Przez długi czas puszczałam mimo uszu każde jego okrutne słowo. Wmawiałam sobie, że nie powinnam brać wszystkiego do serca, że Marek jest zmęczony, rozdrażniony albo po prostu nie zastanawia się nad tym, co mówi. Dopiero później zrozumiałam, że powinnam była przewidzieć jedno: nawet największa cierpliwość kiedyś się kończy.
O piątej rano cyfry zegara w pokoju dziecięcym świeciły bladoniebieskim światłem, a Zosia wreszcie zasnęła spokojnie na moim ramieniu. Kołysałam się w starym, wytartym fotelu, tym samym, w którym trzy lata wcześniej karmiłam Kubę. Wiedziałam, że niedługo zadzwoni alarm w telefonie, przypominając mi, że przed szybkim prysznicem powinnam jeszcze odciągnąć mleko.
Z korytarza dobiegł cichy, senny głos.
— Mamusiu? To już jest takie prawdziwe rano czy jeszcze nocne rano?
— Na razie ciche rano, skarbie — szepnęłam. — Idź położyć się obok taty. Zaraz do ciebie przyjdę.
Nie przestawałam kołysać się w fotelu.
— Tata chrapie.
— Wiem, kochanie. Jest w tym naprawdę bardzo dobry.
Usłyszałam człapanie małych stóp po korytarzu, później głuchy odgłos, jakby Kuba wdrapał się na łóżko, a potem zapadła cisza. Zamknęłam oczy może na cztery sekundy. Wtedy Zosia czknęła, poruszyła się na moim ramieniu i znowu się obudziła.
O siódmej stałam już w kuchni. Pod marynarką miałam laktator, jedną ręką mieszałam owsiankę, a na blacie obok leżał otwarty laptop. Prezentacja marketingowa na spotkanie o dziewiątej ładowała się na ekranie.
„Jest w tym naprawdę bardzo dobry”.
Wróciłam do pracy zaledwie kilka tygodni po narodzinach Zosi. Nie dlatego, że byłam gotowa. Po prostu Marek stracił pracę podczas kolejnej firmowej „restrukturyzacji” i ktoś musiał zadbać o rachunki.
Po chwili wszedł do kuchni. Powłóczył nogami, włosy sterczały mu we wszystkie strony, a wzroku niemal nie odrywał od telefonu.
— Jest kawa?
— Musisz sobie zrobić.
— Ciężka noc?
— Zosia obudziła się o drugiej, czwartej i piątej.
— Czyli kawa naprawdę by się przydała — mruknął.
— Ekspres stoi dokładnie tam, gdzie wczoraj.
Nie odpowiedział. Dalej przewijał ekran, a kiedy zauważył, że patrzę w jego stronę, lekko odwrócił telefon.
Pomyślałam, że ogląda skróty meczów.
Albo oferty pracy.
Postanowiłam wierzyć w tę drugą wersję, bo na rozważanie innych nie miałam już energii.
— Wczoraj wpadła Ewa — powiedziałam, próbując zabrzmieć pogodnie. — Przyniosła zapiekankę z kurczakiem. Powiedziała też, że wyglądam na wykończoną, ale w taki dobry sposób. Wiesz, jakby naprawdę ją to obchodziło.
— Ewa potrafi być troskliwa.
— Piotr ma szczęście.
— Mhm — mruknął Marek, wciąż patrząc w telefon.
Kiedy poszłam szukać butów Kuby, zerknęłam na swoje odbicie w lustrze w przedpokoju.
Poplamiona bluza. Włosy związane w kucyk jeszcze poprzedniego dnia. Twarz kobiety, która od tygodni nie pamiętała, czym jest porządny sen.
Kiedyś istniała wersja mnie, która zakładała szpilki na piątkową kolację i malowała usta nawet przed wyjściem z workiem śmieci. Chciałam wierzyć, że tamta kobieta nadal gdzieś we mnie mieszka.
Prawdopodobnie spała.
„Piotr ma szczęście”.
Odwiozłam dzieci do przedszkola i żłobka, a na spotkanie wpadłam trzydzieści sekund przed rozpoczęciem. W windzie po raz kolejny powtórzyłam sobie zdanie, którym od kilku tygodni próbowałam uspokajać własne myśli.
Teraz Marek przechodzi trudniejszy okres, więc ja go podtrzymuję. Kiedyś role się odwrócą i to ja będę mogła się na nim oprzeć.
Przecież właśnie na tym polega małżeństwo.
Wieczorem, kiedy wreszcie udało mi się położyć oboje dzieci, opadłam na kanapę obok Marka. W telewizji leciał jakiś program, którego nawet nie próbowałam śledzić.
— Strasznie długi dzień — westchnęłam.
— Mój też. Zajmowałem się sprawami związanymi z pracą.
Odwróciłam głowę.
— I jak?
— Powoli.
Przez chwilę milczał, po czym ściszył telewizor.
— Słuchaj, kochanie. Nie chcę, żebyś odebrała to źle, ale kiedy sytuacja trochę się uspokoi, powinnaś pomyśleć o siłowni. Ostatnio naprawdę sporo przytyłaś.
Spojrzałam na niego, niepewna, czy dobrze usłyszałam.
— Słucham?
— Nie mówię tego złośliwie. Po prostu patrzę na Ewę i ona jakoś potrafi wszystko pogodzić. Chodzi na zajęcia, ćwiczy. Tobie też zrobiłoby to dobrze.
Ewa była nową żoną Piotra, młodszego brata Marka, a od niedawna również moją szwagierką.
Zaśmiałam się.
Nie dlatego, że cokolwiek było zabawne. Gdybym się nie zaśmiała, prawdopodobnie rozpłakałabym się prosto w ozdobną poduszkę, która nadal pachniała ulanym mlekiem.
Byłam przygnieciona pracą, chronicznym niewyspaniem, opieką nad niemowlęciem i trzyletnim synem. Każdy dzień składał się z setki drobiazgów. Coś trzeba było wyprać, zmyć, przygotować, wytrzeć, ugotować, odgrzać albo znaleźć.
W tym całym chaosie praktycznie przestałam istnieć dla samej siebie.
Nie pamiętałam już, kiedy ostatnio byłam na siłowni. Makijaż stał się czymś, co oglądałam w kosmetyczce. Szpilki zbierały kurz. Sukienki wisiały w szafie jak ubrania należące do obcej kobiety.
Nie miałam na to czasu.
— Marek, od trzech lat nawet do łazienki nie chodzę sama.
— Przecież tylko powiedziałem.
— Wiem. W porządku.
I znowu mu odpuściłam.
Przekonałam samą siebie, że nie chciał zabrzmieć tak okrutnie. W tamtym okresie byłam mistrzynią znajdowania dla niego usprawiedliwień.
Następne tygodnie zlały się w jedną długą, niewyraźną plamę.
Odciągałam mleko na parkingu przed spotkaniami. Jedną ręką podgrzewałam resztki obiadu, drugą kołysałam Zosię, a w tym samym czasie Kuba potrafił zadać mi pięćdziesiąt pytań o dinozaury, zanim zdążyłam zdjąć buty po wejściu do domu.
Marek natomiast wypracował niezwykle regularny plan dnia.
Jego najważniejszym punktem była kanapa.
— Wysłałeś dzisiaj jakieś CV? — zapytałam któregoś wieczoru, omijając stos prania leżący na podłodze.
— Buduję kontakty.
Nie podniósł nawet wzroku znad telefonu.
— Z kim?
— Z ludźmi.
— Jakimi ludźmi?
Westchnął z irytacją.
— Nie zrozumiesz tego, Aniu.
Jak zwykle nic już nie powiedziałam.
Na początku komentarze o Ewie pojawiały się raz na jakiś czas. Z czasem zaczęły wyskakiwać niemal przy każdej okazji — podczas śniadania, przy kawie, między zmianą jednej pieluchy a drugiej.
— Powinnaś zobaczyć filmiki z jej zajęć tanecznych — oznajmił któregoś ranka Marek. — Świetnie tańczy. Ma sportową figurę, nosi krótkie spódnice. A ty?
— Bardzo się cieszę jej szczęściem — odpowiedziałam, wycierając Kubie mus jabłkowy z brody.
— Ty też kiedyś miałaś tyle energii.
Zatrzymałam rękę.
Kuba patrzył na mnie wielkimi oczami, z plamką musu nadal przyklejoną do brwi.
— Marek, ja niedawno urodziłam dziecko.
— Tylko mówię. Ewa jakoś znajduje czas na taniec.
— Ewa ma dwadzieścia osiem lat i nie ma niemowlęcia, które co kilka godzin potrzebuje jej piersi.
Wzruszył ramionami z miną człowieka, któremu właśnie dostarczyłam kolejnego argumentu na potwierdzenie jego racji.
Tego samego wieczoru spróbowałam jeszcze raz porozmawiać z nim normalnie.
— Potrzebuję, żebyś bardziej pomagał w domu.
— Aniu…
— Jesteś tutaj przez cały dzień. Nie proszę o cud. Naprawdę wystarczyłoby mi, gdybyś czasem pozmywał.
— Ja też mam teraz ciężki okres.
— Ja również.
Spojrzał na mnie z czymś w rodzaju zniecierpliwienia.
— U ciebie to wygląda inaczej.
— Co dokładnie wygląda inaczej?
Nie odpowiedział.
Po prostu znów sięgnął po telefon. Zauważyłam przy tym coś, co widziałam już wcześniej: zanim dotknął ekranu, odwrócił go tak, żebym niczego nie mogła przeczytać.
Powiedziałam sobie, że przesadzam.
Że jestem niewyspana.
Że wszędzie dopatruję się problemów.
Ale drobiazgi zaczęły układać się jeden na drugim jak źle ustawiona wieża z klocków, która może runąć po jednym nieostrożnym ruchu.
Kiedy któregoś dnia mieli przyjechać Piotr i Ewa, Marek wziął prysznic.
Nie zwykły, pięciominutowy prysznic.
Urządził cały rytuał. Wyszedł ogolony, starannie uczesany i spryskał się wodą kolońską, której wcześniej używał głównie na nasze rocznice.
— Szykuje się coś wyjątkowego? — zapytałam żartobliwie, gdy poprawiał kołnierzyk koszuli.
— Chcę po prostu wyglądać przyzwoicie.
— Wczoraj też prezentowałeś się bardzo okazale w tych samych spodenkach dresowych, których nie prałeś od tygodnia.
— Ha, ha. Bardzo zabawne.
Podczas obiadu sam zaproponował, że później odwiezie Ewę do domu, ponieważ, jak stwierdził, „Piotr musi nagle coś pilnie załatwić”.
Nie pamiętałam, żeby Piotr wspominał o jakiejkolwiek sprawie.
Sądząc po jego zdziwionej minie, on również niczego takiego nie pamiętał.
Ewa spojrzała na mnie ponad stołem i zatrzymała wzrok o sekundę dłużej, niż było to naturalne.
Później napisała do mnie wiadomość.
Nie wspomniała o dziwnym zachowaniu Marka.
Napisała tylko: „Jak się naprawdę trzymasz? Zrobiłam za dużo zapiekanki makaronowej. Mogę ci trochę podrzucić?”
Od tamtego dnia wpadała częściej.
Przynosiła jedzenie. Czasem robiła zakupy po drodze. Któregoś popołudnia wzięła Zosię na ręce, żebym mogła po raz pierwszy od kilku dni zjeść obiad, zanim wystygnie.
Pytała o moją pracę i naprawdę słuchała odpowiedzi.
Przez pewien czas czekałam na jakiś haczyk.
Nie było żadnego.
— Wyglądasz na kompletnie wykończoną — powiedziała któregoś dnia, siedząc na podłodze w kuchni, podczas gdy Kuba prezentował jej całą kolekcję dinozaurów.
— Wszystko dobrze.
Ewa uniosła wzrok.
— Przy mnie nie musisz udawać.
Nagle poczułam pieczenie pod powiekami.
Prawie się rozpłakałam, więc szybko zrzuciłam winę na hormony.
W tamtym tygodniu postanowiłam odzyskać przynajmniej maleńki fragment dawnej siebie.
Pewnego ranka, kiedy owsianka obracała się w mikrofalówce, uznałam, że zrobię jedno przysiadanie.
Jedno.
Jak trudne mogło być jedno przysiadanie?
Odpowiedź brzmiała: zaskakująco trudne.
W połowie ruchu coś strzeliło mi w dolnej części pleców. Zamarłam w półprzysiadzie, z rękami wyciągniętymi przed siebie jak ktoś poddający się wyjątkowo niewielkiej armii.
Do kuchni wszedł Kuba.
Popatrzył na mnie długo, przechylił głowę i zapytał:
— Mamusiu, dlaczego siedzisz jak żaba? Będziesz skakać?
— Nie, kochanie.
— A umiesz teraz skoczyć?
— W tej chwili zdecydowanie nie.
Kuba pokiwał głową z pełną powagą, otworzył lodówkę, wyjął paluszek serowy i odszedł, zostawiając własną matkę przykucniętą obok mikrofalówki.
— Na pewno nie możesz skoczyć? — zawołał jeszcze z korytarza.
Roześmiałam się tak mocno, że popłynęły mi łzy.
Potem wyprostowałam się niezwykle powoli, niczym stary składany leżak, który przestał ufać ludziom.
To było najzabawniejsze wydarzenie mojego tygodnia.
Mój trzyletni syn uznał, że przypominam żabę.
Wieczorem Marek ponownie wrócił do swojego ulubionego tematu.
— Widziałabyś dzisiaj Ewę. Przecież ona jest dosłownie uosobieniem kobiecego piękna.
Od dawna zauważałam już, jak często mój mąż zachwycał się żoną własnego brata.
Mimo to nadal starałam się zachować spokój.
— Fajnie, że dostrzegasz jej zalety — odpowiedziałam. — Tylko że dla mnie wygląd jest obecnie gdzieś na samym końcu listy. Przy tym, jak teraz żyję, próbuję po prostu przetrwać każdy kolejny dzień.
Wciąż miałam nadzieję, że może wreszcie zrozumie.
Jak się później okazało, była to nadzieja zmarnowana.
W piątkowy wieczór Marek wszedł do domu w humorze tak dobrym, jakiego nie widziałam u niego od miesięcy.
— A więc — oznajmił, otwierając puszkę piwa, którego sam nawet nie kupił. — Robię imprezę przy basenie. Czterdzieste urodziny ma się tylko raz i zamierzam urządzić coś naprawdę wielkiego.
Spojrzałam na niego.
— Tutaj?
— A gdzie?
— Marek, ja ledwo stoję na nogach. Zosia nadal nie przesypia nocy, Kuba…
— Aniu. Kończę czterdzieści lat!
— Tak, wiem, ile masz lat.
— Piotr przyjdzie. I oczywiście Ewa.
Oczywiście.
Przyjrzałam mu się uważniej.
Miał świeżo obcięte włosy. Nic mi o wizycie u fryzjera nie wspominał.
Pomyślałam o telefonie, który od pewnego czasu prawie zawsze kładł ekranem do dołu.
Przypomniałam sobie też czasy, kiedy przynosił mi bez okazji kwiaty i potrafił patrzeć na mnie tak, jakby w pokoju nie było nikogo innego.
— Dobrze — powiedziałam w końcu. — Zrobimy tę imprezę.
Stałam przed nim w poplamionej koszulce i właśnie wtedy podjęłam cichą decyzję.
Bez względu na to, ile będzie mnie to kosztowało, na jego przyjęcie wyjdę wyglądając choć trochę jak kobieta, którą byłam kiedyś.
Sobota przyszła zdecydowanie za szybko.
O czwartej rano stałam już w kuchni. W jednej dłoni trzymałam rękaw cukierniczy, drugą sprawdzałam podgrzewacz do butelki. Dekorowałam babeczki kremem, podczas gdy Zosia drzemała w leżaczku obok moich stóp.
Marek spał na górze.
O dziewiątej girlandy wisiały wokół tarasu, dmuchana palma stała przy basenie, Kuba miał już na sobie maleńkie kąpielówki, a do ogrodzenia przyczepiłam duży napis z życzeniami z okazji czterdziestych urodzin.
Mniej więcej godzinę później mój mąż raczył zejść na dół.
Ziewnął, rozejrzał się i powiedział:
— O, wygląda całkiem nieźle.
— Dziękuję.
— Tylko chyba nie przesadziłaś z tym całym kiczem?
Spojrzałam na dmuchaną palmę.
— Jest dokładnie tyle kiczu, ile potrzeba na czterdzieste urodziny.
Goście zaczęli pojawiać się około południa.
Piotr wszedł z torbą chłodzącą przewieszoną przez ramię. Zaraz za nim pojawiła się Ewa z ogromnym półmiskiem owoców.
Gdy tylko mnie zobaczyła, podeszła i przytuliła mnie, zanim zdążyłam się przywitać.
— Aniu, usiądź gdzieś. Mówię poważnie — szepnęła. — Daj mi Zosię. Idź zjeść coś, co nie jest resztką chrupka po dziecku.
Roześmiałam się z zaskoczenia.
— Na pewno?
— Dawaj małą.
I zanim zdążyłam zaprotestować, Zosia znalazła się w jej ramionach.
Zjadłam na stojąco jajko faszerowane z taką zachłannością, jakbym od tygodnia żywiła się wyłącznie tym, co zostawiały dzieci.
Około drugiej po południu wreszcie weszłam na górę.
Wyciągnęłam z szuflady jedyny kostium kąpielowy, który nadal na mnie pasował.
Długo stałam przed lustrem.
Przyglądałam się brzuchowi, biodrom, piersiom zmienionym przez karmienie.
W końcu powiedziałam sobie w myślach coś, o czym przez wiele miesięcy zapominałam.
Wyglądam normalnie.
To ciało stworzyło dwoje ludzi.
Założyłam kostium i wyszłam na zewnątrz z uniesioną głową.
Prawie wszyscy, którzy chcieli pływać, byli już w wodzie.
Piotr stał na płytszej części basenu obok Marka. Trzymał piwo, ale wyglądało na to, że prawie go nie pił.
Ewa odpoczywała na leżaku, a Zosia spała spokojnie na jej piersi.
Zrobiłam kilka kroków w stronę basenu.
Wtedy Marek wybuchnął śmiechem.
Nie był to ciepły, serdeczny śmiech.
Był głośny, nieprzyjemny i szyderczy.
Piotr też początkowo się zaśmiał, jakby odruchowo. Kiedy jednak zobaczył moją twarz, natychmiast spuścił wzrok i zaczął wpatrywać się w wodę, jak człowiek, który w jednej sekundzie zapragnął znaleźć się w dowolnym innym miejscu na świecie.
Zatrzymałam się.
— Co was tak bawi?
Marek ocierał łzy z kącików oczu.
— Przepraszam, przepraszam. Po prostu nie mogłem się powstrzymać!
Nikt inny już się nie śmiał.
— Ewa przed chwilą pływała i… no sama spójrz. Chyba każdy widzi, że w kostiumie wygląda znacznie atrakcyjniej od ciebie.
Cały ogród zamarł.
Gdzieś z boku czyjś widelec uderzył o talerz.
Spojrzałam na Ewę.
Jej twarz stała się nieruchoma i twarda.
Słowa Marka zabolały.
Oczywiście, że zabolały.
Ale tym razem pod bólem pojawiło się coś innego.
Nie wstyd.
Nie chęć ukrycia brzucha.
Nie potrzeba znalezienia mu kolejnego usprawiedliwienia.
Pomyślałam tylko:
Dość.
Odwróciłam się bez słowa, weszłam do domu, wspięłam się po schodach i zamknęłam drzwi sypialni.
Usiadłam na brzegu łóżka i przycisnęłam dłonie do ust.
Po chwili ktoś delikatnie zapukał.
Drzwi uchyliły się i do środka weszła Ewa.
Zamknęła je za sobą.
— Aniu — powiedziała cicho. — Muszę ci coś powiedzieć. Od kilku tygodni robi mi się niedobrze przez całą tę sytuację.
— Ewa, proszę. Naprawdę teraz nie dam rady.
— Dasz.
Usiadła obok mnie.
— I musisz o tym wiedzieć.
Spojrzałam na nią.
Wyjęła telefon.
— Marek od kilku tygodni do mnie pisze.
Przez chwilę byłam pewna, że źle zrozumiałam.
— Co?
— Wysyła mi wiadomości. Zdjęcia. Proponuje kawę. Pisze, że wasze małżeństwo „w zasadzie już się skończyło”.
Patrzyłam na nią bez słowa.
— Nigdy mu nie odpowiedziałam w taki sposób, jakiego oczekiwał — ciągnęła. — Zachowałam wszystko. Każdą wiadomość. Każde zdjęcie. Przed chwilą powiedziałam o tym Piotrowi.
Miałam wrażenie, że pokój przechylił się na bok.
— Marek… pisał do ciebie?
— Tak.
— Dlaczego wcześniej nic mi nie powiedziałaś?
Ewa opuściła telefon.
— Właśnie dlatego zaczęłam częściej do ciebie przychodzić. Chciałam wiedzieć, jak naprawdę się czujesz. Próbowałam znaleźć właściwy moment. Nie chciałam powiedzieć ci tego przy dzieciach ani przy wszystkich. I nie chciałam zostać kobietą, przez którą nagle zawali ci się całe życie.
Podała mi telefon.
Zaczęłam przewijać ekran.
Jedna wiadomość.
Druga.
Trzecia.
Fotografie.
Zaproszenia na kawę.
Sugestie, że między nim a mną właściwie już niczego nie ma.
Czytałam dalej i nagle wszystkie dziwne wydarzenia ostatnich miesięcy zaczęły łączyć się w jedną całość.
Woda kolońska przed rodzinnymi obiadami.
Jego nieustanne propozycje, że odwiezie Ewę do domu.
Telefon odwracany ekranem ode mnie.
„Ewa to, Ewa tamto”.
Niekończące się porównania, jakby prowadził przede mną kampanię reklamową własnej szwagierki.
I nagle zrozumiałam coś najważniejszego.
Nigdy nie chodziło o moje ciało.
Nie chodziło o to, ile ważę.
Nie chodziło o siłownię, sukienki, makijaż ani o to, że przestałam przypominać kobietę, którą byłam przed dziećmi.
Marek tworzył sobie wygodną opowieść.
Budował ją zdanie po zdaniu.
Historię, w której pewnego dnia mógłby odejść, a potem wytłumaczyć wszystkim, że przecież jego żona „się zaniedbała”.
Że próbował.
Że ostrzegał.
Że to ja przestałam się starać.
Moje ciało po dwóch ciążach miało zostać jego alibi.
Spojrzałam na Ewę.
— Powiedziałaś Piotrowi?
— Tak.
— I co on na to?
— Jest po naszej stronie.
Parsknęłam krótkim śmiechem, w którym nie było ani odrobiny radości.
— Mój własny mąż właśnie na swoich czterdziestych urodzinach publicznie porównał ciało swojej trzydziestopięcioletniej żony do ciała żony własnego brata.
Ewa nie odpowiedziała.
Nie musiała.
Wytarłam twarz wierzchem dłoni, podniosłam się i spojrzałam w lustro.
Wciąż miałam na sobie kostium kąpielowy.
Wciąż wyglądałam dokładnie tak samo jak pięć minut wcześniej.
A jednak coś się zmieniło.
Tym razem nie patrzyłam na siebie jego oczami.
— Mogę pożyczyć twój telefon jeszcze na minutę?
— Oczywiście.
Wzięłam go i zeszłam na dół.
Goście nadal siedzieli przy basenie.
Rozmawiali ciszej niż wcześniej i usiłowali zachowywać się tak, jakby niczego nie słyszeli.
Marek był w wodzie.
Wzięłam mikrofon przygotowany wcześniej do urodzinowych życzeń.
Dwa razy stuknęłam w niego palcem.
Rozmowy ucichły.
— Kochani — zaczęłam. — Chciałabym wznieść toast za mojego męża z okazji jego czterdziestych urodzin. Posłuchajcie więc uważnie.
Kilka osób niepewnie podniosło kieliszki.
Marek się uśmiechnął.
Najwyraźniej sądził, że za chwilę usłyszy publiczną pochwałę.
— Przez ostatnie miesiące mój mąż bardzo troskliwie informował mnie, że przytyłam. Sugerował, że powinnam pójść na siłownię. Wielokrotnie tłumaczył mi również, że dobrze byłoby, gdybym bardziej przypominała Ewę.
Po ogrodzie przeszedł nerwowy pomruk.
— Ewa, jak się dowiedziałam, jest według niego „uosobieniem piękna”. A dziś, podczas własnego przyjęcia urodzinowego, Marek uznał za stosowne poinformować wszystkich, że moja szwagierka wygląda w kostiumie kąpielowym zdecydowanie atrakcyjniej ode mnie.
Nikt już nie próbował się śmiać.
Uniosłam telefon Ewy.
— Teraz wreszcie wiem, skąd brała się jego fascynacja.
Uśmiech zniknął z twarzy Marka.
Przeczytałam na głos dwie krótkie wiadomości.
Potem wspomniałam o zdjęciach, które wysyłał Ewie bez koszulki.
I o wiadomości, w której przekonywał żonę swojego brata, że nasze małżeństwo jest „praktycznie skończone”.
Zapadła absolutna cisza.
Marek patrzył na mnie tak, jakby dopiero teraz zorientował się, że grunt pod jego stopami przestał istnieć.
— Moja szwagierka ani razu nie dała mu tego, czego oczekiwał. Zachowała wszystkie wiadomości. Powiedziała o nich swojemu mężowi, zanim przyszła do mnie. Dlatego dzisiaj chcę podziękować jej publicznie za to, że okazała mi więcej lojalności niż człowiek, z którym jestem w małżeństwie.
Piotr odstawił piwo.
Przeszedł przez taras i bez słowa stanął obok mnie oraz Ewy.
Popatrzyłam na Marka.
— Wszystkiego najlepszego z okazji czterdziestych urodzin. Mam nadzieję, że w tym roku w końcu znajdziesz to, czego tak zawzięcie szukasz. Tylko nie pod tym adresem.
Twarz Marka zrobiła się czerwona.
Nie odpowiedział od razu.
Po raz pierwszy od bardzo dawna to on nie miał nic do powiedzenia.
Wtedy poczułam lekkie szarpnięcie za materiał kostiumu.
Spojrzałam w dół.
Kuba stał obok mnie i patrzył z dziecięcą powagą.
— Mamusiu?
— Tak?
— Impreza już się skończyła?
— Chyba tak, kochanie.
Zastanowił się chwilę.
— To mogę dostać tort?
Roześmiałam się.
Naprawdę.
Pierwszy raz tego dnia śmiałam się dlatego, że coś mnie rozbawiło.
— Możesz.
Podeszłam do stołu i ukroiłam mu pierwszy kawałek.
Kilka tygodni później znowu zatrzymałam się przed lustrem w przedpokoju.
Tym razem zobaczyłam kobietę w czerwonej sukience.
Miałam pomalowane usta.
Zosia siedziała mi na biodrze, a Kuba przy drzwiach próbował sam założyć buty przed naszym sobotnim wyjściem z Ewą.
Przez chwilę przyglądałam się swojemu odbiciu.
Nie dlatego, że nagle wyglądałam tak samo jak przed dziećmi.
Nie wyglądałam.
Moje ciało nadal nosiło ślady ciąż, karmienia, niewyspanych nocy i całych miesięcy, podczas których potrzeby wszystkich innych stawiałam przed własnymi.
Ale patrząc wtedy w lustro, wreszcie zrozumiałam coś, czego Marek przez tak długi czas próbował mi nie pozwolić zobaczyć.
Kobieta po drugiej stronie lustra nigdy nie była problemem.