Siedzieliśmy w cieniu i piliśmy słodką herbatę z miętą. Mężczyzna prawie milczał, czasem pytał o coś po arabsku. Nie rozumiałam, ale łapałam jego spojrzenia — uprzejme, lecz czujne. W piersi rosło dziwne uczucie: jakbym nie była na randce, tylko weszła do cudzej historii.
Kiedy słońce zaczęło chylić się ku horyzontowi, Samir zaproponował, żebyśmy zostali.
— Zachód tutaj jest szczególny. Jeden moment i świat rodzi się od nowa.
Staliśmy na szczycie wydmy. Wiatr uderzał w twarz, piasek iskrzył złotem. Samir podszedł bliżej, objął mnie ramieniem, a ja się nie odsunęłam. We mnie wszystko jednocześnie ścisnęło się i stopniało.
— Anno — wyszeptał — rozumiesz, co czuję?
Milczałam.
— Wydaje mi się, że znalazłem to, czego szukałem.
Pocałował mnie. Delikatnie, ostrożnie, jakby bał się mnie spłoszyć. Jego usta pachniały miętą i słońcem. Serce waliło tak, jakby biegło po piasku. Ale głęboko we mnie i tak poruszył się lęk. Zbyt pięknie. Zbyt idealnie. Świat taki nie bywa.
W drodze powrotnej milczał. Patrzył na jezdnię, mocno trzymał kierownicę. Zapytałam:
— Wszystko dobrze?
— Tak. Myślę. Mam duże sprawy. Projekt. Może mogłabyś mi pomóc.
Zesztywniałam.
— Jak?
Uśmiechnął się.
— Opowiem później. Teraz nie pora mówić o pieniądzach.
Słowo „pieniądze” przesunęło się po plecach chłodem. Ale uśmiechnął się, dotknął mojej ręki i niepokój znów się rozpuścił.
Pod hotelem Samir otworzył mi drzwi, jakby nic szczególnego się nie wydarzyło.
— Ufasz mi, Anno? — zapytał cicho.
— Chyba tak.
— Więc się nie bój. Czasem los wymaga kroku w ciemność.
To zdanie przebiło mnie na wylot.
Kiedy zostałam sama, w pokoju zrobiło się zbyt cicho. Zdjęłam amulet, położyłam na stole i długo patrzyłam na zielony kamień. Połyskiwał jak oko jaszczurki. Włączyłam telewizor, żeby zagłuszyć myśli, ale arabska mowa brzmiała zbyt głośno.
Potem wzięłam telefon i otworzyłam rozmowę. Dziesiątki wiadomości: „Śpisz? Jesteś piękna. Pamiętaj, jestem obok”. Wszystko wyglądało szczerze. Może po prostu przesadzam?
Położyłam się, ale sen nie przychodził. Za oknem szumiało miasto, a w głowie brzmiał jego głos: „Czasem los wymaga kroku w ciemność”. Nie wiedziałam jeszcze, że ten krok już zrobiłam.
Kolejne dni porwały mnie jak wir. Przestałam odróżniać poranki od wieczorów. Samir pojawiał się jak z powietrza: raz przysyłał do pokoju bukiet białych lilii, raz zapraszał na spacer, raz dzwonił w środku dnia tylko po to, żeby powiedzieć: „Myślę o tobie”.
Umiał znajdować słowa. Każde jego zdanie brzmiało tak, jakby nikt wcześniej na świecie go nie wypowiedział. I ja wierzyłam. Śmiałam się, odpowiadałam, znów malowałam usta, wybierałam sukienki, przymierzałam ozdoby. Z każdym spotkaniem wydawało mi się, że staję się młodsza.
Pewnego dnia zawiózł mnie nad morze. Nie na turystyczną plażę, lecz tam, gdzie przy nabrzeżu stały śnieżnobiałe jachty. Słońce oślepiająco odbijało się w wodzie, powietrze pachniało solą i benzyną.
Samir podszedł do jednego z jachtów i powiedział:
— Dzisiaj jest tylko nasz.
Zmieszałam się.
— Wynająłeś go?
— Czy mógłbym pozwolić, żebyś patrzyła na morze tylko z brzegu? — odpowiedział i podał mi rękę.
Weszliśmy na pokład. Jacht lekko się zakołysał, silnik zamruczał i miasto zaczęło się oddalać. Morze było tak niebieskie, że chciało się płakać. Wiatr targał włosy, sukienka kleiła się do ciała, a we mnie była lekkość, jakbym zrzuciła z siebie dziesiątki lat.
Samir stał obok w białej koszuli, bez okularów. Jego ciemne oczy błyszczały. Odbijało się w nich słońce i ja sama.
— Wyglądasz jak kobieta ze starej legendy — powiedział. — Przyszła nad morze i zmieniła swój los.
— I jak skończyła się ta legenda?
— Znalazła miłość.
Powiedział to tak prosto, jakby mówił o czymś nieuniknionym.
Piliśmy miętową herbatę, jedliśmy daktyle. Opowiadał o znajomych, interesach, jednej transakcji, która mogła zmienić wszystko. Słuchałam, prawie nie wnikając, oczarowana jego głosem.
Kiedy słońce zaczęło zachodzić, włączył cichą muzykę. Arabska melodia ciągnęła się jak oddech pustyni. Potem poprosił mnie do tańca. Zawstydziłam się, ale objął mnie pewnie i miękko. Serce biło w rytm.
— Wiesz, Anno — powiedział, patrząc mi w oczy — widziałem wiele kobiet, ale ty jesteś inna. Jest w tobie czystość.
— Naprawdę niczego nie chcesz poza uczuciem? — wyszeptałam.
— A co złego jest w uczuciu? Nic. Tylko ono czyni nas bezbronnymi.
Te słowa przeszły mi po skórze chłodem. Ale Samir już się uśmiechał, jakby nie powiedział nic szczególnego.
Gdy jacht wrócił do portu, niebo było fioletowe, a nad wodą wisiał ogromny księżyc. Odwiózł mnie do hotelu, wysiadł, otworzył drzwi i podał rękę.
— Dziś byłaś moją królową — powiedział cicho. — Jutro pokażę ci coś wyjątkowego.
W pokoju długo stałam przy oknie. Fale toczyły się do brzegu, gdzieś daleko migotały światła. W dłoni trzymałam bransoletkę, którą dał mi na pożegnanie. Cienką, złotą, z małym kamieniem. Piękną. Zbyt piękną.
Przypomniałam sobie Andrzeja: jego szorstkie dłonie, milczenie, zapach drogi. I nagle poczułam winę. Nieproszoną, zimną jak nocny piasek. Ale razem z nią była słodycz. Pierwszy raz od lat czułam się potrzebna, pożądana, żywa.