— Dlaczego stoisz w szlafroku? Goście zaraz tu będą! — mąż dopiero teraz przypomniał sobie, że zapomniał powiedzieć żonie o kolacji z kolegami z pracy

Joanna zamknęła za sobą ciężkie drzwi wejściowe i przez kilka sekund stała oparta o nie plecami. Powoli wypuściła powietrze, jakby wraz z nim chciała pozbyć się całego napięcia, które nazbierało się przez ostatnie pięć dni. Piątek. Samo to słowo brzmiało dla niej jak obietnica ratunku. Za nią został tydzień wypełniony uzgodnieniami, arkuszami, kontrolami, raportami i spotkaniami, po których człowiek marzył już tylko o ciszy.

Praca starszej audytorki w dużej firmie potrafiła wycisnąć z Joanny resztki energii, a jednak naprawdę ją lubiła. Ceniła w niej porządek, logikę i przewidywalność. Właśnie tych trzech rzeczy od pewnego czasu coraz bardziej brakowało jej za to w domu, w małżeństwie, które jeszcze niedawno uważała za swój najbezpieczniejszy punkt.

Zsunęła z nóg ciasne szpilki i niemal westchnęła z ulgą, kiedy obolałe stopy dotknęły chłodnego parkietu. W mieszkaniu panowała cisza. Prawdziwa, kojąca cisza.

Jej mąż, Piotr, w piątki zwykle wracał późno. Zostawał z kolegami z pracy w pubie, gdzie — jak sam to nazywał — „omawiali sprawy służbowe w mniej formalnej atmosferze”, a do domu przychodził dopiero pod koniec wieczoru. Kierował działem sprzedaży, był przebojowy, ambitny i bardzo pewny siebie. W ciągu ostatniego roku Joanna coraz częściej dostrzegała jednak jeszcze jedną jego cechę: niemal chorobliwą potrzebę robienia odpowiedniego wrażenia na innych.

Poszła do sypialni, zdjęła elegancki biurowy komplet, który pod koniec dnia ciążył jej na ramionach niczym zbroja, i otworzyła szafę. Na osobnym wieszaku wisiał jej ulubiony szlafrok. Gruby, miękki, w ciepłym brzoskwiniowym kolorze, trochę już wypłowiały po wielu praniach, a przez to jeszcze bardziej swojski.

Dla Joanny nie był zwykłym domowym ubraniem. Kojarzył jej się z ciepłem, spokojem i tymi rzadkimi chwilami, kiedy nie musiała niczego nikomu udowadniać. Narzuciła go na ramiona, zawiązała pasek i poczuła, że zmęczenie zaczyna powoli odpuszczać.

Plan na wieczór miała banalny, a przez to doskonały: długa gorąca kąpiel, kieliszek ulubionego wina, zamówienie czegoś pysznego i zupełnie niezdrowego, a potem stary film, który znała prawie na pamięć. Żadnych wskaźników, terminów, zestawień, wykresów i cudzych problemów. Tylko ona i odpoczynek, na który uczciwie zapracowała.

Szła właśnie do kuchni po wodę, kiedy od strony przedpokoju dobiegł nagły szczęk zamka. Drzwi otworzyły się z takim impetem, że uderzyły o odbojnik. W progu pojawił się Piotr. Oddychał szybko, krawat miał przekrzywiony, a w spojrzeniu coś, co Joanna bez trudu rozpoznała jako panikę.

— Joanna! — wyrzucił z siebie, ściągając buty i zostawiając je niedbale na wycieraczce. — Dlaczego ty tak wyglądasz?!

Zatrzymała się z szklanką w dłoni i zmarszczyła brwi.

— Jak wyglądam? Piotr, co się stało? Przecież miałeś chyba iść dzisiaj gdzieś z ludźmi z działu…

Mąż rozejrzał się po mieszkaniu tak nerwowo, jakby znalazł się na miejscu katastrofy. Na kuchennym stole leżała nieprzejrzana korespondencja, o której Joanna zapomniała rano, na oparciu krzesła wisiał sweter, a ona sama stała pośrodku kuchni w brzoskwiniowym szlafroku, z włosami spiętymi w niedbały kok i bez makijażu.

— Dlaczego jesteś w szlafroku? Oni będą tu za chwilę! — syknął, chwytając się obiema dłońmi za głowę.

Przez moment Joanna była przekonana, że źle usłyszała.

— Kto będzie? O czym ty w ogóle mówisz?

— Moi ludzie z pracy! Marek i Agnieszka! — odpowiedział półgłosem, jakby zaproszeni już stali na klatce schodowej. — Zaprosiłem ich na kolację! Marek jest moim szefem, przypominam ci! Od tego wieczoru może zależeć mój awans. Wiesz przecież, jak bardzo ceni rodzinę, domową atmosferę, takie normalne ciepło. Lubi zobaczyć, jak żyją jego pracownicy. Agnieszka też chciała wpaść, bo jej mąż wyjechał służbowo.

— Zaprosiłeś kolegów na kolację i zapomniałeś mi o tym powiedzieć — odezwała się Joanna bardzo wolno, wyraźnie oddzielając każde słowo. Gdzieś pod żebrami zaczynało się rozlewać gorące, nieprzyjemne rozdrażnienie. Znała ten sygnał. Tak zaczynała się jej złość. — Nic. Mi. Nie. Powiedziałeś.

— Powiedziałem! — odburknął natychmiast, lecz jego wzrok uciekł na bok. — We wtorek rano. Doskonale pamiętam.

— We wtorek rano szukałeś granatowej koszuli i narzekałeś, że znowu będą korki. O gościach nie powiedziałeś ani słowa. Piotr, ty rozumiesz, co zrobiłeś? W lodówce mam pół garnka wczorajszej zupy i dwa jogurty. Nie byłam na zakupach. Miałam dziś koszmarny dzień.

— To wymyśl cokolwiek! — rozłożył bezradnie ręce, a jego głos podniósł się o ton. — Jesteś kobietą, prowadzisz ten dom! Zrób coś. Pokrój wędlinę, zrób jakąś sałatkę, nie wiem… wrzuć coś na patelnię! I na litość boską, przebierz się. Wyglądasz teraz jak… jak sprzątaczka, która ma dzień wolny!

Te słowa zabolały bardziej, niż gdyby ją spoliczkował. Joanna — specjalistka zarabiająca więcej od męża, kobieta, która przeznaczyła większość własnych oszczędności na remont tego mieszkania — stała we własnej kuchni i słuchała, jak człowiek, z którym dzieliła życie, mówi do niej z pogardą.