Córka wróciła do domu cała w siniakach, a zięć tylko się uśmiechnął: „I co mi zrobisz, staruszko?” Zapomniał, że mam trzech synów i siedmiu siostrzeńców

— I co właściwie zamierzasz zrobić, staruszko? Zadzwonisz na policję? — Paweł rozsiadł się wygodnie na kuchennej kanapie i powoli mieszał cukier w herbacie. — Przyjadą, pogadają, a potem sobie pojadą. A ja dalej będę tutaj. Tylko wtedy jej będzie znacznie gorzej.

Anna stała przy zlewie, odwrócona twarzą do okna. Nerwowym ruchem naciągała rękaw domowego swetra na nadgarstek, jakby chciała ukryć coś, czego i tak nie dało się już schować. Na jej lewym policzku widniał świeży, ciemniejący siniak. Wpadłam do nich bez zapowiedzi. Rano zrobiłam duży garnek gołąbków, przełożyłam część do pojemników i pomyślałam, że podrzucę je córce po drodze. Weszłam zapasowym kluczem i od razu zrozumiałam, że dzieje się coś złego. Paweł nawet nie próbował udawać, że jest inaczej. Zawsze miał tę samą pewność siebie — wierzył, że pieniądze i wpływowi rodzice dają mu prawo do wszystkiego.

Anna zesztywniała nawet wtedy, gdy jej mąż zwyczajnie sięgnął po serwetkę. Patrzyła na niego ukradkiem, jak człowiek, który boi się wykonać o jeden ruch za dużo. W pokoju obok spał mój trzymiesięczny wnuk, Kubuś. Córka poruszała się niemal bezgłośnie, ostrożnie stawiała kubek na blacie, cicho domykała szafki. Jakby każdy przypadkowy dźwięk mógł rozpętać następną awanturę.

— Spakuj swoje rzeczy i wynoś się stąd — powiedziałam, patrząc Pawłowi prosto w oczy.

Uśmiechnął się szeroko. Tym razem wyglądał, jakby naprawdę go rozbawiłam. Podniósł się powoli z kanapy i stanął przede mną. Był ode mnie prawie o głowę wyższy.

— Mieszkanie jest moje. Żona też jest moja — wycedził. — Sami załatwimy swoje sprawy. A ty lepiej wyjdź, zanim pomogę ci zejść po schodach. Nie wtrącaj się do cudzej rodziny.

Przechodząc obok, celowo uderzył mnie ramieniem. Potem wszedł do salonu i podkręcił telewizor tak głośno, że po mieszkaniu rozległ się wrzask komentatora sportowego oznajmiającego zdobycie bramki. Paweł ani przez chwilę nie traktował mnie poważnie. W jego oczach byłam tylko starszą, irytującą kobietą, która nie potrafi zrozumieć, gdzie jest jej miejsce.

Podeszłam do Anny i delikatnie położyłam jej dłoń na ramieniu. Córka aż podskoczyła.

— Aniu, wyciągnij torby. Zabierz dokumenty, ubrania i wszystko, czego potrzebuje Kubuś.

— Mamo, proszę, nie rób tego — wyszeptała, co chwilę zerkając w stronę drzwi do salonu. — Obiecał, że to już się więcej nie wydarzy. Jeśli zobaczy, że się pakuję, to on nas…

— Zrób dokładnie to, o co cię proszę.

Wyjęłam telefon. Nie miałam znajomości w policji. Nie znałam żadnych ważnych urzędników. Na koncie też nie czekała fortuna, która mogłaby rozwiązać każdy problem. Miałam jednak coś innego — rodzinę. Dużą i prawdziwą. Wybrałam numer najstarszego syna.

— Marek, zostaw wszystko, czym teraz się zajmujesz. Weź ze sobą braci. Zadzwoń do wujka Jana i jego synów. Przyjeżdżajcie natychmiast do Anny.

Nie musiałam opowiadać, co się stało. Marek usłyszał mój głos i odpowiedział tylko:

— Rozumiem. Już jedziemy.

Zostałyśmy z córką w kuchni. Objęłam ją, a potem trzymałam mocno za rękę. Z salonu dobiegał śmiech Pawła, który najwyraźniej świetnie bawił się przy programie w telewizji. Za każdym razem, kiedy jego głos rozlegał się za ścianą, palce Anny napinały się w mojej dłoni. Nie puszczałam jej ani na moment.

Mniej więcej czterdzieści minut później na podwórzu zaczęły kolejno trzaskać drzwi samochodów. Najpierw jedne, po chwili następne, potem kolejne. Przyjechało ich sporo. Chwilę później odezwał się domofon, ale najwyraźniej nie musieli nawet dzwonić — któryś z sąsiadów właśnie wychodził z budynku. Z klatki schodowej dobiegły spokojne, ciężkie kroki. Nikt nie biegł. Nikt nie krzyczał. Nie było potrzeby.

Podeszłam do przedpokoju i cicho otworzyłam drzwi.

Po chwili korytarz zapełnił się mężczyznami. Pierwszy wszedł Marek. Za nim pojawili się Piotr i Tomasz, moi dwaj pozostali synowie. Potem przyszli krewni — siedmiu dorosłych, postawnych mężczyzn. Żaden z nich nie przeklinał. Nikt nie podnosił głosu ani nie rzucał gróźb. Po prostu stali w przedpokoju, spokojnie patrząc w głąb mieszkania.

Paweł usłyszał ruch i wyszedł z salonu z miną człowieka zirytowanego tym, że ktoś przeszkadza mu w oglądaniu telewizji. Zrobił dwa kroki i nagle stanął.

Cała jego wcześniejsza pewność siebie gdzieś zniknęła.

Patrzył kolejno na Marka, Piotra, Tomasza, a potem na pozostałych mężczyzn. Otwierał usta, lecz nie wydobywał z siebie żadnego słowa. Jeszcze kilkadziesiąt minut wcześniej rozmawiał ze mną tak, jakby nikt na świecie nie mógł mu nic zrobić. Teraz milczał.

Marek spokojnym ruchem rozpiął kurtkę.

Paweł cofnął się o krok i zahaczył nogą o stojący przy ścianie puf.

— Ja… muszę tylko przestawić samochód — odezwał się w końcu ochrypłym głosem. — Chyba komuś zastawiłem wyjazd.

Marek nic nie powiedział. Zrobił tylko jeden krok do przodu.

To wystarczyło.

Paweł najwyraźniej uznał, że nie zamierza sprawdzać, co będzie dalej. Nagle ruszył w stronę drzwi, przecisnął się bokiem pomiędzy Piotrem i Tomaszem, a potem niemal zbiegł po schodach. Przez chwilę słyszeliśmy jeszcze szybkie uderzenia jego butów o stopnie.