— Katarzyna! — krzyknęła Jadwiga, wczepiając się synowi w rękaw. — Nie słuchaj jej! Szantażystka jedna! Jakie ona ma znajomości? Nigdzie nie pójdzie! Blefuje! Mareczku, synku, trzymaj się, zaraz zadzwonimy do mojego prawnika…
— Mamo, zamknij się! — nagle ryknął Marek.
Jego blade czoło pokryło się grubymi kroplami potu. Szarpnięciem wyrwał rękaw z palców matki. Jego spokojne życie w ciepłym gabinecie urzędu, pewna emerytura i służbowa toyota przemknęły mu przed oczami i rozsypały się w pył.
— Kasiu… A mieszkanie? Ja przecież muszę gdzieś mieszkać… — wymamrotał żałośnie.
— Zamieszkasz u mamy — odpowiedziała lodowato Katarzyna. — Ma dwa pokoje w bloku z wielkiej płyty, miejsce się znajdzie. A teraz zbierasz jej rzeczy i wystawiasz ją za bramę działek. Żeby jej duch więcej tu nie postał. Twoje pięć minut się kończy, Marek.
— Marek! Własną matkę na ulicę wyrzucisz?! Przez tę dziewuchę?! — Jadwiga zaczęła ciężko oddychać i złapała się za serce, lecz jej zwyczajowa teatralna scena tym razem nie zadziałała.
— Mamo, pakuj rzeczy! — wrzasnął Marek. — Rozumiesz, że mogą mnie wsadzić?! Tego chciałaś z tymi swoimi grządkami?! Przez twoją zawziętość pójdę pod sąd! Natychmiast się zbieraj!
Rzucił się do pokoju, szarpnął drzwi starej szafy i zaczął wyrzucać na podłogę rzeczy matki: wełniane swetry, znoszone podomki, kolorowe chustki. Jadwiga stała pośrodku werandy, jakby nie mogła uwierzyć w to, co się dzieje. Cała jej władza nad synem pękła jak bańka mydlana w obliczu jego własnego strachu.
Dziesięć minut później Marek wyciągnął na werandę wielką kraciastą torbę z bazaru, zapiętą byle jak na słaby zamek.
— Mareczku… — przeciągnęła cicho i urażenie teściowa, ale syn nawet na nią nie spojrzał. Złapał ją za łokieć i niemal pociągnął ku wyjściu.
— Idź, mamo. Szybciej, proszę. Pociąg masz za dwadzieścia minut, zdążysz.
Katarzyna stała na schodkach, z rękami skrzyżowanymi na piersi, i patrzyła w milczeniu.
Zmierzch szybko opadał na alejki ogrodów działkowych. Marek prawie wypchnął matkę za metalową furtkę, rzucił torbę pod jej nogi i z łoskotem zasunął zasuwę. Jadwiga została pośrodku zakurzonej drogi, przydeptując rąbek długiej spódnicy. Z ciemności dobiegł jej głuchy krzyk, przechodzący w pisk:
— Bodaj was pokarało, niewdzięcznicy! Zapamiętasz moje słowa, Mareczku! Jeszcze do matki na kolanach przypełzniesz!
Ale Marek już biegł z powrotem na werandę, nerwowo wycierając czoło rękawem kurtki.
— Kasia, zrobiłem wszystko, jak mówiłaś. Jedźmy do notariusza, podpiszę wszystko. Proszę, tylko nie oddawaj tych papierów…
— Jedziemy — powiedziała cicho Katarzyna, zabierając ze stołu swoją teczkę.
Następnego dnia.
— Kasiu, wykopałem dołek pod trzeci krzak… — Marek wbił łopatę w ciężką, szarą glinę i otarł pot z czoła brudnym wierzchem dłoni. — Tu trzeba więcej drenażu, prawda? Tak jak robił twój dziadek?
Katarzyna siedziała na werandzie i powoli mieszała herbatę w starej filiżance po dziadku, tej ze złotą obwódką. W domu znowu pachniało sosną, suszonym tymiankiem i czystością. Babciowa koronkowa narzuta, ostrożnie doprana z gliny i wysuszona na wietrze, bieliła się na starannie zasłanym łóżku.
Spojrzała na męża przez otwarte okno.
Marek wyglądał na skrajnie wykończonego. Jego dawniej idealnie ułożone włosy sterczały w nieładzie, twarz miał mocno spaloną słońcem, a dłonie urzędnika, zaklejone na krzyż tanim materiałowym plastrem, pokrywały grube żółte odciski. Obok niego na trawie stały ciężkie czarne donice ze szkółki. Na każdej bielała plastikowa etykieta: „Piwonia odmianowa, 3-letnia”. Marek wydał na nie całą prywatną skrytkę, którą przez trzy lata odkładał na nowy, mocny laptop.
— Dodaj wiadro piasku i popiół — rzuciła krótko Katarzyna, nawet nie unosząc filiżanki do ust.
Marek postał chwilę, przestępując z nogi na nogę, jakby liczył, że zaprosi go na werandę albo przynajmniej zaproponuje mu zimny kompot. Ale Katarzyna patrzyła ponad nim, na świeżo pobieloną cembrowinę studni.
— Kasiu… — odezwał się cicho, robiąc krok ku schodkom. — Przecież ja wszystko naprawiam, prawda? Krzewy znalazłem porządne, huśtawkę po dziadku zamówiłem u stolarza według rysunków, przywiozą w następny weekend… My chyba jeszcze możemy to odkręcić? Żeby było jak dawniej? No tak, zgłupiałem, posłuchałem mamy, ale chyba udowodniłem, że zrozumiałem?
Katarzyna odstawiła filiżankę na spodek.
— Niczego nie udowodniłeś, Marek — odpowiedziała spokojnie, bez gniewu. — I niczego nie da się już cofnąć. Jesteś tu teraz nie dlatego, że jesteś dobrym mężem. Jesteś tu, bo ratujesz własną skórę przed sprawą karną i zwolnieniem z urzędu.
Marek przełknął ślinę.
— Ale ja się staram… — wymamrotał, spuszczając głowę.
— Odpracowujesz dług wobec mojego dziadka — Katarzyna wstała i podeszła do balustrady, patrząc na niego z góry. — Za to, że podniosłeś rękę na jego pamięć i ukradłeś moje dokumenty. Kiedy ten ogród znów będzie taki, jaki był przed waszym przyjazdem — czysty, żywy i kwitnący — wtedy pomyślę. Czy od razu złożyć pozew o rozwód, czy dać ci jeszcze trochę czasu, żebyś pobył moim kierowcą i robotnikiem. A teraz idź kopać. Słońce zaraz zajdzie, a masz jeszcze trzy krzaki do posadzenia.
Mąż postał sekundę, potem bez słowa odwrócił się, podszedł do dołka, złapał trzonek łopaty i znowu z całej siły wbił sztych w upartą ziemię.
Katarzyna patrzyła na jego zgięte plecy z lekkim, prawie niedostrzegalnym poczuciem ulgi.
Za płotem sąsiadki z działek już szeptały między sobą, obserwując, jak dawniej ważny i dumny Marek posłusznie ugina kark pod chłodnym spojrzeniem żony. Jedne kobiety mówiły z satysfakcją: „Dobrze mu tak, zdrajcy jednemu, niech teraz się napoci!”. Inne wzdychały ze współczuciem: „No czy tak można z chłopem? Baba całkiem zdziczała przez jakieś kwiatki, wyciśnie go do ostatniej kropli i wyrzuci…”.
Ale Katarzynie było absolutnie wszystko jedno, co mówią.
