Kiedy mój syn niedawno wyprowadził się do własnego mieszkania, w domu nagle zrobiło się dziwnie cicho. Ta cisza nie była spokojna, tylko pusta, jakby ktoś zabrał z mieszkania cały codzienny ruch, dźwięki czajnika o świcie i trzaskanie drzwiami. Mam czterdzieści dziewięć lat i doskonale wiem, że na tym etapie życie się nie kończy. Właśnie dlatego postanowiłam spróbować randek przez internet i założyłam konto w aplikacji.
Z Markiem dopasowało mnie niemal od razu. Miał pięćdziesiąt dwa lata. Pisał poprawnie, bez koszmarnych błędów, bez obleśnych żartów i bez tych tanich aluzji, po których człowiek ma ochotę natychmiast zamknąć czat. Już samo to wydało mi się przyjemną odmianą.
Trzeciego dnia naszej rozmowy przysłał mi coś w rodzaju osobistego manifestu. Wiadomość była długa, chłodna i tak bezpośrednia, że nie dało się jej zrozumieć inaczej niż dosłownie.
„Ustalmy wszystko od razu i uczciwie — przeczytałam na ekranie. — Mam za sobą wieloletnie małżeństwo i bardzo trudny rozwód. Dzieci są dorosłe, żyją po swojemu. Teraz wreszcie chcę trochę pożyć dla siebie. W relacji potrzebuję swobody. Nie chcę, żeby ktoś czegoś ode mnie stale oczekiwał, wysysał ze mnie energię albo robił mi awantury o byle co. Szukam dojrzałej, rozsądnej kobiety.
Powiem jasno, bez upiększania: nie zamierzam finansować kobiecych zachcianek. Perfumy, sukienki, kosmetyczki, fryzjerzy i podobne sprawy to nie moja bajka. Interesuje mnie spokojna, partnerska znajomość”.
Przeczytałam tę wiadomość dwa razy. Szczerze mówiąc, takie deklaracje od dawna mnie nie przerażają. Czasem nawet je cenię. Mam normalną pracę, sama potrafię zapłacić za to, czego potrzebuję i na co mam ochotę. Nie szukałam mężczyzny po to, żeby zaglądać mu do portfela albo urządzać sobie sponsora na późne popołudnia.
Jasność? Konkret? Zasady podane na początku? Bardzo dobrze. Sama mam już serdecznie dość gierek, ukrytych oczekiwań i udawania kogoś bardziej hojnego, bardziej czułego albo bardziej gotowego na związek, niż jest się naprawdę.
„Rozumiem cię, Marek — odpisałam. — Mnie też odpowiada prostota i uczciwość. Interesowności nie znoszę. Spotkajmy się i po prostu spokojnie porozmawiajmy”.
Umówiliśmy się na sobotnie popołudnie.
Skoro tak mocno podkreślał równość i brak zbędnych oczekiwań, postanowiłam dać mu dokładnie to — bez ozdobników. Nie zamierzałam robić z normalnego spotkania w kawiarni pokazu mody ani próby generalnej przed galą w Operze Narodowej. Bez godzinnego stania przed lustrem, bez rytuałów, bez przebierania połowy szafy.
Wyjęłam ulubione granatowe dżinsy, założyłam zwykły T-shirt, a na wierzch narzuciłam szarą koszulę w kratę. Do tego wygodne trampki. Włosy zebrałam gumką w schludny, praktyczny kucyk. Wyglądałam normalnie. Po prostu jak kobieta, która idzie w sobotę na kawę, a nie na casting do luksusowej reklamy.
Kiedy zaczęliśmy rozmawiać, szybko zrozumiałam, że siedzi przede mną naprawdę ciekawy człowiek. Pierwsze randki często są męczące: albo zapada ciężka cisza, albo rozmowa zmienia się w nudne przesłuchanie o byłych partnerach. Tutaj było inaczej. Tematy pojawiały się same, jedno zdanie prowadziło do drugiego, nie było tych nerwowych pauz, w których oboje patrzą w filiżanki.
— Widziałaś ostatnią premierę w Teatrze Powszechnym? — zapytał, odkrawając ostrożnie kawałek sernika. — Reżyser, moim zdaniem, za bardzo przekombinował scenografię. Pomysł był mocny, ale realizacja trochę się rozjechała. Klasyki nie powinno się tak bezkarnie rozciągać.
— Widziałam — skinęłam głową, odsuwając pusty talerz po sałatce. — Co do scenografii, przyznam ci rację, była dyskusyjna. Ale główny aktor uratował cały spektakl. Miał niesamowitą mimikę, potrafił rozbawić salę prawie bez tekstu.
— Właśnie! Dokładnie to samo pomyślałem! — ożywił się Marek. — A scena z listem? Przecież to było aktorstwo najwyższej próby.
Dyskutowaliśmy o książkach, przeszliśmy na nowe odkrycia naukowe, potem znów wróciliśmy do teatru i kina. Marek zachowywał się uprzejmie, z wyczuciem, nie wchodził mi w słowo. Słuchał uważnie i naprawdę wyglądał na zainteresowanego tym, co myślę, a nie tylko tym, kiedy będzie mógł znów mówić o sobie.
Było mi z nim niespodziewanie lekko. Tak lekko, że w pewnym momencie złapałam się na tym, że w myślach już wybieram miejsca, do których moglibyśmy pójść następnym razem.
Potem kelnerka przyniosła rachunek w małym drewnianym pudełku i położyła go przy brzegu stolika. Marek nawet nie drgnął w jego stronę. Napił się wody ze szklanki i spojrzał na mnie pytająco.
— Za swoją sałatkę i deser zapłacę sama — powiedziałam, wyjmując kartę z torebki.
Mój rachunek był niewielki, coś około czterdziestu kilku złotych. Marek z zadowoleniem kiwnął głową, wyciągnął ze starego skórzanego portfela pieniądze za swoją kawę i sernik, po czym włożył je do pudełka. Ani najmniejszej próby gestu, ani jednego „ja zaproszę”, ani choćby symbolicznego odruchu, żeby sprawić kobiecie przyjemność.
Ale nie poczułam się urażona. Byliśmy dorosłymi ludźmi i właściwie omówiliśmy to wcześniej. Jeszcze w wiadomościach napisał przecież wprost, że nie zamierza za nikogo płacić. Uczciwie, bez niespodzianek i bez ukrytych oczekiwań.
Wyszliśmy z kawiarni na chłodne popołudniowe powietrze, pożegnaliśmy się serdecznie przy wejściu do metra Centrum i każde pojechało w swoją stronę. Miałam dobry nastrój. Rzadko zdarza się poznanie, po którym człowiek naprawdę myśli: może warto to kontynuować.
Wróciłam do domu. Zdjęłam trampki, powiesiłam koszulę i T-shirt na wieszakach w szafie. Właśnie wtedy telefon w kieszeni dżinsów krótko zawibrował.
Wyjęłam go, spodziewając się czegoś miłego w rodzaju: „Dziękuję za spotkanie, świetnie się z tobą rozmawiało, może jeszcze się zobaczymy”.
Na ekranie czekała jednak długa wiadomość od Marka. Zaczęłam czytać i z każdą kolejną linijką coraz wyżej unosiłam brwi ze zdumienia.
„Ewo, napiszę szczerze i bez owijania w bawełnę. Jestem bardzo rozczarowany naszym spotkaniem. Spodziewałem się zobaczyć piękną, zadbaną kobietę, a ty nawet nie spróbowałaś zrobić dobrego wrażenia. Przyszłaś w zwykłym T-shircie i trampkach! Nie było od ciebie czuć nawet perfum! Kobieta powinna być świętem, powinna cieszyć oko swojego mężczyzny. A ty wyglądałaś tak, jakbyś wyszła tylko wyrzucić śmieci. Z takim podejściem do siebie i do własnego wyglądu nikomu się nie spodobasz. Wybacz szczerość, ale najwyraźniej nie pasujemy do siebie”.
Cały mój dobry nastrój zniknął w jednej sekundzie, jakby ktoś zgasił światło. Zostało we mnie tylko ukłucie przykrości, poczucie niesprawiedliwości i bardzo gorzka, gorąca złość.
Czyli ten człowiek sam, czarno na białym, oświadczył, że nie zamierza płacić za damskie perfumy, paznokcie, fryzury i salony kosmetyczne? A jednocześnie dorosły mężczyzna z pełną powagą oburzył się, że kobieta nie zainwestowała swoich pieniędzy i swojego czasu w to, żeby jego osobiste oko miało na czym odpocząć. No doprawdy, bezczelność w najczystszej postaci.
Usiadłam na kanapie i zaczęłam pisać odpowiedź.
„Marek, dziękuję również za twoją szczerość — wystukiwałam już bez najmniejszej chęci łagodzenia czegokolwiek. — Spójrzmy więc na fakty z dzisiejszego spotkania. Ty nie przyszedłeś na randkę w eleganckim garniturze, tylko w starym swetrze i wytartych dżinsach. Ja ubrałam się w tym samym stylu. Chciałeś uczciwości? Proszę bardzo, oto ona: przyszłam taka, jaka jestem na co dzień — w wygodnych, zwykłych ubraniach, bez żadnych finansowych oczekiwań wobec ciebie. Ty po prostu się ubrałeś i przyjechałeś. Ja zrobiłam dokładnie to samo. Przecież jesteśmy równorzędnymi partnerami, tak jak sam zadeklarowałeś w swoim profilu”.
Zatrzymałam się na chwilę, ale złość wcale nie opadła. Palce znów zaczęły szybko stukać po ekranie. Druga wiadomość wyszła już jak ostateczna kropka.
„Jeżeli potrzebujesz kobiety-obrazka — efektownej, perfekcyjnie uczesanej, w drogiej sukience, na obcasach, z wieczorowym makijażem i smugą kosztownych perfum — to jest zupełnie inne zamówienie. Taki wygląd wymaga ogromnych pieniędzy, czasu i wysiłku. Kobieta nie dostaje tego wszystkiego za darmo od natury, zapakowanego w kokardkę. A jeśli chcesz mieć u boku właśnie taką luksusową towarzyszkę, musisz też zachowywać się odpowiednio: przyjść z kwiatami, podjechać porządnym samochodem, wziąć rachunek na siebie. Nie można wymagać drogiej witryny, kiedy z zasady nie chcesz w nią inwestować i liczysz każdą złotówkę przy kasie. Ty chcesz jeździć drogim zagranicznym autem, płacąc za nie jak za bilet tramwajowy. Tak to nie działa”.
Nacisnęłam „wyślij”. Obie wiadomości niemal natychmiast oznaczyły się dwoma niebieskimi ptaszkami. Przeczytał je od razu, dosłownie w tej samej chwili.
Ale u góry czatu nie pojawiło się upragnione „pisze…”. Poczekałam dziesięć minut. Cisza. Marek, zgodnie z przewidywaniem i bardzo po tchórzowsku, schował się w milczeniu, bo nie znalazł ani jednego sensownego argumentu przeciwko zwykłej logice.
Potem już nigdy więcej do mnie nie napisał.
Odłożyłam telefon na bok i głęboko odetchnęłam. Czy było mi przykro? Tak, oczywiście. Ale nie dlatego, że straciłam akurat tego mężczyznę. Zabolało mnie coś innego: dorosły, oczytany człowiek w wieku pięćdziesięciu dwóch lat okazał się tak beznadziejnym hipokrytą i tak małym, tanim głupcem.
Niektórzy mężczyźni bardzo lubią powtarzać, że współczesne kobiety są zbyt materialistyczne. Domagają się pełnej równości, dzielonych rachunków i absolutnej samodzielności. Chcą, żeby kobieta sama na siebie zarabiała, sama wszystko ogarniała i w niczym ich nie potrzebowała, nawet w drobiazgach.
Tylko że jednocześnie z jakiegoś powodu są szczerze przekonani, że ta sama niezależna kobieta, zmęczona po pracy i życiu, ma wydawać własną pensję na kosmetyki, zabiegi, fryzjera, ubrania i perfumy wyłącznie po to, żeby za darmo zadowalać ich wymagający wzrok. A kiedy odmawia takiej dobrowolnej działalności charytatywnej, oni czują się śmiertelnie urażeni.
A wy jak reagujecie na takich oszczędnych wielbicieli kobiecego piękna? Ustawiacie ich do pionu czy po prostu bez słowa wysyłacie do blokady, nie tracąc energii na jałowe dyskusje?