Tamtej nocy utknęliśmy z zięciem w tanim motelu przy szosie, gdzieś pomiędzy niewielką wsią a miastem. Za oknem wiatr wył tak, jakby głodny pies sąsiadów został na dworze i bezskutecznie domagał się wpuszczenia do domu. Nasz stary Polonez odmówił posłuszeństwa na środku trasy, jak gdyby po latach podróży uznał, że ma już wszystkiego dość. Pomoc drogowa miała dotrzeć dopiero nad ranem. W pokoju unosił się zapach wilgoci, starego drewna i cudzych niespełnionych nadziei. Sprężyny w łóżkach jęczały przy każdym ruchu, jakby za chwilę miały się rozpaść.
Mam na imię Halina i skończyłam pięćdziesiąt sześć lat. Nigdy nie uważałam się za kobietę, za którą mężczyźni tracą głowę od pierwszego spojrzenia, ale do staruszek również nie zamierzałam się jeszcze zaliczać. Nie jednej młodszej kobiecie wciąż mogłam spokojnie dotrzymać kroku.
Naprzeciwko mnie siedział Marek, mój zięć. Wysoki, szczupły, z podkrążonymi oczami i ciemnym zarostem, przez który wyglądał trochę jak bohater jakiegoś polskiego filmu sensacyjnego sprzed trzydziestu lat.
Wracaliśmy od mojej siostry Teresy, mieszkającej na wsi. Teresa do tej pory piekła placki wielkie jak pokrywki od największego garnka i częstowała każdego gościa domowym bimbrem z ziołami, przygotowanym według rzekomo sekretnej receptury przekazywanej w rodzinie od pokoleń.
Moja córka Agnieszka została w mieście. Jak zwykle wyskoczyła jej pilna sprawa w pracy, która okazała się ważniejsza od rodzinnego spotkania.
Tak więc znaleźliśmy się z Markiem sami w pokoju z dwoma wąskimi łóżkami i pościelą wyglądającą, jakby przeżyła jeszcze czasy pustych półek w sklepach.
— No dobrze, Marek — powiedziałam, wyciągając z torby butelkę żytniej wódki, którą przezornie zabrałam z domu. — Chyba nie będziemy siedzieć tutaj jak dwa kołki w płocie. Napijmy się po kieliszku, przynajmniej się rozgrzejemy, zanim ta pomoc drogowa łaskawie do nas dotrze.
Marek uśmiechnął się pod nosem. W jego oczach dostrzegłam znajome zmęczenie człowieka, który od wielu lat mieszka z Agnieszką.
Miał dopiero trzydzieści dwa lata, ale czasami wyglądał tak, jakby od całej dekady dźwigał na plecach jej trudny charakter.
Rozlałam wódkę do plastikowych kubeczków. W pokoju nie znalazłam niczego bardziej eleganckiego.
Stuknęliśmy się nimi tak głośno, że prawdopodobnie obudziliśmy wszystkie karaluchy ukrywające się za odklejającą tapetą.
— Za co pijemy, pani Halino? — zapytał Marek, połykając pierwszy łyk z taką powagą, jakby degustował kilkunastoletnią whisky.
— Za to, żeby nasze życie nie psuło się tak często jak ten przeklęty Polonez — odparłam i opróżniłam kubeczek.
Alkohol zapiekł mnie w gardle, lecz po chwili przyjemne ciepło rozeszło się po całym ciele. Nagle poczułam się tak, jakby ktoś odjął mi dwadzieścia lat.
— Bo ty, Marek, jesteś jeszcze młodym chłopem, a wzdychasz już jak stara Syrena podczas podjazdu pod górę.
Roześmiał się głośno i oparł wygodniej na krześle.
Mebel odpowiedział mu przeciągłym skrzypnięciem, jakby również chciał poskarżyć się na swój ciężki los.
— To aluzja do Agnieszki? — zapytał. — Jeszcze trochę i naprawdę wyśle mnie do garażu. Codziennie wieczorem nowy zarzut. Zupa za mało słona, buty stoją nie tam, gdzie powinny, a ostatnio chyba nawet oddycham za głośno.
Prychnęłam i ponownie napełniłam kubeczki.
Rozmowa potoczyła się wartko, jak strumień po wiosennej ulewie.
Najpierw śmialiśmy się z Teresy, która koniecznie chciała poczęstować nas bimbrem ze starego trzylitrowego słoika z wyblakłą naklejką po wiśniowym kompocie.
Potem, prawie nie zauważając momentu przejścia, zaczęliśmy rozmawiać o własnym życiu.
Wódka rozwiązała nam języki i po jakimś czasie gawędziliśmy jak dwoje starych znajomych, którzy przypadkiem trafili do tego samego przedziału w nocnym pociągu.
— Posłuchaj, Marek — odezwałam się, patrząc na niego ponad krawędzią plastikowego kubeczka. — Co właściwie dzieje się między tobą a Agnieszką? Jesteś młody, zdrowy, niebrzydki. A ona ciągle chodzi z taką miną, jakby właśnie przegryzła cytrynę razem ze skórką. Wy w ogóle jeszcze potraficie się nawzajem rozgrzać?
Marek spuścił wzrok.
Powoli obracał kubeczek między palcami, jak gdyby liczył, że odpowiedź znajdzie napisana na jego dnie.
— Nie wiem, pani Halino. Czasami wydaje mi się, że jesteśmy jak dwa przewody bez izolacji. Tylko zamiast iskry ciągle mamy zwarcie. Staram się, naprawdę. Ale Agnieszce zawsze coś nie pasuje. Sama pani przecież zna jej charakter.
Doskonale wiedziałam, o czym mówił.
Moja córka od dziecka była uparta. Zupełnie jak jej ojciec. Kiedy coś sobie postanowiła, można było przedstawić jej sto argumentów, a ona i tak pozostałaby przy swoim.
Marek najwyraźniej był już zwyczajnie zmęczony nieustannym niezadowoleniem żony.
Pochyliłam się trochę w jego stronę. Alkohol sprawiał, że świat wokół stawał się łagodniejszy, a ja nabrałam ochoty, żeby trochę go sprowokować.
— A próbowałeś kiedyś porządnie nią potrząsnąć? Kobietę czasem trzeba rozpalić jak wilgotne drewno w piecu. Inaczej będzie tylko dymiło i marudziło. Może twoja Agnieszka po prostu dawno już wystygła?