Gdy ojciec, który kiedyś odebrał mu dom i dzieciństwo, wrócił po latach z prośbą o pomoc, świeżo upieczony tata powiedział mu tylko jedno

— Wpadłem w tarapaty. Pokłóciłem się z zięciem Barbary. Wyobrażasz sobie, nazwał mnie darmozjadem! Mnie! Darmozjadem! Kiedy pracowałem w zakładzie i utrzymywałem ich wszystkich, byłem dobry. A jak przeszedłem na emeryturę, wszystko się zmieniło. Wyrzucili mnie. Z domu, za który płaciłem! A kredyty, które Barbara brała na moje nazwisko? Nadal zostały na mnie. Jestem pod ścianą, synu. Chcę tylko sprawiedliwości…

— Sprawiedliwości? I co ja mam z tym wspólnego?

— Jak możesz tak pytać? Z Barbarą nigdy nie wzięliśmy ślubu. Prawnie ona jest dla mnie nikim. Jej córki też. Ale ty… ty jesteś moją krwią. A twoja matka była moją jedyną prawdziwą żoną. Gdyby nie wyszła drugi raz za mąż, poszedłbym do niej. Nie jesteśmy obcy. Mieliśmy przecież wspólnego syna.

— Naprawdę uważasz, że masz do czegokolwiek prawo po tym, jak zabrałeś połowę pieniędzy z domu mojej matki i zniknąłeś? Przez wszystkie te lata nie zapłaciłeś ani złotówki alimentów.

— Tamte pieniądze poszły na dom Barbary, na wakacje nad Bałtykiem… człowiek też ma prawo trochę odpocząć. Mój błąd był taki, że brałem kredyty na wesela jej córek i ich podróże poślubne. Zrozumiesz mnie, synu. Pomożesz. Po tej niesprawiedliwości, jaka mnie spotkała…

— Odpocząć? — Paweł parsknął gorzko. — Mama i ja przez lata ledwo wiązaliśmy koniec z końcem. Ona harowała do utraty sił, a ja od trzynastego roku życia dorabiałem, gdzie się dało. Najpierw roznosiłem ulotki, potem myłem samochody.

— I wyrosłeś na porządnego mężczyznę. Poradziłeś sobie. Chyba nie zostawisz własnego ojca na ulicy?

— Ojca straciłem, kiedy miałem dziesięć lat.

— Lepiej późno niż wcale, tak mówią. Nadrobimy stracony czas.

— Jak?

— Mógłbym zatrzymać się w tym wolnym pokoju. Tymczasowo. Co ty na to? Krew to nie woda.

— Ten pokój jest dla mojego syna. Nie wiem, kto dał ci mój adres, ale powinien też powiedzieć, że od dzisiaj mam dziecko. Syna. Zamierzam być dla niego ojcem, na jakiego zasługuje. A teraz wyjdź. Muszę jechać po meble, mam mnóstwo spraw do załatwienia — powiedział Paweł i stanowczym ruchem wskazał drzwi.

Stanisław wyszedł, ale na chodniku jeszcze się odwrócił.

— Paweł! Ten twój samochód… naprawdę piękny. Sprzedaj go, kup coś skromniejszego, a różnicę daj mnie. Spłaciłbym długi. Zachowaj się przyzwoicie…

— Dla mnie jesteś tylko człowiekiem, który zdradził rodzinę. Kiedy byłem dzieckiem, potrzebowałem ojca. Dzisiaj nie potrzebuję od ciebie niczego. Zniknij mi z oczu, bo nie ręczę za siebie.

Paweł poszedł do auta i ani razu się nie obejrzał. Stary mężczyzna został na miejscu, oszołomiony i bezradny, jakby naprawdę nie rozumiał, dlaczego drzwi nie otworzyły się przed nim szeroko. W Pawle nie drgnęła nawet najmniejsza litość. Wiedział, że wybrał dobrze. Dla siebie, dla Magdy, a przede wszystkim dla syna, który nigdy nie miał poznać bólu, z jakim on sam musiał dorastać.