„Nie płacę za kobiety na randkach” — oznajmił mi 52-letni mężczyzna, więc przyszłam bez makijażu, bez obcasów i dokładnie taka, jak wygląda prawdziwa równość

„Za randki z kobietami nie płacę” — napisał mi 52-letni Marek. Właśnie dlatego na nasze spotkanie przyszłam bez szpilek, bez makijażu i bez tej całej starannie przygotowanej oprawy, której podobno nikt od nas nie wymaga, a jednak wszyscy jej oczekują.

Pisaliśmy do siebie mniej więcej przez dwa tygodnie. Marek sprawiał wrażenie jednego z tych mężczyzn, z którymi rozmowa płynie spokojnie, naturalnie, bez nerwowego szukania tematów i bez napięcia. Nie było w nim nachalnych aluzji, popisywania się ani tej dziwnej potrzeby udawania kogoś lepszego, niż się jest. Miał pięćdziesiąt dwa lata, był po rozwodzie, miał dwoje dorosłych dzieci i pracował w branży budowlanej. Wydawał się opanowany, konkretny, inteligentny, z poczuciem humoru i szerokimi zainteresowaniami. Kiedy zaproponował, żebyśmy zobaczyli się na żywo, zgodziłam się prawie od razu.

Potem jednak przyszła wiadomość, która bardzo szybko ustawiła wszystko na właściwym miejscu: „Słuchaj, wolę powiedzieć to od razu. Nie płacę za kobiety na randkach. Taka jest moja zasada. Mam nadzieję, że podejdziesz do tego normalnie”.

I wiecie co? Naprawdę podeszłam normalnie. Nawet doceniłam, że napisał to wprost. Lepiej wiedzieć takie rzeczy wcześniej, niż potem siedzieć przy stoliku i w ciszy zastanawiać się, kto ma sięgnąć po portfel, a kto powinien udawać, że nie widzi rachunku. Odpisałam więc krótko: „W porządku, nie ma problemu. Do zobaczenia w sobotę”.

Dopiero później zaczęłam o tym myśleć trochę dłużej.

Eksperyment, który przyszedł mi do głowy sam

W sobotni poranek obudziłam się wcześniej niż zwykle. Mam czterdzieści sześć lat i doskonale wiem, ile czasu potrafi zająć kobiecie przygotowanie się do randki tak, żeby wyglądać „odpowiednio”. Z automatu otworzyłam szafę i już miałam sięgnąć po czarną sukienkę — tę sprawdzoną, która zawsze ratuje sytuację, podkreśla to, co trzeba, i ukrywa to, czego nie chcę pokazywać. Potem spojrzałam na kosmetyki: podkład wygładzający, korektor pod oczy, cienie, tusz, pomadka, puder, jeszcze coś do brwi… typowy zestaw kobiety w moim wieku przed spotkaniem z mężczyzną.

I wtedy nagle się zatrzymałam.

Po co?

Skoro mamy spotkać się jak dwoje równych ludzi, skoro każde z nas płaci za siebie, skoro nikt nikomu niczego nie jest winien — dlaczego to ja mam poświęcić dwie godziny na przygotowania? Dlaczego ode mnie nadal oczekuje się wyglądu kobiety „z obrazka”, podczas gdy Marek najpewniej włoży zwykłe dżinsy i sweter, a całe jego szykowanie zamknie się w kwadransie?

Postanowiłam zrobić mały eksperyment. Uczciwy. Do samego końca.

Wybrałam ulubione dżinsy i miękki szary sweter, w którym zawsze czuję się swobodnie i spokojnie. Włosy związałam w zwykły kucyk, tak jak robię to w domu. Bez makijażu. Bez obcasów. Bez próby wyglądania bardziej kobieco, bardziej efektownie, bardziej „randkowo”. Po prostu ja. Prawdziwa, bez filtra, bez maski i bez dodatkowej pracy włożonej w to, żeby komuś było przyjemniej na mnie patrzeć.

Kiedy stanęłam przed lustrem, poczułam się dziwnie. Nie źle, po prostu inaczej. Zazwyczaj przed wyjściem widzę wersję siebie przygotowaną, dopracowaną, spiętą w całość. A tym razem patrzyła na mnie zwyczajna kobieta, która wyglądała tak, jakby szła na kawę z koleżanką. Albo po prostu do sklepu.

„No dobrze — pomyślałam. — Zobaczymy, co z tego wyniknie”.

Kawiarnia, w której wszystko stało się jasne

Kiedy weszłam do środka, Marek już siedział przy stoliku. Zauważył mnie, uśmiechnął się i machnął ręką. Podeszłam, przywitaliśmy się, lekko się objęliśmy — tak, jak robią to ludzie, którzy niby widzą się po raz pierwszy, ale zdążyli już trochę się poznać. Na początku wszystko wyglądało zupełnie zwyczajnie.

Przez pierwsze dwadzieścia minut po prostu rozmawialiśmy. O pogodzie, o nowym serialu, o jego ostatnim wypadzie w góry. Opowiadał żywo, z humorem, a ja przez moment nawet pomyślałam, że może zupełnie niepotrzebnie tyle nad tym rozmyślałam. Spotkanie było naprawdę całkiem przyjemne.

Aż nagle urwał w połowie zdania. Przyjrzał mi się uważniej, jakby dopiero wtedy zobaczył mnie naprawdę, i zapytał:

— Słuchaj, a ty… no… chyba jakoś specjalnie się nie szykowałaś?

Na początku nawet nie zrozumiałam, do czego zmierza.

— Co masz na myśli?

— No, na zdjęciach wyglądałaś zupełnie inaczej… bardziej kobieco, bardziej zadbanie. Pamiętasz te zdjęcia, które mi wysyłałaś? Czerwona sukienka, makijaż. A teraz… — zawahał się. — Teraz mam wrażenie, jakbyś po prostu wyszła do sklepu.

Właśnie wtedy się uśmiechnęłam. Bo zrozumiałam, że mój eksperyment zadziałał dokładnie tak, jak przypuszczałam.

— Marku — powiedziałam spokojnie — pamiętasz, co napisałeś mi o płaceniu rachunku?

Lekko się spiął, ale skinął głową.

— Pamiętam. I co z tego?

— Zaproponowałeś równość. Każdy za siebie, prawda? Bez zobowiązań, bez narzuconych ról, bez oczekiwań. Ty jesteś samodzielnym mężczyzną, ja samodzielną kobietą.

— No tak — przyznał. — Ale w czym problem?