Biedna babcia Anna codziennie z troską doglądała swojego małego stoiska na rynku. Pewnego dnia jej ziemniak wypadł na ziemię. Odwróciła się i zobaczyła dwóch chłopców — identycznych jak dwie krople wody, wychudzonych, ubranych w znoszone kurtki. Jeden podniósł ziemniaka, przetarł go o spodnie i podał jej. Drugi wpatrywał się w garnek z gotowanymi ziemniakami, jakby nie jadł od wieków.
— Dziękuję, chłopcy. A co wy tu tak kręcicie się? Już trzeci raz was widzę — powiedziała Anna.
Starszy wzruszył ramionami:
— Po prostu tak.
Anna dobrze rozumiała to „po prostu tak”. Owinęła dwa ziemniaki w starą gazetę, dorzuciła ogórka kiszonego.
— Jutro przyjdziecie i pomożecie z pudłami, zgoda?
Chłopcy wzięli paczkę i zniknęli, tak cicho, jak się pojawili. Wieczorem, gdy Anna niosła do domu wiadro wody, pojawili się znów, bez słowa podnieśli ciężar i pomogli jej donieść. Starszy wyjął z kieszeni dwie stare, wytarte monety.
— To taty — wyszeptał. — Był piekarzem, potem umarł. Nikomu ich nie damy, ale proszę, zobaczcie.
Anna od razu zrozumiała: to wszystko, co chłopcy mieli.
Sasha i Grisha przychodzili codziennie. Ona karmiła ich tym, co przynosiła z domu, a oni w zamian pomagali nosić worki i skrzynki. Jedli w milczeniu, szybko, nie podnosząc wzroku. Pewnego dnia Anna zapytała:
— Gdzie nocujecie, chłopcy?
— W piwnicy na ulicy Zakładowej — odpowiedział Grisha. — Tam sucho, nie martw się.
— Jak tu nie martwić się? — zdziwiła się Anna.
Sasha spojrzał w górę:
— Nie jesteśmy żebrakami. Kiedy dorośniemy, otworzymy piekarnię. Taką jak tata.
Anna kiwnęła głową, nie drążąc tematu dalej. Widziała, że chłopcy mają stalową dyscyplinę.
Jednak wkrótce na rynku zaczął im dokuczać ochroniarz Viktor Kuzmicz. Jego żona sprzedawała soloną rybę, przy niej prawie nikt się nie zatrzymywał, a przy Annie zawsze była kolejka. Viktor przechodził obok, mamrotał:
— Budujesz sobie opinię dobrotliwicy? Żebrzące dzieci karmisz?
— Nie twój interes.
— A to mój. Tu panuję nad porządkiem.
Notował coś w zeszycie, długo i nieprzyjemnie przyglądał się chłopcom. Anna czuła, że knuje coś podstępnego, lecz nie sądziła, że wszystko skończy się tak dramatycznie.
Wszystko wydarzyło się w środę. Pod jej stoisko podjechał samochód, z którego wysiadły dwie kobiety i dzielnicowy. Sasha i Grisha właśnie układali skrzynki i zamarli w strachu.
— Aleksandr i Grigorij Siergiejew? — zapytała kobieta.
— Tak — odpowiedział starszy.
— Pakujcie się, jedziecie z nami.
Anna wyszła przed nich:
— Dokąd ich zabieracie! Są ze mną, odpowiadam za nich!
— Wykorzystujecie nieletnich — stwierdziła kobieta, wskazując Viktora Kuzmicza. — Dzieci muszą być pod opieką państwa.
— Nie wykorzystuję! Karmię je! — broniła się Anna.
— Ciociu Aniu, nie mieszaj się — szepnął Sasha. — Nie kłóć się z nimi.
Grisha milczał, zaciskając pięści. Zabrano go za ramię i poprowadzono do samochodu. Anna ruszyła za nimi, chwyciła kobietę za rękaw:
— Poczekajcie! Mogę zająć się opieką, ja…
— Jesteś emerytką. Odejdź. Dzieci trafią do różnych placówek.
— Do różnych?!
Drzwi samochodu zatrzasnęły się. Anna została na rynku, patrząc, jak twarz Sashy przyciśnięta jest do szyby. Jego wargi poruszyły się: „Dziękuję”.
Viktor Kuzmicz przeszedł obok, gwizdając.
Minęło dwadzieścia lat. Anna nie handlowała już na rynku. Mieszkała w małej, zniszczonej chatce na obrzeżach osady pod Niżnym Nowogrodem, ledwo wiążąc koniec z końcem. Często myślała o chłopcach. Czy żyją? Znaleźli się? Niekiedy śniło jej się, że stoją przy stoisku, jedzą gotowane ziemniaki, a ona gładzi ich po głowach.
Viktor Kuzmicz mieszkał naprzeciwko. Staruszek, lecz przy spotkaniu nadal krzywił się tak samo:
— No i co, Saveliewna, wspominasz swoich bezdomniaków?
Anna milczała. Już nie miała siły do sprzeczek.
W sobotę, gdy grzebała w grządkach, po ulicy powoli przejechały dwa olbrzymie samochody. Czarne, błyszczące. Takich w osadzie nikt nigdy nie widział. Sąsiedzi wyglądali z okien, ktoś wybiegł na podwórko.
Samochody zatrzymały się przy jej furtce. Z nich wysiedli dwaj dostojni mężczyźni w drogich garniturach, wysocy, podobni do siebie, z pieprzykiem przy lewym oku. Anna zaniemówiła, łopata wypadła jej z rąk.
— Ciociu Aniu? — drżącym głosem zapytała. Poznała ich spojrzenie, to samo co dwadzieścia lat temu.
— Sasha?..
Kiwnął głową. Obok stał Grisha, milczący, uśmiechający się. Sasha wysunął krok do przodu, wyjął spod koszuli łańcuszek z dawną miedzianą monetą.
— Zawsze ją nosimy. Nie rozstajemy się z nią.
Anna objęła ich oboje i stała tak długo, bojąc się, że to tylko sen.
Sąsiedzi wymieniali spojrzenia, nic nie rozumiejąc. Grisha otarł twarz dłonią, cofnął się lekko:
— Szukaliśmy was trzy lata. Rynek zlikwidowano, wszyscy się rozjechali. Sprawdzaliśmy archiwa, stare książki adresowe. Myśleliśmy, że was nie znajdziemy.
Sasha sięgnął po jej rękę:
— Przyjechaliśmy zabrać cię do siebie. Mamy sieć piekarni, siedemnaście punktów. Rozdzielili nas wtedy, ale odnaleźliśmy się, uciekliśmy z internatów, zaczęliśmy od zera. I przez cały czas pamiętaliśmy, jak nas karmiłaś. Jedyna, która nie odeszła obojętnie.
— Ależ chłopcy, tu mi dobrze — odpowiedziała Anna.
— Dobrze? — Grisha spojrzał na połatany domek. — Ciociu Aniu, wtedy dawaliście nam ostatnie. Teraz nasza kolej. Pojedziesz do mnie albo do Sashy. Już tydzień się kłócimy.
— U niego bliżej do szpitala — powiedział Sasha. — A u mnie większa działka i piękny ogród.
Rozmawiali między sobą jak dawniej, w dzieciństwie. Anna cicho zapłakała.
Za płotem pojawił się Viktor Kuzmicz. Patrzył na samochody i mężczyzn w garniturach, nic nie rozumiał. Sasha podszedł bliżej:
— Pan Viktor Kuzmicz? Ochroniarz z rynku?
Kiwnął głową.
— To wy wtedy oddaliście nas do opieki?
Przez chwilę milczał, potem pokręcił głową:
— Prawo było takie. Dziećmi nie można było rządzić.
Grisha krzywo uśmiechnął się:
— Wie pan, gdyby nie wy, wciąż byśmy mieszkali w piwnicy. Tak nas rozdzielono, a potem po sześciu latach odnaleźliśmy siebie, uciekliśmy i zbudowaliśmy wszystko od zera. W zasadzie odwróciliście nam życie.
Sasha podał wizytówkę Viktorowi Kuzmiczowi:
— Oto nasze kontakty. Na wszelki wypadek. Nie żywimy urazy. W przeciwieństwie do niektórych.
Viktor, drżącymi palcami, odwrócił kartę, przeczytał: „Piekarnie Siergiejew & Siergiejew”. Twarz mu opadła, milczał, zgarbił się i poszedł do domu.
Anna w pół godziny spakowała swoje rzeczy — właściwie tylko kilka toreb. Sasha i Grisha posadzili ją na tylnym siedzeniu, okryli pledem.
Gdy samochody ruszyły, Anna spojrzała w tylną szybę. W oknie domu Viktora Kuzmicza stał cień — patrzył. W jego spojrzeniu nie było ani złości, ani dumy, tylko pustka człowieka, który przez całe życie szkodził innym, a sam został z niczym.
— Ciociu Aniu — powiedział Sasha, patrząc w lusterko. — Pamiętasz, że obiecywaliśmy otworzyć piekarnię?
— Pamiętam.
Główny lokal nazwaliśmy „U cioci Ani”. I codziennie karmimy tam dzieci za darmo. Te, które nie mają dokąd pójść.
Anna zamknęła oczy. Dwadzieścia lat temu po prostu nakarmiła dwóch głodnych chłopców i nie odwróciła się. A oni wrócili, oddając jej stokrotnie więcej.
Samochody ruszyły w drogę. Stary osiedle został daleko w tyle. Przed nimi nowy etap życia. Ten, na który zasłużyła, bo po prostu pozostała człowiekiem.