spięł.
— Marta… co ty właściwie chcesz powiedzieć?
Patrzyła na niego długo. Bardzo długo.
Nie było już w tym spojrzeniu wahania ani nadziei, że jeszcze usłyszy coś, co odmieni sytuację. Decyzja została podjęta.
Nie odpowiedziała od razu. Stała naprzeciw Piotra i jego matki, jakby dawała im ostatnią możliwość, by choć spróbowali zrozumieć, co właściwie zrobili. Nie potrzebowała usprawiedliwień. Nie czekała na przeprosiny wypowiedziane w panice. Chciała tylko zobaczyć, czy którekolwiek z nich dostrzega granicę, którą właśnie przekroczyli.
Ale w salonie znów panowała ciężka, pusta cisza.
— Chcę powiedzieć — odezwała się w końcu Marta — że dalej będziecie już beze mnie.
Piotr ruszył w jej stronę.
— Zaczekaj… Mówisz poważnie? Przez jedną rozmowę?
Marta lekko przechyliła głowę, jakby naprawdę chciała upewnić się, że dobrze go usłyszała.
— Przez jedną? — powtórzyła cicho. — Nie, Piotrze. Nie przez jedną.
Podeszła do okna i odsunęła zasłonę. Na dole migotały światła wieczornego miasta, odległe i obojętne. Nagle to, co działo się za jej plecami, wydało jej się równie dalekie i obce.
— Przez wszystkie te drobiazgi, które zawsze nazywałeś „niczym strasznym” — powiedziała. — Przez każdą sytuację, kiedy milczałeś, choć powinieneś był coś powiedzieć. Kiedy zgadzałeś się, choć należało się zastanowić. Kiedy zamiast nas wybierałeś… wygodę.
Piotr roześmiał się nerwowo.
— Robisz z tego nie wiadomo co…
— Nie — przerwała mu łagodnie. — Po prostu wreszcie przestałam udawać, że to wszystko jest mniejsze, niż naprawdę jest.
Te słowa przecięły ostatnią nić, która jeszcze chwilę wcześniej mogła ich łączyć.
Pani Barbara prychnęła pogardliwie.
— No to proszę bardzo! — rzuciła. — Myślisz, że on sobie bez ciebie nie poradzi? Za takim chłopakiem kobiety ustawią się w kolejce!
Marta spojrzała na nią bez emocji.
— Być może — odparła. — Tylko nie o to chodzi, czy Piotr sobie poradzi.
Potem spojrzała na niego.
— Chodzi o to, jakim człowiekiem stanie się przy pani.