— Magda, nie widziałaś przypadkiem mojego granatowego krawata? Tego w drobne paski, który dostałem od mamy — dobiegł z sypialni głos Pawła. Chwilę później rozległ się charakterystyczny dźwięk zasuwanego zamka walizki.
Magdalena stała w przedpokoju z torbą pełną zakupów. Powoli zaczerpnęła powietrza, próbując ocalić resztki dobrego nastroju.
Tego dnia mijały dokładnie cztery lata od ich ślubu.
Specjalnie umówiła się, że wyjdzie wcześniej z pracy. Kupiła drogiego łososia, świeże warzywa i butelkę białego wina. Marzyła o spokojnej kolacji we dwoje, rozmowie bez pośpiechu i omówieniu zbliżającego się wyjazdu.
Urlop w Sopocie planowali od prawie pół roku.
— Krawat jest w górnej szufladzie komody — odpowiedziała, wchodząc do kuchni. Zaczęła wyjmować zakupy i układać je na blacie. — Tylko po co ci on dzisiaj? Przecież mieliśmy zostać w domu. I dlaczego pakujesz ubrania? Do naszego wyjazdu zostały jeszcze dwa tygodnie.
Paweł pojawił się w drzwiach kuchni.
Wyglądał na lekko zakłopotanego, ale Magdalena od razu dostrzegła w jego oczach dobrze znany wyraz. Wszystko było już postanowione. Teraz zamierzał jedynie poinformować ją o swojej decyzji.
— Magduś, coś się wydarzyło. Tylko proszę, nie denerwuj się od razu. Najpierw mnie wysłuchaj, dobrze?
Magdalena powoli usiadła przy stole.
— Słucham.
— Mama dzwoniła. Znowu skacze jej ciśnienie. Lekarz powiedział, że koniecznie powinna zmienić klimat i pooddychać morskim powietrzem. Najlepiej w sanatorium albo przynajmniej gdzieś nad Bałtykiem. W góry nie chce jechać, Ciechocinek jej nie odpowiada, więc wybraliśmy Kołobrzeg. Przełożyłem bilety. Lecimy jutro rano.
Przez kilka sekund Magdalena tylko na niego patrzyła.
— Jutro?
— Tak.
— Paweł, mam teraz zamknięcie okresu sprawozdawczego. Szef zgodził się dać mi wolne dopiero za dwa tygodnie. Doskonale o tym wiesz. Właśnie dlatego wybraliśmy tamten termin.
— No właśnie! — ożywił się Paweł, jakby usłyszał nie sprzeciw, lecz potwierdzenie własnej racji. — Ty i tak teraz nigdzie nie możesz wyjechać, a mama potrzebuje morza natychmiast. Nie ma sensu marnować biletów ani mojego urlopu. Pojadę z nią na dwa tygodnie, dopilnuję badań i zabiegów. Kiedy wrócę, coś wymyślimy. Może pojedziemy na działkę albo wyskoczymy gdzieś na weekend.
Uśmiechnął się pogodnie.
— Przecież nie masz nic przeciwko, prawda? Mama tak się ucieszyła. Kupiła już sobie nową letnią sukienkę.
Patrzył na żonę swoim zwyczajnym, łagodnym spojrzeniem i najwyraźniej oczekiwał, że jak zawsze westchnie, przytuli go i powie, że zdrowie pani Haliny rzeczywiście jest najważniejsze.
Od dawna przywykł, że Magdalena rozumie każdą sytuację.
Gdy teściowa uznała, że ziemniaki na działce trzeba wykopać akurat w dniu urodzin Magdaleny, pojechali na działkę.
Kiedy pani Halina stwierdziła, że tapeta w sypialni młodych jest zbyt ciemna i źle wpływa na samopoczucie, Paweł nalegał, by zastąpili ją jasnym wzorem w drobne kwiatki wybranym przez jego matkę.
Tym razem jednak coś w Magdalenie boleśnie się zacisnęło.
Rok wcześniej Paweł również wyjechał „dosłownie na trzy dni”, żeby odwieźć matkę do sanatorium. W rezultacie został z nią prawie dwa tygodnie.
W tym czasie Magdalena sama radziła sobie ze skutkami pękniętej rury, sprowadzała fachowców i dogadywała się z sąsiadami z zalanego mieszkania.
Teraz wszystko zaczynało się od nowa.
— Jesteś zła? — zapytał Paweł. — Magduś, to moja mama. Nie mogę zostawić jej samej, kiedy źle się czuje. Ty zawsze jesteś taka dobra, wyrozumiała…
Magdalena podeszła do okna, żeby mąż nie zobaczył jej twarzy.
— Oczywiście. Jedźcie.
— Naprawdę?
— Tak. Idź się pakować.
Paweł z ulgą pocałował ją w policzek i wrócił do sypialni, nucąc coś pod nosem.
Magdalena została przy oknie.
Wiatr kołysał gałęziami starej topoli rosnącej przed blokiem, a ona próbowała zrozumieć, czy właśnie tak miało wyglądać małżeństwo, o którym kiedyś marzyła.
Reszta wieczoru upłynęła w nerwowym pośpiechu.
Paweł dzwonił do matki niemal co kwadrans.
Z urywków rozmów Magdalena słyszała, że pani Halina nie może zdecydować, czy zabrać wełniany sweter, potrzebuje konkretnego kremu z filtrem i martwi się, czy w hotelowym pokoju będzie wystarczająco dużo ręczników.
O rocznicy ślubu nie wspomniało żadne z nich.
Łosoś stygł w piekarniku.
Butelka wina pozostała zamknięta.
Przy kolacji małżonkowie prawie ze sobą nie rozmawiali.
Paweł bez przerwy oglądał w telefonie zdjęcia hotelu wybranego przez matkę.
— Zobacz, jakie piękne miejsce — powiedział, podsuwając żonie ekran. — Mamie na pewno od razu się poprawi. Promenada tuż obok, plaża pięć minut spacerem. Musiałem tylko wziąć apartament z dwiema sypialniami. W małych pomieszczeniach mamie podobno kręci się w głowie.
Magdalena w milczeniu przesunęła wzrokiem po fotografiach.
— Cena wyszła trochę wyższa, niż zakładaliśmy — ciągnął Paweł. — Musiałem dobrać z oszczędności na samochód. Ale zdrowie bliskiej osoby jest ważniejsze, prawda?
Magdalena skinęła głową i dalej rozgniatała widelcem zimną rybę.
Czuła gorycz i upokorzenie.