Po nocy spędzonej z kochanką wrócił do domu z uśmiechem, lecz jego ciężarna żona właśnie szykowała się do odlotu prywatnym samolotem

Alicja powoli podniosła się z fotela. Czuła ciężar w całym ciele, kostki miała opuchnięte, a plecy bolały ją po kolejnej niemal bezsennej nocy. Mimo to wyprostowała się mocniej niż kiedykolwiek w ostatnich miesiącach.

— Twoje pieniądze? — zapytała spokojnie.

Marek zmrużył oczy.

Alicja sięgnęła po granatową teczkę leżącą obok i wyjęła z niej kopie wyciągów bankowych. Układała je na stole jeden po drugim, bez pośpiechu, jakby każdy dokument był osobnym wyrokiem.

Czynsz za apartament na Powiślu.

Diamentowy naszyjnik.

Porsche Cayenne.

Przelewy przez spółkę-wydmuszkę.

Wypłaty z fundacji.

Karolina Maj.

Twarz Marka zmieniła się tylko na ułamek sekundy.

Ale Alicja zdążyła to zauważyć.

Strach.

— Co to, do cholery, ma znaczyć? — zapytał.

— Dowody.

Odstawił szklankę na blat tak gwałtownie, że bursztynowy płyn zafalował.

— Grzebałaś w moich prywatnych rachunkach?

— W naszych rachunkach — odparła bez podnoszenia głosu. — W moim spadku. W pieniądzach mojego ojca. W darowiznach. We wszystkim, czego używałeś, żeby przedstawiać romans jako koszty prowadzenia firmy.

— Nie masz pojęcia, o czym mówisz.

— Spotkałam się z mecenas Ewą Domańską.

Te słowa uderzyły go mocniej niż wszystkie dokumenty.

Marek zrobił krok w jej stronę.

— Nie miałaś do tego prawa.

— Miałam je od początku do końca.

— Naprawdę sądzisz, że możesz mnie szantażować? — Jego głos stał się zimny i niebezpiecznie cichy. — Jesteś w szóstym miesiącu ciąży, rozchwiana emocjonalnie i całkowicie ode mnie zależna. Jak myślisz, komu ludzie uwierzą? Mnie czy porzuconej żonie, której puściły nerwy?

Alicja znów poczuła ruch dziecka.

Tym razem nie było to delikatne muśnięcie.

To było stanowcze kopnięcie.

Położyła dłoń na brzuchu i po raz pierwszy tego wieczoru uśmiechnęła się naprawdę.

Marek zauważył ten uśmiech i ściągnął brwi.

— Co cię tak bawi?

— Przez długi czas zastanawiałam się, kiedy przestałeś mnie kochać — powiedziała cicho. — Dzisiaj zrozumiałam, że to już nie ma znaczenia. Bo ja przestałam cię potrzebować.

W luksusowym warszawskim penthousie zapadła zupełna cisza. Z daleka dochodził jedynie jednostajny szum nocnego miasta.

Po chwili Marek się roześmiał.

W jego śmiechu brzmiały pogarda i niedowierzanie.

— Od takich mężczyzn jak ja kobiety nie odchodzą, Alicjo.

Podniosła kopertę i wyciągnęła ją w jego stronę.

— Masz rację — odpowiedziała. — Kobiety takie jak ja nie odchodzą. One odzyskują wolność.

Przez kilka sekund wpatrywał się w kopertę, ale jej nie przyjął.

Alicja położyła ją więc na stole, dokładnie pomiędzy nimi.

— Jutro rano mój prawnik skontaktuje się z twoim.

Twarz Marka stężała.

— Rozwód?

— I pełny audyt wszystkich rachunków powiązanych ze spadkiem po moim ojcu oraz fundacją.

— Nie odważysz się.

Spojrzała mu prosto w oczy.

Jej twarz była sucha.

Ani jednej łzy.

— Patrz uważnie.

Zanim zdążył odpowiedzieć, jego telefon zawibrował.

Marek zerknął na ekran.

Karolina.

Oczywiście.

Alicja dostrzegła imię, które rozświetliło wyświetlacz. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej taki widok roztrzaskałby ją na kawałki. Tego wieczoru był już tylko ostatnim potwierdzeniem prawdy, z którą zdążyła się pogodzić.

Marek odebrał, nie spuszczając z niej wzroku.

— Czego chcesz? — rzucił ostro.

Z głośnika dobiegł słodki, lekko zirytowany głos Karoliny.

— Kochanie, zostawiłeś u mnie spinki do mankietów.

Kochanie.

Jedno słowo zawisło pomiędzy nimi jak trucizna.

Alicja minęła go bez słowa.

Marek chwycił ją za nadgarstek.

— Dokąd się wybierasz?

Spojrzała najpierw na jego dłoń.

Nie odezwała się.

Patrzyła na niego tak długo i tak spokojnie, aż rozluźnił palce.

Dopiero wtedy odpowiedziała:

— Spać.

Zatrzymała się jeszcze na moment.

— Pierwszy raz w tym małżeństwie nie będę już na ciebie czekała.

Weszła do sypialni, zamknęła drzwi i przekręciła klucz.

Po drugiej stronie Marek raz zawołał jej imię.

Potem drugi.

Nie odpowiedziała.

Otworzyła szafę i z górnej półki zdjęła niewielką walizkę, którą spakowała trzy dni wcześniej.

Tej nocy nie zmrużyła oka.

Przebrała się w miękkie, wygodne ubrania, z szuflady nocnego stolika wyjęła zdjęcie USG i ostrożnie schowała je do torebki. Potem usiadła na brzegu łóżka i bez ruchu patrzyła, jak nad Warszawą powoli wstaje świt.

O szóstej trzydzieści telefon cicho zawibrował.

Na ekranie pojawiła się wiadomość od Piotra Ostrowskiego.

Samolot czeka na lotnisku Warszawa-Babice. Wystartujemy, gdy tylko będziesz gotowa.

Alicja przeczytała wiadomość dwa razy.

Piotr Ostrowski pojawił się w jej życiu tamtego wieczoru, kiedy załamała się przed ekskluzywną restauracją przy placu Trzech Krzyży. Przez ogromne okno zobaczyła Marka i Karolinę. Siedzieli blisko siebie, śmiali się nad kieliszkami wina i zachowywali tak, jakby Alicja w ogóle nie istniała.

Kiedy cofnęła się o krok, nogi odmówiły jej posłuszeństwa.

Piotr właśnie wychodził z tego samego lokalu.

Złapał ją, zanim upadła na oblodzony chodnik, a potem bez wahania sam zawiózł ją do szpitala.

Nie zadawał wścibskich pytań.

Nie interesowały go plotki.

Nie próbował odgrywać wybawcy ani bohatera.