— Przepraszam bardzo, kim państwo są i dlaczego wasze rzeczy leżą w mojej sypialni? — zapytała Anna, zatrzymując się jak wryta w drzwiach pokoju.
Kobieta stojąca przy szafie drgnęła tak gwałtownie, że plastikowy wieszak wysunął się jej z dłoni i upadł na podłogę z głuchym stuknięciem. Na łóżku Anny leżały porozkładane dziecięce sweterki, paczka mokrych chusteczek, pluszowy królik z naderwanym uchem oraz kosmetyczka, której Anna nigdy wcześniej nie widziała. Pod oknem stały dwa duże kartony, a na jednym z nich ktoś krzywo napisał flamastrem: „Naczynia. Ostrożnie”.
— A pani… kim właściwie jest? — nieznajoma wyprostowała się powoli, przyciskając do piersi złożoną męską koszulę.
Anna przez kilka sekund patrzyła na nią bez słowa, a potem przeniosła wzrok na swoją szafę. W miejscu, gdzie jeszcze niedawno wisiały jej sukienki, tkwiły już cudze kurtki i dziecięcy kombinezon.
— Właścicielką tego mieszkania.
Z przedpokoju dobiegł męski głos:
— Kasiu, kto przyszedł?
Po chwili do sypialni wszedł wysoki mężczyzna w domowej koszulce i dresowych spodniach. Zaraz za nim wyjrzała dziewczynka, najwyżej sześcioletnia, trzymająca w ręce ciastko.
Gdy mężczyzna zobaczył Annę, pobladł i odruchowo zasłonił dziecko własnym ciałem.
— Jak pani tu weszła?
Anna uniosła pęk kluczy.
— Otworzyłam drzwi. Swoje drzwi.
Cisza zgęstniała tak bardzo, że z korytarza dało się usłyszeć ciche skrzypnięcie rączki dziecięcego wózka.
Anna kupiła bilet na najbliższy pociąg podmiejski, po drodze wzięła kawę w papierowym kubku i zdążyła nawet ucieszyć się na myśl, jak dobrze będzie wrócić do domu wcześniej: wziąć prysznic, włączyć jakiś film i spokojnie rozpakować walizkę bez pośpiechu.
Nikomu nie powiedziała, że wraca. Nawet Markowi, byłemu mężowi, z którym po rozwodzie od czasu do czasu wymieniała krótkie wiadomości w sprawach czysto praktycznych, głównie dotyczących starego samochodu, który przypadł mu przy podziale majątku. Nikt nie wiedział, że Anna pojawi się w mieszkaniu właśnie dziś.
A teraz stała pośrodku własnej sypialni, w której obca kobieta układała swoje rzeczy na jej półkach.
— Spokojnie, bez paniki — odezwał się jako pierwszy mężczyzna. — To pewnie jakieś nieporozumienie.
Anna powoli odwróciła głowę w jego stronę.
— Nieporozumienie jest wtedy, gdy sąsiad przez pomyłkę zabierze spod drzwi nie tę torbę z zakupami. Kiedy wracam do domu i widzę cudze zabawki na swoim łóżku, to nazywa się już zupełnie inaczej.
Kobieta, którą mężczyzna nazwał Kasią, zaczęła nerwowo mrugać, patrząc raz na Annę, raz na męża.
— Marek powiedział nam, że możemy.
Imię byłego męża nie zmieniło twarzy Anny ani o milimetr. Tylko palce mocniej zacisnęły się na kluczach.
— Jaki Marek?
— Marek Janowski. Tłumaczył, że mieszkanie i tak stoi puste, że pani jest w innym mieście, a nam potrzeba tylko na parę tygodni. Jesteśmy jakby rodziną jego ciotki. To znaczy mama mojego męża była jej kuzynką.
Mężczyzna chrząknął z zakłopotaniem.
— Nazywam się Paweł. To moja żona Katarzyna. Dzieci są w salonie. Naprawdę byliśmy przekonani, że wszystko jest z panią uzgodnione.
— Z kim uzgodnione?
— Z właścicielem mieszkania.
Anna skinęła głową bardzo powoli.
— Rozumiem. Tylko że właścicielka stoi teraz przed państwem. Marek nie mieszka tu od dwóch lat i nie ma do tego mieszkania żadnych praw.
Katarzyna gwałtownie wciągnęła powietrze.
— Ale on otworzył drzwi swoimi kluczami…
— To również bardzo mnie interesuje.
Anna wyszła do przedpokoju.
Stały tam trzy walizki, dziecięcy wózek, torby z zakupami i wielki worek z butami. Na jej komodzie leżał cudzy portfel, obok rzucono kluczyki do auta. W salonie na kanapie siedział około dziesięcioletni chłopiec i oglądał bajkę na tablecie. Na stoliku kawowym znajdowały się kanapki, jabłka, kolorowanki oraz flamastry.
Na podłodze przy fotelu Anna zauważyła swoją teczkę z dokumentami. Ktoś zdjął ją z półki, żeby zrobić miejsce na dziecięce książki.
Podeszła, podniosła teczkę i przycisnęła ją do siebie.
— Zrobimy tak — powiedziała. — Wszyscy dorośli idą teraz do kuchni. Dzieci zostają w salonie. A państwo spokojnie, bez niepotrzebnych emocji, opowiedzą mi, w jaki sposób znaleźli się w moim mieszkaniu.
Paweł spojrzał na żonę.
— Nie chcieliśmy żadnych kłopotów.
— One już są.
W kuchni Anna dostrzegła kolejny niemiły szczegół. W lodówce leżały cudze produkty, jej pojemniki odsunięto pod tylną ściankę, a na blacie stał garnek, którego nigdy nie kupowała.
Katarzyna usiadła na samym brzegu krzesła i złożyła dłonie na kolanach. Paweł został na nogach.
— Marek powiedział, że jest pani jego byłą żoną — zaczął ostrożnie. — Że to mieszkanie kiedyś było wasze wspólne, rodzinne, ale teraz stoi puste. Twierdził, że wyjechała pani na dłużej, a on ma prawo nas tu wpuścić.
Anna uśmiechnęła się samymi oczami. W tym uśmiechu nie było ani odrobiny rozbawienia.
— To mieszkanie nigdy nie było rodzinne. Kupiłam je przed ślubem. Marek mieszkał tu, kiedy byliśmy małżeństwem, bo ja pozwoliłam mu tu mieszkać. Po rozwodzie się wyprowadził.