Teściowa bez pytania przywiozła całą rodzinę na moją działkę i pozwoliła im wynosić moje przetwory na zimę. Jej hojność skończyła się dokładnie w chwili, gdy pojawiłam się ja.

— Agnieszko, dzień dobry. Sprzedaliście działkę czy nagle postanowiliście się stamtąd wyprowadzić? — głos mojej sąsiadki, pani Haliny, brzmiał w telefonie rzeczowo i surowo, jakby właśnie składała meldunek.

— Skąd taki pomysł? Jesteśmy z Piotrem w mieście — odpowiedziałam, przytrzymując telefon ramieniem. Stałam wtedy między regałami w markecie budowlanym i oglądałam węże ogrodowe.

— W takim razie gratuluję otwarcia hurtowni — prychnęła sąsiadka. — Twoja teściowa urządziła w waszej piwniczce takie wydawanie słoików, że za chwilę przed bramą ustawi się kolejka samochodów. Ewa nosi z bagażnika puste kartony, a pani Krystyna dowodzi wszystkimi jak kierowniczka magazynu: „Prawdziwki ostrożnie, te są dla wuja Kazimierza na okrągłe urodziny!”

Powoli odłożyłam wąż na półkę. Piotr, który kilka metrów dalej wybierał nową wiertarkę, spojrzał na mnie i od razu zauważył zmianę na mojej twarzy.

— Piotrek — westchnęłam. — Chyba klucz, który dałeś mamie wyłącznie po to, żeby podlewała szklarnię, otworzył jej wejście do skarbca. Tyle że zamiast złota są tam moje słoiki. Jedziemy.

Zwykle droga na naszą działkę zajmowała około pół godziny. Tego dnia byliśmy na miejscu w mniej niż dwadzieścia pięć minut. Furtka stała otworem, jakby gospodarze spodziewali się autokaru wycieczkowego. Na werandzie panował gwar jak podczas rodzinnego pikniku. Na moim ulubionym koronkowym obrusie leżał pokrojony ser, wędlina i pieczywo, a na środku stołu pysznił się otwarty słoik dżemu truskawkowego, który miał czekać do zimy.

Krystyna siedziała u szczytu stołu z miną właścicielki majątku, jakby właśnie ogłosiła, że od dziś nasza działka należy do jej rodziny. Starszy brat Piotra, Tomasz, wynosił z domku ciężki karton z marynowanymi pomidorami. Jego żona Dorota liczyła słoiki z powagą księgowej, a młodsza siostra mojego męża, Ewa, próbowała upchnąć do dużej torby kilka słoików mojego leczo.

— O, właściciele przyjechali! — zawołał Tomasz z przesadną wesołością, zatrzymując się na schodkach z kartonem w rękach.

— Dzień dobry — odpowiedziałam, opierając się o framugę i krzyżując ręce. — Pani Krystyno, widzę, że zwykłe podlanie ogórków wymagało dziś mobilizacji całej rodziny, kilku samochodów i natychmiastowego opróżnienia mojej spiżarni?

Ewa, która pracowała jako recepcjonistka w salonie kosmetycznym, natychmiast się wyprostowała i poprawiła elegancką bluzkę.

— Agnieszka, po co od razu robić przedstawienie? — przewróciła oczami. — Te warzywa przecież same rosną w ziemi. To nie salon, gdzie trzeba cały czas myśleć, rozmawiać z klientkami i pilnować zapisów. Wsadziłaś nasiona, podlałaś parę razy i gotowe. Biorę leczo dla Kasi. Ona całymi dniami siedzi w biurze, potrzebuje domowych witamin. I tak jeszcze narobisz nowych słoików.

— Ewuniu — powiedziałam z tak łagodnym uśmiechem, że Piotr przezornie odsunął się o kilka kroków — gdyby warzywa naprawdę rosły zupełnie same, ogrodnicy i rolnicy nie mieliby nic do roboty. Pomidory trzeba podwiązywać, usuwać wilki, chronić je przed chorobami i pilnować podlewania. Uwierz mi, to odrobinę bardziej skomplikowane niż wpisanie klientki na farbowanie do kalendarza.

— Ty po prostu nie znosisz mojej córki, bo sama całe życie stałaś za ladą! — wybuchła Ewa.

— Twoja kariera ani kariera twojej córki zupełnie mnie nie interesuje. Za to właśnie trzymasz mój słoik leczo tak, jakby był ostatnią darmową próbką luksusowego kosmetyku. Odstaw go.

Ewa głośno nabrała powietrza, poczerwieniała i z irytacją rzuciła słoik z powrotem do kartonu. Wtedy do rozmowy włączyła się Dorota. Pracowała na kasie w sklepie budowlanym i uwielbiała rozprawiać o cenach, promocjach oraz swoich „sprawdzonych faktach”.

— Agnieszka, dlaczego ty jesteś taka skąpa? — skrzywiła się, próbując jednocześnie zasłonić sobą duży słoik ogórków konserwowych. — Masz tu tyle zapasów, że wystarczyłoby dla kilku rodzin. Zresztą dajesz za dużo octu, a ocet szkodzi na żołądek. Te ogórki bierzemy dla Kasi. Ma zapalenie żołądka, a domowe jedzenie i tak jest zdrowsze niż sklepowe, bo przynajmniej nie ma w nim całej tej chemii. Naprawdę żal ci dla rodziny?

— Dorota — potarłam palcami nasadę nosa — gdybyś interesowała się czymś poza przecenami na farby i elektronarzędzia, wiedziałabyś, że ocet w zalewie nie jest tylko dla smaku. Pomaga zabezpieczyć przetwory przed zepsuciem. A problemy z żołądkiem leczy się zgodnie z zaleceniami lekarza i odpowiednią dietą, a nie jedzeniem wyniesionym bez pytania z cudzej piwniczki.

— Egoistka! — na twarzy Doroty natychmiast pojawiły się czerwone plamy. — O jeden słoik ogórków jesteś gotowa pokłócić się z całą rodziną!

— O słoik kłócić się nie zamierzam — odparłam spokojnie. — Ale ty odniesiesz go teraz na miejsce tak szybko, jakby klient przy twojej kasie zażądał zwrotu towaru bez paragonu.

Dorota sapnęła ze złością, lecz odłożyła słoik. Tomasz, widząc, że atmosfera robi się coraz cięższa, postanowił wkroczyć w rolę rozjemcy.

— Dziewczyny, dajcie już spokój. Nie ma sensu robić awantury o jedzenie. Piotr, powiedz żonie, że jesteśmy jedną rodziną. Naprawdę chcecie psuć relacje przez kilka słoików?