Urodziła syna pośrodku jesiennego pola w ulewnym deszczu i umarła, do ostatniej chwili ogrzewając go własnym ciałem — dopiero następnego dnia przypadkowi grzybiarze usłyszeli jego słaby płacz

Zofia Nowak rozłożyła na stole przemoczoną, watowaną kurtkę, którą przed chwilą wniesiono do niewielkiego wiejskiego punktu medycznego. Robiła to bardzo ostrożnie, jakby każdy gwałtowniejszy ruch mógł odebrać maleństwu ostatnią szansę.

Noworodek niemal się nie poruszał. Jego skóra miała sinawy odcień, usta były prawie bezbarwne, a oddech tak płytki i rzadki, że chwilami trudno było dostrzec, czy klatka piersiowa w ogóle się unosi. Pępowina została związana wąskim paskiem materiału wyrwanym z chustki Anny.

— Przynieście termofory! — rzuciła stanowczo Zofia. — Ale nie za gorące, żeby go nie poparzyć. I ciepłą wodę. Szybko!

Teresa pobiegła w stronę pieca. Jan Kowalczyk stał nieruchomo przy drzwiach, przemoczony do suchej nitki. Siwe włosy przykleiły mu się do czoła. Dopiero po chwili zauważył, że ręce trzęsą mu się tak mocno, iż nie potrafi ich uspokoić.

— On żyje? — zapytał niemal szeptem.

— Jeszcze oddycha.

Zofia rozpięła sweter, przycisnęła dziecko do własnej piersi, schowała je pod ciepłą tkaniną i delikatnymi, miarowymi ruchami zaczęła rozcierać jego plecy.

— Wezwaliście karetkę z powiatowego szpitala?

— Wezwaliśmy — odpowiedział sołtys. — Droga po tych deszczach zamieniła się w bagno. Mówią, że przed godziną nie dojadą.

— Za godzinę może już nie być kogo ratować.

Teresa odwróciła się do ściany i szybko się przeżegnała.

Wieść rozeszła się po Brzezinach błyskawicznie. Kobiety z najbliższych domów zaczęły przynosić koce, czyste pieluchy i świeże kozie mleko. Jedna rozpaliła drugi piecyk, inna postawiła na blasze duży emaliowany czajnik. Małe pomieszczenie wkrótce było pełne ludzi, ale nikt nie rozmawiał normalnym głosem.

Wszyscy wsłuchiwali się w prawie niesłyszalny oddech dziecka.

Po kilku minutach chłopiec nagle rozchylił usta. Z jego gardła wydobył się cichy, zachrypnięty dźwięk — bardziej pisk niż prawdziwy płacz.

Teresa zakryła usta dłonią i rozpłakała się.

— Słyszeliście? Zapłakał!

— Ciszej! — skarciła ją Zofia, choć sama natychmiast otarła rękawem łzę. — Niech nie traci sił na krzyk.

Karetka dotarła dopiero po półtorej godziny. Chłopca zabrano do szpitala, a Zofia pojechała razem z nim.

Ciało Anny przeniesiono do wolnego pomieszczenia w wiejskiej świetlicy. Kobiety obmyły ją, przebrały w czystą sukienkę i ostrożnie zamknęły jej oczy.

Na piersi młodej kobiety pozostał ślad maleńkiej dłoni — niewielka ciemniejsza plamka na wciąż wilgotnym materiale.

Część druga. Telegram na drugi koniec kraju

Skontaktowanie się z Markiem graniczyło z niemożliwością.

W odległej osadzie pracowniczej, gdzie pracował przy wielomiesięcznym kontrakcie, jedyny telefon znajdował się w biurze kierownika. Łączność często zanikała, linia trzeszczała, a rozmowy urywały się bez ostrzeżenia. Sołtys wysłał pilny telegram, ale wszyscy wiedzieli, że zanim wiadomość dotrze do adresata, mogą minąć całe dni.

Jan zdecydował więc pojechać do miasteczka powiatowego i próbować dodzwonić się stamtąd.

Przesiedział kilka godzin w punkcie telefonicznym, podczas gdy dyspozytorka raz po raz próbowała połączyć go z osadą oddaloną o setki kilometrów. Głos po drugiej stronie pojawiał się na chwilę, znikał, wracał, a pojedyncze słowa ginęły w trzaskach.

— Pan Marek Zieliński? — Jan niemal krzyczał do słuchawki. — Telefon z domu! Słyszy mnie pan?

— Słyszę… Kto mówi?

— Jan Kowalczyk. Z Brzezin.

— Co się stało z Anną?

Jan zacisnął powieki.

Przed oczami znów zobaczył mokre od deszczu pole, resztki starego stogu i młodą kobietę, która oddała nowo narodzonemu dziecku własny płaszcz.

— Marek, musisz się trzymać. Anna urodziła.

Przez kilka długich sekund w słuchawce słychać było wyłącznie trzaski.

— Urodziła? Przecież to za wcześnie… Chłopiec czy dziewczynka?

— Syn.

— Żyje?

— Jest w szpitalu powiatowym. Lekarze robią, co mogą.

— A Anna?

Jan próbował odpowiedzieć, lecz słowa ugrzęzły mu w gardle.

— Marek… Anny już nie ma.

W tej samej chwili połączenie zostało zerwane.

Kiedy po pewnym czasie udało się dodzwonić ponownie, kierownik powiedział, że Marek stracił przytomność przy aparacie. Koledzy zanieśli go do zakładowego ambulatorium.

Już następnego dnia ruszył w drogę. Najpierw jechał służbowym samochodem, później zabrał się ciężarówką jadącą w stronę większego miasta, a stamtąd przesiadł się do pociągu. Podróż, wraz z przesiadkami i opóźnieniami, zajęła mu prawie trzy doby.

Zdążył na pogrzeb.

Kiedy wysiadł z samochodu, był nieogolony, blady i tak wyczerpany, że wyglądał, jakby postarzał się o kilka lat. W dłoni ściskał brudną torbę podróżną. Zobaczył zamkniętą trumnę i zatrzymał się kilka kroków przed nią.

Jakby dalej nie potrafił już iść.

— Przecież obiecałem — powiedział w końcu. — Powiedziałem jej, że wrócę.

Wokół stali sąsiedzi, ale żaden z nich nie miał odwagi podejść pierwszy.

Dopiero Teresa wyszła z tłumu i mocno go objęła.

— Czekała na ciebie, Marku. Do samego końca wierzyła, że przyjedziesz.

— Dlaczego poszła sama?

— Chciała dotrzeć do punktu medycznego.

— Czemu nikogo nie zawołała?