— Dziękuję, Boże, że tu dotarłam.
Potem długo stałam przed lustrem. Odbicie wydawało się nieznajome: policzki miały kolor, oczy błyszczały, włosy wymknęły się z uczesania, ale wyglądały żywo. Uśmiechnęłam się do siebie nieśmiało, prawie dziewczęco.
Wieczorem zeszłam do basenu. Woda migotała pod lampami. Wokół śmiali się cudzoziemcy, ktoś pił koktajl. Zamówiłam sok, usiadłam z boku i patrzyłam. W środku wszystko drżało z zachwytu i lęku. Oto ona — życie. Prawdziwe.
Telefon zawibrował. Wiadomość od Andrzeja: „Jak tam? Wszystko w porządku?”.
Długo patrzyłam na ekran, potem napisałam: „Tak, jak zwykle. Praca, dom”. I wyłączyłam dźwięk.
Nocą wyszłam na ulicę. Miasto przywitało mnie zapachem przypraw, wilgotnym ciepłem i ogromnym księżycem nad wodą. Szłam promenadą obok wystaw, gdzie błyszczały złote ozdoby i jedwabne suknie, i myślałam: zrobiłam dobrze. Z każdym krokiem dawne życie cofało się dalej. Szare dni, garnki, cisza, rozmowy o niczym — wszystko zostawało gdzieś za mną.
Tutaj nikt nie wiedział, że jestem kucharką. Tutaj byłam po prostu kobietą, której zaczyna się nowe życie.
Nie wiedziałam jeszcze, że tej samej nocy los zaczął już tkać swoją cienką sieć. Na razie po prostu szłam, a dubajski wiatr plątał moje włosy, jakby szeptał:
— Witaj, Anno.
Następnego dnia wszystko wydawało się dalszym ciągiem snu. Słońce uderzało w okno, jakby wołało: „Wstawaj, twoje życie właśnie się zaczyna”. Zeszłam na śniadanie. Bufet uginał się od jedzenia, pachniało cynamonem, kawą i świeżym pieczywem. Obok siedzieli turyści — młodzi, pewni siebie, głośni. Nikt nie zwracał na mnie uwagi i przez to robiło się lekko. Mogłam być kimkolwiek.
Po śniadaniu poszłam nad morze. Piasek parzył stopy, ale nawet to było przyjemne — dowód, że naprawdę tu jestem. Fale miękko napływały na nogi, a każda z nich jakby zmywała zmęczenie minionych lat. Stałam po kolana w wodzie i szeptałam:
— Anka, udało ci się.
Słońce wspinało się wyżej, powietrze gęstniało od upału. Wokół były smukłe dziewczyny w kostiumach, opaleni mężczyźni, krzyki mew i zapach soli. Czułam się gościem w cudzym raju, ale dziwnie — nie czułam się niepotrzebna.
Gdy wróciłam do hotelu, zobaczyłam wiadomość od córki: „Mamo, gdzie jesteś? Czemu nie dzwonisz?”.
Odpisałam: „Odpoczywam, wszystko dobrze” i dodałam uśmiechniętą buźkę. Pierwszą od dawna.
W dzień wybrałam się na bazar. Chciałam kupić pamiątki, coś ładnego, co można będzie przywieźć do domu. Bazar szumiał jak żywe serce miasta. Sprzedawcy uśmiechali się, wykrzykiwali ceny, wyciągali ręce. Powietrze było gęste od aromatów wanilii, piżma, owoców i prażonych orzechów.
Chodziłam między stoiskami, oglądałam złote bransoletki i jedwabne chusty. Przy jednym straganie zatrzymałam się dłużej. Bursztynowe kolczyki przypomniały mi młodość.
Sprzedawca był śniady, ciemnowłosy, z oczami jak z dawnego filmu. Odezwał się po polsku z miękkim akcentem:
— Piękne kolczyki dla pięknej kobiety.
Zarumieniłam się.
— Ja tylko patrzę.
— Patrzenie to już początek wyboru — uśmiechnął się.
Mimowolnie się roześmiałam. Przedstawił się:
— Samir. A pani skąd?
— Z Polski — odpowiedziałam.
— Zimny kraj, ciepłe kobiety — mrugnął.
Policzki zapłonęły mi jak u dziewczyny. W jego słowach nie było jednak grubiaństwa. To była lekka, figlarna uwaga, jakiej nie słyszałam od lat.
Pokazywał mi ozdoby i opowiadał o każdej tak, jakby nie trzymał w rękach kolczyków i bransoletek, lecz małe historie. Miał niski, ciepły, otulający głos.
— Weź te kolczyki — powiedział nagle. — Prezent.
— Nie, proszę pana, nie mogę.
— Możesz. Za uśmiech.
Wzięłam kolczyki. Były lekkie i ciepłe, jakby zatrzymały w sobie słońce. Podziękowałam i odeszłam, ale długo jeszcze czułam na sobie jego spojrzenie.
Wieczorem, siedząc na balkonie, trzymałam kolczyki w dłoni i myślałam: „Po co to zrobił? Zwykła uprzejmość? Sztuczka sprzedawcy?”. Ale głęboko we mnie poruszyło się już coś niebezpiecznego. Poczucie, że życie znów patrzy na mnie oczami mężczyzny.
Następnego dnia znowu poszłam na bazar. Powiedziałam sobie, że po owoce. Ale w głębi duszy wiedziałam: chcę zobaczyć Samira.
Stał w tym samym miejscu i uśmiechnął się tak, jakby czekał.
— Wróciłaś — powiedział cicho. — Myślałem, że zapomnisz.
— Nie umiałam — odpowiedziałam i przestraszyłam się własnej szczerości.
Rozmawialiśmy, śmialiśmy się. Opowiadał o Dubaju, pustyni, ludziach, którzy żyją zupełnie inaczej. Słuchałam jak zaczarowana. Czas zniknął. Kiedy zbierałam się do odejścia, powiedział:
— Jutro pokażę ci prawdziwe miasto. Nie turystyczne. Zgodzisz się?
Skinęłam głową, nawet się nie zastanawiając.
Tej nocy długo leżałam bez snu. Księżyc wisiał nad morzem, a myśli krążyły: „Co ja robię? Po co?”. Ale obok strachu żyła radość. W piersi dzwoniło jak przed burzą. Nie wiedziałam, że ten dźwięk jest ostrzeżeniem.
Obudziłam się przed świtem. Powietrze w pokoju było słodkie, jakby nasiąkło solą i jaśminem. Serce biło szybko, jakby z góry wiedziało, że ten dzień będzie inny. Wczoraj Samir powiedział: „Pokażę ci prawdziwy Dubaj”. Te słowa przez cały poranek brzmiały we mnie jak zaklęcie.