— Dlaczego stoisz w szlafroku? Goście zaraz tu będą! — mąż dopiero teraz przypomniał sobie, że zapomniał powiedzieć żonie o kolacji z kolegami z pracy

Joanna zamknęła za sobą ciężkie drzwi wejściowe i przez kilka sekund stała oparta o nie plecami. Powoli wypuściła powietrze, jakby wraz z nim chciała pozbyć się całego napięcia, które nazbierało się przez ostatnie pięć dni. Piątek. Samo to słowo brzmiało dla niej jak obietnica ratunku. Za nią został tydzień wypełniony uzgodnieniami, arkuszami, kontrolami, raportami i spotkaniami, po których człowiek marzył już tylko o ciszy.

Praca starszej audytorki w dużej firmie potrafiła wycisnąć z Joanny resztki energii, a jednak naprawdę ją lubiła. Ceniła w niej porządek, logikę i przewidywalność. Właśnie tych trzech rzeczy od pewnego czasu coraz bardziej brakowało jej za to w domu, w małżeństwie, które jeszcze niedawno uważała za swój najbezpieczniejszy punkt.

Zsunęła z nóg ciasne szpilki i niemal westchnęła z ulgą, kiedy obolałe stopy dotknęły chłodnego parkietu. W mieszkaniu panowała cisza. Prawdziwa, kojąca cisza.

Jej mąż, Piotr, w piątki zwykle wracał późno. Zostawał z kolegami z pracy w pubie, gdzie — jak sam to nazywał — „omawiali sprawy służbowe w mniej formalnej atmosferze”, a do domu przychodził dopiero pod koniec wieczoru. Kierował działem sprzedaży, był przebojowy, ambitny i bardzo pewny siebie. W ciągu ostatniego roku Joanna coraz częściej dostrzegała jednak jeszcze jedną jego cechę: niemal chorobliwą potrzebę robienia odpowiedniego wrażenia na innych.

Poszła do sypialni, zdjęła elegancki biurowy komplet, który pod koniec dnia ciążył jej na ramionach niczym zbroja, i otworzyła szafę. Na osobnym wieszaku wisiał jej ulubiony szlafrok. Gruby, miękki, w ciepłym brzoskwiniowym kolorze, trochę już wypłowiały po wielu praniach, a przez to jeszcze bardziej swojski.

Dla Joanny nie był zwykłym domowym ubraniem. Kojarzył jej się z ciepłem, spokojem i tymi rzadkimi chwilami, kiedy nie musiała niczego nikomu udowadniać. Narzuciła go na ramiona, zawiązała pasek i poczuła, że zmęczenie zaczyna powoli odpuszczać.

Plan na wieczór miała banalny, a przez to doskonały: długa gorąca kąpiel, kieliszek ulubionego wina, zamówienie czegoś pysznego i zupełnie niezdrowego, a potem stary film, który znała prawie na pamięć. Żadnych wskaźników, terminów, zestawień, wykresów i cudzych problemów. Tylko ona i odpoczynek, na który uczciwie zapracowała.

Szła właśnie do kuchni po wodę, kiedy od strony przedpokoju dobiegł nagły szczęk zamka. Drzwi otworzyły się z takim impetem, że uderzyły o odbojnik. W progu pojawił się Piotr. Oddychał szybko, krawat miał przekrzywiony, a w spojrzeniu coś, co Joanna bez trudu rozpoznała jako panikę.

— Joanna! — wyrzucił z siebie, ściągając buty i zostawiając je niedbale na wycieraczce. — Dlaczego ty tak wyglądasz?!

Zatrzymała się z szklanką w dłoni i zmarszczyła brwi.

— Jak wyglądam? Piotr, co się stało? Przecież miałeś chyba iść dzisiaj gdzieś z ludźmi z działu…

Mąż rozejrzał się po mieszkaniu tak nerwowo, jakby znalazł się na miejscu katastrofy. Na kuchennym stole leżała nieprzejrzana korespondencja, o której Joanna zapomniała rano, na oparciu krzesła wisiał sweter, a ona sama stała pośrodku kuchni w brzoskwiniowym szlafroku, z włosami spiętymi w niedbały kok i bez makijażu.

— Dlaczego jesteś w szlafroku? Oni będą tu za chwilę! — syknął, chwytając się obiema dłońmi za głowę.

Przez moment Joanna była przekonana, że źle usłyszała.

— Kto będzie? O czym ty w ogóle mówisz?

— Moi ludzie z pracy! Marek i Agnieszka! — odpowiedział półgłosem, jakby zaproszeni już stali na klatce schodowej. — Zaprosiłem ich na kolację! Marek jest moim szefem, przypominam ci! Od tego wieczoru może zależeć mój awans. Wiesz przecież, jak bardzo ceni rodzinę, domową atmosferę, takie normalne ciepło. Lubi zobaczyć, jak żyją jego pracownicy. Agnieszka też chciała wpaść, bo jej mąż wyjechał służbowo.

— Zaprosiłeś kolegów na kolację i zapomniałeś mi o tym powiedzieć — odezwała się Joanna bardzo wolno, wyraźnie oddzielając każde słowo. Gdzieś pod żebrami zaczynało się rozlewać gorące, nieprzyjemne rozdrażnienie. Znała ten sygnał. Tak zaczynała się jej złość. — Nic. Mi. Nie. Powiedziałeś.

— Powiedziałem! — odburknął natychmiast, lecz jego wzrok uciekł na bok. — We wtorek rano. Doskonale pamiętam.

— We wtorek rano szukałeś granatowej koszuli i narzekałeś, że znowu będą korki. O gościach nie powiedziałeś ani słowa. Piotr, ty rozumiesz, co zrobiłeś? W lodówce mam pół garnka wczorajszej zupy i dwa jogurty. Nie byłam na zakupach. Miałam dziś koszmarny dzień.

— To wymyśl cokolwiek! — rozłożył bezradnie ręce, a jego głos podniósł się o ton. — Jesteś kobietą, prowadzisz ten dom! Zrób coś. Pokrój wędlinę, zrób jakąś sałatkę, nie wiem… wrzuć coś na patelnię! I na litość boską, przebierz się. Wyglądasz teraz jak… jak sprzątaczka, która ma dzień wolny!

Te słowa zabolały bardziej, niż gdyby ją spoliczkował. Joanna — specjalistka zarabiająca więcej od męża, kobieta, która przeznaczyła większość własnych oszczędności na remont tego mieszkania — stała we własnej kuchni i słuchała, jak człowiek, z którym dzieliła życie, mówi do niej z pogardą.

— Niczego nie będę smażyć, Piotr — powiedziała chłodno. — Bo nie mam czego. I nie zamierzam urządzać przedstawienia tylko dlatego, że ty zapomniałeś o własnych planach.

Nie zdążył odpowiedzieć. W mieszkaniu rozległ się dźwięk dzwonka. Piotr pobladł.

— Joanna, proszę — ton zmienił mu się w jednej sekundzie. Z irytacji przeszedł w niemal błagalny. Złożył nawet dłonie przed sobą. — Tylko przez chwilę zagraj ze mną do jednej bramki. Zamówię coś z restauracji i powiem, że taki był plan. Ty idź do sypialni, ogarnij się, załóż tę granatową sukienkę, którą lubię. Potem do nas wyjdziesz. Proszę. Tu chodzi o moją karierę!

Nie czekał na odpowiedź. Odwrócił się i niemal pobiegł do przedpokoju, poprawiając krawat i w pośpiechu przyklejając do twarzy szeroki, gościnny uśmiech.

Joanna została w kuchni. Usłyszała przekręcany zamek, po chwili niski, donośny głos Marka i jasny, lekko przesadzony śmiech Agnieszki.

— Piotrze, ale macie piękne mieszkanie! — zachwyciła się kobieta. — Naprawdę jak przytulne rodzinne gniazdko!

— Dobry wieczór, Piotr. Dzięki za zaproszenie. Na mieście był dziś koszmar — odezwał się Marek. — A gdzie pańska żona? Tyle dobrego o niej słyszałem.

— Joanna zaraz do nas dołączy. Kończy ostatnie przygotowania — skłamał swobodnie Piotr, odbierając od gości płaszcze. — Chodźcie do salonu, rozgośćcie się.

Joanna bezszelestnie przeszła do sypialni i przymknęła drzwi. W środku wszystko w niej wrzało. Uraza mieszała się ze złością, ale pod nimi pojawiało się jeszcze coś: ciężkie, gorzkie rozczarowanie. „Kończy ostatnie przygotowania”. Jak łatwo mu to przyszło. Jedno zdanie wystarczyło, by winę za jego własną nieodpowiedzialność przerzucić na nią.

Usiadła na brzegu szerokiego łóżka. W sypialni panowała cisza, lecz salon słychać było doskonale. Mieszkanie miało otwarty układ, więc głosy bez przeszkód niosły się między pomieszczeniami.

Słyszała, jak Piotr w pośpiechu ustawia kieliszki i nalewa gościom wino, które sama kupiła na swój spokojny piątkowy wieczór. Po chwili rozległ się zachwycony głos Agnieszki.

— Macie fantastyczny gust! Ten narożnik, ściany, światło… Korzystaliście z architekta? To musiało kosztować fortunę!

Joanna skrzywiła usta w gorzkim uśmiechu. Owszem, kosztowało fortunę. Głównie jej fortunę. To ona pilnowała ekipy, wybierała materiały, spierała się z wykonawcą, porównywała kosztorysy i odbierała każdy etap prac. Piotr w tym czasie jeździł w delegacje i powtarzał, że „nie ma kiedy się tym zajmować”.

— Trochę trzeba było zainwestować — odpowiedział Piotr z udawaną skromnością, pod którą łatwo dało się wyczuć samozadowolenie. — Długo prowadziłem ten projekt. Chciałem stworzyć dla nas idealne miejsce. Uważam, że mężczyzna powinien zapewnić rodzinie porządne zaplecze.

Joanna zamknęła oczy. „Długo prowadziłem ten projekt”. Niewiarygodne.

— A czym zajmuje się pańska żona? — zapytał Marek rzeczowym tonem. — Wspominał pan kiedyś, że też pracuje.

— Ach, takie tam papiery — rzucił lekceważąco Piotr, a Joanna poczuła, jak ściska ją w gardle. — Zwykła biurowa robota. Wie pan, Marku, ja jestem raczej tradycjonalistą. Dla mnie najważniejsze jest, żeby kobieta dbała o dom. Atmosfera, rodzina, czekanie na męża po pracy… Joanna jest pod tym względem bardzo domowa. Nie ciągnie jej do wyścigu szczurów. Ja ogarniam nasze finanse, więc ona może żyć spokojnie i nie martwić się takimi rzeczami.

— Jakie to urocze — przeciągnęła Agnieszka, a w jej głosie zabrzmiała cienka nuta drwiny. — Musi być cudownie nie mieć specjalnie o czym myśleć. Siedzieć w domu, gotować obiady i czekać na żywiciela rodziny. Ja chyba bym nie potrafiła. Potrzebuję tempa, rozwoju, poczucia, że coś osiągam.

— Każdemu odpowiada co innego, Agnieszko — odparł Piotr protekcjonalnie. — W Joannie właśnie cenię łagodność. Nie jest z tych ambitnych. Spokojna, cicha, taka prawdziwa strażniczka domowego ogniska. Czasem tylko trochę się rozkojarzy, jak dzisiaj. Źle wyliczyła czas z kolacją, ale spokojnie, zaraz wszystko nadrobimy.

Joanna otworzyła oczy. Coś w niej przestawiło się nagle i bezgłośnie, jak przełącznik. Uraza zniknęła. Gniew również odsunął się gdzieś dalej. Została po nich chłodna, przejrzysta pewność.

Była starszą audytorką. Na co dzień znajdowała błędy w dokumentach opiewających na miliony. To z jej pieniędzy opłacono większą część tego mieszkania. A teraz mężczyzna, którego kochała, wspierała i wielokrotnie ratowała z niezręcznych sytuacji, siedział za ścianą i przedstawiał ją swojemu przełożonemu jako mało rozgarniętą, zależną gospodynię domową. Tylko po to, żeby sam wyglądał na ważniejszego, bardziej zaradnego i hojniejszego. Budował sobie piedestał, wpychając ją coraz niżej.

Podniosła się z łóżka i podeszła do lustra. Brzoskwiniowy szlafrok rzeczywiście wyglądał miękko, zwyczajnie i domowo. Jak uniform wygodnej, cichej, posłusznej żony.

Rozwiązała pasek i pozwoliła, żeby gruby materiał zsunął się na podłogę.

W garderobie bez chwili wahania sięgnęła po sukienkę, którą miała na sobie tylko raz, podczas firmowej gali. Była w głębokim, nasyconym odcieniu butelkowej zieleni. Elegancka, prosta, bez przesadnej śmiałości, a jednocześnie skrojona tak, że leżała na niej idealnie. Kosztowała prawie tyle, co połowa miesięcznej pensji Piotra.

Joanna założyła sukienkę, potem otworzyła szkatułkę i wybrała niewielkie, klasyczne kolczyki. Usiadła przed lustrem. Dłonie miała spokojne, ruchy dokładne. Nałożyła lekki podkład, podkreśliła oczy, a po krótkim namyśle sięgnęła po czerwoną szminkę. Zwykle używała jej tylko przy wyjątkowych okazjach. Ten wieczór właśnie stał się wyjątkowy. Dziś Joanna żegnała swoje małżeństwo.

Po kilkunastu minutach z sypialni wyszła zupełnie inna kobieta. Nie zmęczona gospodyni z nożem do krojenia wędliny. Nie winna żona, której kazano w ostatniej chwili ratować cudzą kompromitację. Była spokojna, elegancka i pewna siebie. Doskonale wiedziała, ile jest warta.

Wzięła telefon i otworzyła aplikację eleganckiej restauracji „Bursztynowa”. Jej firma od czasu do czasu zamawiała tam kolacje biznesowe. Kilkoma ruchami zamówiła tatar wołowy, sandacza z dodatkami, polędwicę wołową, kilka dopracowanych sałatek i desery. Płatność przeszła natychmiast. Z ich wspólnego konta, do którego przypisana była karta Piotra. Rachunek wyszedł imponujący.

Schowała telefon, wzięła głęboki oddech, wyprostowała plecy i poszła do salonu.

Rozmowa zdążyła już nabrać tempa. Piotr właśnie z zapałem opowiadał Markowi, jak zamierza przebudować pracę działu.

— …dlatego uważam, że koszty logistyki trzeba zdecydowanie lepiej kontrolować — mówił pewnym tonem. — Mam już nawet wstępny schemat…

Kroki Joanny były prawie bezgłośne, ale kiedy stanęła w przejściu do salonu, efekt był natychmiastowy. Oparła jedną dłoń o framugę i przez moment po prostu patrzyła na zebranych.

— Dobry wieczór — powiedziała spokojnie.

Rozmowa urwała się w pół zdania. Marek, dojrzały mężczyzna w dobrze skrojonym garniturze, uniósł brwi. Agnieszka, efektowna brunetka, zmrużyła oczy i szybko przesunęła spojrzeniem po zielonej sukience Joanny.

Najbardziej wymowna była jednak twarz Piotra. Zaniemówił. Najwyraźniej spodziewał się zobaczyć zmęczoną, skruszoną żonę, która zjawi się z półmiskiem kanapek i natychmiast zacznie obsługiwać towarzystwo. Zamiast niej stała przed nim kobieta wyglądająca tak, jakby była gospodynią nie tylko mieszkania, ale całej sytuacji.

— O… to moja… Joanna — wydusił w końcu.

— Miło mi państwa poznać. Joanna — przedstawiła się, podchodząc do Marka i wyciągając rękę tak, jak robiła to na spotkaniach biznesowych. Nie zostawiła miejsca na przesadne uprzejmości. Od pierwszej chwili ustaliła inny ton rozmowy.

— Panie Marku, sporo o panu słyszałam.

Marek uścisnął jej dłoń z wyraźnym uznaniem.

— Mnie również miło. Piotr opowiadał, że jest pani prawdziwą opiekunką domowego ogniska.

Joanna spojrzała na męża. W jej oczach przez ułamek sekundy pojawił się błysk, który sprawił, że Piotr odruchowo usiadł prościej.

— Piotr lubi czasem bardzo malownicze określenia — odpowiedziała z łagodnym uśmiechem, po czym zajęła fotel naprzeciwko Agnieszki. — Mój udział w domowym cieple zwykle polega na tym, że zdążę zamówić sprzątanie między zamknięciem kwartału a rozpoczęciem kolejnego audytu.

Piotr pobladł. Agnieszka zamrugała.

— Audytu? — dopytał Marek. — Myślałem, że pani…

— Jestem starszą audytorką w grupie konsultingowej — wyjaśniła Joanna, zakładając nogę na nogę. — Zajmuję się między innymi fuzjami spółek. Wie pan, panie Marku, dokumenty dużych firm potrafią być fascynujące. Ludzie bardzo często próbują przedstawić życzenia jako fakty. Przypisują sobie cudzą pracę, ukrywają prawdziwe koszty, upiększają wyniki. Tyle że liczby są mniej uprzejme od ludzi. Prędzej czy później pokazują, jak było naprawdę.

Mówiła o pracy, przynajmniej formalnie. Piotr jednak zrozumiał każde słowo. Siedział sztywno, jakby przygwożdżony do fotela, i zbyt mocno zaciskał palce na kieliszku.

— Ciekawe — wtrąciła Agnieszka, próbując odzyskać kontrolę nad rozmową. — Chociaż chyba umarłabym z nudów, gdybym cały dzień siedziała w liczbach. Zero twórczości.

— Twórczość, Agnieszko, zaczyna się tam, gdzie kończy się niekompetencja — odparła Joanna z tak spokojnym uśmiechem, że kobieta dopiero po chwili zorientowała się, jak precyzyjnie została skarcona. — Kiedy uda się uchronić klienta przed wielomilionową karą spowodowaną czyjąś beztroską w dziale sprzedaży, człowiek przez moment naprawdę czuje się jak artysta.

Marek roześmiał się głośno. Wyraźnie spodobała mu się ta opanowana, inteligentna kobieta o ostrym języku.

— Piotr był zdecydowanie zbyt skromny! — powiedział. — Opowiadał, że zajmuje się pani papierami, a tu proszę, prawdziwy rekin finansów pod jednym dachem.

— Mój mąż jest człowiekiem niezwykle skromnym — Joanna przeniosła wzrok na Piotra. — I bardzo oszczędnym w szczegółach. Chociażby ten remont, który tak się państwu spodobał. Piotr nie wspomniał, że prowadziłam go od początku do końca. Ale miał swój wkład. Wybrał wycieraczkę do przedpokoju.

W pokoju zapadła ciężka, dźwięcząca cisza. Agnieszka otworzyła usta, ale nic nie powiedziała. Na twarzy Piotra pojawiły się czerwone plamy. Spróbował zaprotestować, obrócić wszystko w żart, lecz głos mu się załamał.

— Joanna, po co ty… To przecież prywatne sprawy, rodzinne — wymamrotał.

— Proszę się tym nie przejmować, mamy taki małżeński humor — zwróciła się znów do gości, nie pozwalając Piotrowi przejąć rozmowy. — Na pewno są już państwo głodni. Piotr zrobił mi dziś niespodziankę. Nie uprzedził mnie o państwa wizycie. Widocznie chciał sprawdzić, jak radzę sobie w sytuacji kryzysowej.

Zrobiła krótką pauzę. Patrzyła, jak na twarzy męża pojawia się coraz bardziej widoczny wstyd.

— Ponieważ jednak szanuję czas i jakość, nie próbowałam wyczarować kolacji z pustej lodówki. Zamówiłam wszystko w „Bursztynowej”. Dostawca powinien pojawić się lada chwila. Mam nadzieję, że lubią państwo dobrą polską kuchnię w nowoczesnym wydaniu?

Marek, którego zdziwienie zdążyło przejść najpierw w zrozumienie, a potem w szczery szacunek, skinął głową.

— „Bursztynowa”? Świetny wybór. Jest pani niezwykłą kobietą, Joanno. Piotr ma ogromne szczęście.

Dalsza część wieczoru należała już do Joanny. Kiedy przyjechał dostawca, bez nerwów rozłożyła wszystko na stole i szybko zadbała o elegancką oprawę. Pojawiły się dopracowane dania, a rozmowa popłynęła zupełnie innym torem. Joanna swobodnie dyskutowała z Markiem o gospodarce, sytuacji na rynku, inwestycjach i ryzyku w firmach. Agnieszka, która zorientowała się, że przy niej jej zwykłe efektowne uwagi brzmią blado, w większości milczała i przesuwała widelcem po tatarze.

Piotr przez cały wieczór siedział jak na rozżarzonych węglach. Co chwilę próbował coś wtrącić, odzyskać uwagę i wrócić do roli pewnego siebie gospodarza, ale Marek coraz częściej zwracał się bezpośrednio do Joanny. Starannie zbudowana legenda o zaradnym żywicielu i cichej, zależnej żonie rozsypała się na oczach jego szefa. Został po niej obraz człowieka, który przypisuje sobie cudze zasługi i nie potrafi nawet uprzedzić własnej żony, że zaprosił gości.

Dokładnie o dziesiątej Marek wstał od stołu.

— Dziękuję za świetny wieczór, Joanno. Kolacja była znakomita, ale rozmowa jeszcze lepsza.

— Proszę wpadać ponownie, panie Marku. Zawsze cenię dobrych rozmówców — odpowiedziała uprzejmie.

Piotr odprowadził gości do drzwi. Gdy zamek kliknął za nimi po raz ostatni, w mieszkaniu zapadła ciężka cisza, taka jak przed burzą.

Joanna stała przy oknie w salonie i patrzyła na światła miasta. Nie czuła żalu. Nie czuła też strachu. Było w niej tylko dziwne, niemal odurzające poczucie lekkości.

Usłyszała za plecami kroki Piotra.

— Ty… ty w ogóle rozumiesz, co zrobiłaś?! — głos drżał mu od powstrzymywanej wściekłości. — Upokorzyłaś mnie przed moim szefem! Przed Agnieszką! Zniszczyłaś mi opinię!

Joanna odwróciła się powoli. Zieleń sukienki miękko zmieniała odcień w świetle kinkietu.

— Swoją opinię zniszczyłeś sam, Piotr. Dokładnie wtedy, kiedy uznałeś, że możesz użyć mnie jak stopnia w schodach, żeby samemu wyglądać na wyższego.

— Chciałem tylko zrobić dobre wrażenie! — krzyknął, całkowicie tracąc panowanie nad sobą. — Mogłaś mi pomóc! Co by ci się stało, gdybyś przez jeden wieczór zachowała się jak normalna żona?!

— Normalna żona? Czyli nieme przedłużenie twojego ego? Dekoracja w przedstawieniu, w którym ty grasz główną rolę? — Joanna pokręciła głową. — Okłamywałeś ich, Piotr. Mówiłeś, że mnie utrzymujesz. Udawałeś, że nie robię niczego ważnego. Pomniejszyłeś moją pracę, moje pieniądze, mój wkład i mnie samą. Ale najgorsze jest chyba coś innego. Ty naprawdę zacząłeś wierzyć w tę wersję. Tak przywykłeś do korzystania z tego, co tworzę, że uznałeś, iż z jakiegoś powodu wszystko należy do ciebie.

— Zwariowałaś! A poza tym za tę kolację zapłaciłem ja! Dostałem powiadomienie z banku. Wydałaś na jedzenie jakąś absurdalną sumę!

— Spokojnie — Joanna podeszła do stołu, sięgnęła po kieliszek, w którym zostało trochę wina, i upiła mały łyk. — Potraktuj to jako cenę za ujawnienie prawdy. Jutro przeleję ci te pieniądze ze swojego rachunku. Nie lubię być nikomu nic winna.

Odstawiła kieliszek.

— Składam pozew o rozwód, Piotr.

Mąż zamarł. Wściekłość zniknęła z jego twarzy tak nagle, jak się pojawiła. Najpierw ustąpiła miejsca niedowierzaniu, potem prawdziwemu przerażeniu.

— Jaki rozwód? Joanna, przez jeden nieudany wieczór? Przez kilka głupich zdań?

— Nie przez jeden wieczór. Ta kolacja była tylko ostatnią kroplą. Mam dość bycia twoim zasobem. Mam dość bycia wygodną. Chcę wracać do domu, zakładać swój ulubiony szlafrok i nie zastanawiać się, czy ktoś zaraz nie zruga mnie jak służącej. Chcę żyć z człowiekiem, który jest ze mnie dumny, a nie z kimś, kto ukrywa moje osiągnięcia, żeby lepiej zamaskować własne kompleksy.

— A komu ty będziesz potrzebna z tymi swoimi ambicjami?! — wyrzucił z siebie w rozpaczy, chwytając się ostatniej znanej mu broni.

— Sobie, Piotr. Przede wszystkim sobie. I to mi w zupełności wystarczy.

Minęła męża stojącego nieruchomo pośrodku salonu i wróciła do sypialni. Zamknęła drzwi. Zdjęła zieloną sukienkę i starannie odwiesiła ją do szafy. Potem podniosła stary, miękki, brzoskwiniowy szlafrok. Otuliła się nim, zawiązała pasek i po raz pierwszy od bardzo dawna nabrała powietrza pełną piersią.

Jutro miało być trudne. Trzeba będzie znaleźć adwokata, rozmawiać o podziale majątku, również o mieszkaniu, które Piotr tak chętnie przedstawiał jako własne osiągnięcie. Trzeba będzie pakować rzeczy. Pewnie pojawią się awantury, prośby, przeprosiny, namowy, a może również groźby.

Ale to wszystko miało wydarzyć się jutro. Teraz wciąż był piątek. A Joanna po raz pierwszy od dawna naprawdę czuła, że jest u siebie. Bezpieczna. Wolna. Szczęśliwa i zaskakująco silna. Podeszła do toaletki, wzięła płatek kosmetyczny i powoli, ostrożnie zaczęła ścierać czerwoną szminkę. Przedstawienie właśnie dobiegło końca. Jej prawdziwe życie dopiero się zaczynało.