Tamtego wieczoru Tomasz Wilk przywiózł swoją żonę Annę Kowalską na najważniejsze wydarzenie towarzyskie w swojej karierze i od razu polecił jej trzymać się z boku, żeby nie rzucała się nikomu w oczy.
Anna miała na sobie skromną granatową sukienkę: bez połysku, bez kosztownej biżuterii, bez modnych akcentów. Była schludna, czysta, tylko przy brzegu dołu widniała mała łatka, którą przyszyła własnymi rękami zaledwie kilka godzin przed wyjściem. Dla obcych byłby to po prostu niedrogi strój, nic więcej. Dla Anny jednak ta sukienka znaczyła o wiele więcej. Nosiła w sobie pamięć o kobiecie, która kiedyś ją ocaliła, przyjęła pod swój dach i zastąpiła jej matkę — o pani Zofii Wiśniewskiej.