– Czego ty się spodziewałeś, gdy uciekłeś do młodszej kochanki? Że żona będzie cię wypatrywać? – zganiła mnie sąsiadka.
Stałem pod drzwiami własnego mieszkania i długo nie umiałem nacisnąć dzwonka. Ja, Paweł, przez cały rok życia z inną kobietą nie potrafiłem zapomnieć zapachu domu. Tego ciepła, które przez lata wypełniało każdy kąt tych ścian.
W końcu zebrałem odwagę i dotknąłem starego przycisku. Za drzwiami rozległ się znajomy, trochę chrapliwy dźwięk. Serce zaczęło bić tak, jakbym przed chwilą przebiegł kilka kilometrów.
Odszedłem wtedy podle. Po cichu, niemal jak złodziej. Chciałem zostawić tylko kartkę: Przepraszam, pokochałem inną, odchodzę. Ale Anna wróciła tego dnia z pracy wcześniej niż zwykle i zastała mnie przy otwartej torbie.
Jąkałem się, nie potrafiłem skleić zdania, kiedy patrzyła na mnie z niedowierzaniem i bólem. Ona nie powiedziała ani słowa.
A ja porzuciłem rzeczy, szarpnąłem suwak tak mocno, że uchwyt został mi w dłoni, i wybiegłem za próg. Na stole leżały pieniądze dla Anny i córek na pierwsze dni.
Z Anną pobraliśmy się piętnaście lat wcześniej. Miłość? Chyba tak. Wszystko układało się spokojnie. Po babci odziedziczyłem porządne mieszkanie na warszawskim osiedlu i tam zamieszkaliśmy po ślubie. Po dwóch latach urodziła się córka.
Ja miałem dobrą posadę w dużej firmie, Anna zajmowała się dzieckiem i domem. Jednocześnie studiowała zaocznie.
Później zrobiła dyplom logopedy, dokładając go do wykształcenia pedagogicznego, i podjęła pracę w tym samym przedszkolu, do którego chodziła nasza córka. Kilka lat później przyszła na świat druga dziewczynka.
Znajomi uważali naszą rodzinę za wzorową. Może rzeczywiście taka była: bez awantur, bez wielkich kłótni. Anna świetnie gotowała, dbała o porządek, zajmowała się dziećmi, a o mnie też nie zapominała. Miałem wszystko, a mimo to zacząłem się dusić.
Dwa lata temu pojawiła się Klaudia. W dokumentach miała Katarzyna, ale przedstawiała się wyłącznie jako Klara i wymagała, by tak się do niej zwracać.
Trafiła do mojego działu i od razu przyciągnęła spojrzenia mężczyzn z biura.
Na początku prawie jej nie zauważałem. Potem był firmowy wyjazd integracyjny nad jezioro, Klara usiadła obok mnie w autokarze, zaczęliśmy rozmawiać i wszystko się potoczyło.
Bycie kochanką szybko przestało jej wystarczać. Pewnego dnia postawiła warunek: albo ona, albo tamto życie. Wcale nie planowałem rozwodu, ale jej nacisk dziwnie połechtał moją próżność. Odszedłem do niej.
Uważałem się przy tym za przyzwoitego człowieka. Nie wyrzuciłem Anny ani dzieci z mieszkania. Alimenty przelewałem punktualnie.
Z córkami nie spotykałem się nie dlatego, że nie chciałem. Tęskniłem. Tylko nie wiedziałem, co im powiedzieć i jak spojrzeć im w oczy.
Pierwsze pół roku z Klarą było jaskrawe: co wieczór kawiarnie, spotkania z jej znajomymi, weekendy w domku jej rodziców pod Olsztynem. Klara z zapałem szykowała się do ślubu.
Pewnego dnia, wyrzucając śmieci z łazienki, zobaczyłem zużyty test. Dwie kreski.
Dziecko? Nasze, moje i Klary? Ta myśl mnie ucieszyła i oszołomiła zarazem, bo nie umiałem wyobrazić sobie Klary jako matki.
– Szykujesz mi niespodziankę? – zapytałem wieczorem.
– Niespodziankę? – uśmiechnęła się figlarnie. – Ukochany chce niespodziankę? Każde życzenie.
– Nie o tym mówię. W łazience znalazłem… Wiem, że jesteś w ciąży – powiedziałem i objąłem ją.
Odsunęła się.
– Ach, to. Nie zaprzątaj sobie głowy. Już wszystko zdecydowałam.
– Zdecydowałaś? Co masz na myśli? – zdziwiłem się.
– Paweł, nie zachowuj się jak chłopiec. Jakie dziecko teraz? Ślub tuż-tuż. Nie pójdę przecież do urzędu stanu cywilnego z brzuchem. A podróż wykupiona. Mam na miesiącu miodowym męczyć się z mdłościami? Nie ma mowy.
– Czyli ty…
– Tak, dobrze rozumiesz. Dziecka już nie ma – rzuciła wyzywająco.
Milczałem. Nie wierzyłem, że mogła to zrobić.
Od tamtej chwili między nami powstała rysa. Patrzyłem na Klarę inaczej i widziałem już chłodną, wyrachowaną kobietę, która w razie potrzeby przejdzie także po mnie.
Coraz częściej myślałem o nienarodzonym dziecku i wracała do mnie Anna. W mojej pierwszej rodzinie wszystko było inne. Zbliżający się ślub przestał cieszyć, a pewnego dnia zrozumiałem: rozwód był błędem. Życie z Klarą jeszcze większym.
W końcu, miesiąc przed ceremonią, spakowałem tę samą podróżną torbę i przy krzykach oraz przekleństwach Klary zatrzasnąłem za sobą drzwi.
Dzwoniłem jeszcze raz, ale w mieszkaniu panowała cisza. Wyjąłem klucze, które cały czas nosiłem w portfelu. Przekręciłem zamek, wszedłem do przedpokoju i odruchowo zapaliłem światło.
Pusto. We wszystkich pokojach. Nikogo. Jakby od dawna nikt tu nie mieszkał. Gdzie Anna? Gdzie dziewczynki? – myślałem, zaglądając do pustych szaf.
Wyszedłem na klatkę i zadzwoniłem naprzeciwko. Za drzwiami rozległy się powolne kroki.
– Kto tam? – zapytała niechętnie sąsiadka, pani Zofia, która mieszkała tu od lat i przyjaźniła się jeszcze z moją zmarłą babcią.
– Pani Zosiu, to ja, Paweł – powiedziałem drżącym głosem.
Drzwi otworzyły się szeroko. Starsza kobieta wytarła dłonie o fartuch i aż westchnęła.
– O Matko Boska! Pawełek? To ty? Wróciłeś?
– Ja, pani Zosiu. Wróciłem. Nie wie pani, gdzie są moi?
– Wejdź, nie stój na klatce – mruknęła, odsuwając się na bok. Wszedłem.
Siedziałem w jej starej kuchni i ponuro patrzyłem na blat.
– A czego się spodziewałeś, kiedy poleciałeś do młodej? Że żona będzie czekać? – pani Zofia nie zamierzała mnie oszczędzać.
– Nie, Pawełku. Anna wyjechała. Zabrała dzieci. Znalazła pracę w miasteczku w innym województwie. Ja opłacam mieszkanie, Anna regularnie przysyła mi pieniądze, tu wszystko jest w porządku.
Umilkła na chwilę, po czym dodała:
– Gdyby to ode mnie zależało, sama bym ci lanie sprawiła. Czego ci brakowało? Dzieci zostawiłeś, żonę zamieniłeś na… Panie, zmiłuj się. I po co wróciłeś? Z młodą nie wyszło?
– Nie wyszło, pani Zosiu – odpowiedziałem ponuro i wstałem. – Pójdę już. Przepraszam, że zawracałem głowę.
– Nigdzie nie pójdziesz! – krzyknęła ostro. – Siadaj! Jeszcze nie skończyłam. Nie daj Boże, żeby twoja babcia to zobaczyła. Wstyd i hańba.
Usiadłem, spuszczając głowę.
– Dam ci adres Anny i nowy numer telefonu – westchnęła. – Ale musisz wiedzieć jedno. Urodziła dziecko. Chłopca.
Zadrżałem.
– Co? Jakie dziecko?
– Takie właśnie, Paweł. Była w ciąży, kiedy uciekłeś. Dopiero się dowiedziała. A ty machnąłeś ogonem i poszedłeś do tamtej, więc nic ci nie powiedziała.
– I ja też bym nie powiedziała! Żyłaby po swojemu, ale teraz jest jej ciężko. Pensja niewielka, niani trzeba płacić, a Anna pracuje…
– Pieniędzy, które przelewasz dzieciom, nie rusza. Tylko na mieszkanie mi odsyła. Tak to wygląda, Pawełku. Teraz sam myśl, co zrobisz.
Złapałem się obiema rękami za głowę. Pani Zofia też zamilkła. Po chwili wstałem i zachrypniętym głosem powiedziałem:
– Dziękuję, pani Zosiu – i wyszedłem.
Wróciłem do siebie, przeszedłem do pokoju, który kiedyś był naszą sypialnią z Anną, i stanąłem przy oknie. Nad uśpionym miastem migotały setki świateł. Każde zdawało się patrzeć na mnie w milczeniu i wyrzucać mi winę.
Kiedy już zasypiałem, miałem w głowie tylko jedno:
Żeby tylko mi wybaczyła. Żeby potrafiła wybaczyć.
