— Nie możemy tego ciągle odkładać, Aniu! — Marek stukał palcami o blat, próbując ukryć narastające rozdrażnienie. — Albo sama pójdziesz do lekarza, albo ja cię zapiszę i zawiozę.
— Nie zaczynaj znowu — Anna przesunęła dłonią po splątanych włosach, zmęczona jeszcze przed rozpoczęciem kłótni. — Minęły dopiero trzy miesiące. Lekarz mówił, żeby poczekać pół roku, zanim zaczniemy się martwić.
— Trzy miesiące? — prychnął Marek. — Jesteśmy małżeństwem od dwóch lat. Dwóch! A wnuków nadal nie ma. Mama pyta o to codziennie.
Anna odwróciła się do szafki, udając, że czegoś w niej szuka. Temat dziecka zawsze kończył się tak samo: napięciem, pretensjami i ciszą, która bolała bardziej niż słowa. Sama pragnęła zostać matką, ale na razie bez skutku, a nacisk ze strony teściowej tylko dolewał oliwy do ognia.
— Skoro już mowa o twojej mamie — zmieniła temat. — Jutro przychodzą do nas na kolację. Trzeba zrobić zakupy.
— Już zrobiłem — burknął Marek, jakby tym jednym zdaniem chciał uspokoić i ją, i siebie. — Mama poprosiła o kaczkę z jabłkami, taką jak na święta. Tata podobno tęskni za twoim gotowaniem.
Anna uśmiechnęła się blado. Dobrze było usłyszeć, że chociaż ktoś docenia jej kuchnię, skoro Barbara w każdej innej sprawie widziała wyłącznie braki.
— A Kasia też będzie? — zapytała, mając na myśli młodszą siostrę Marka.
— Jasne. I tym razem nie sama — odpowiedział z odrobiną ożywienia. — Mama mówi, że pojawił się jakiś adorator. Poważny facet, lekarz.
Anna kiwnęła głową, czując ukłucie zazdrości, którego od razu się zawstydziła. Kasia miała dwadzieścia dwa lata i już trzeciego „poważnego” chłopaka w tym roku. Teściowa nieustannie stawiała ją za wzór: piękna, ambitna, zdolna, z przyszłością. A Anna, trzydziestoletnia, bez dzieci i bez osiągnięć, którymi można byłoby błysnąć przy rodzinnym stole.
— Aniu, przepraszam — Marek podszedł od tyłu i objął ją za ramiona. — Nie chciałem naciskać. Po prostu się martwię.
— Wiem — wsunęła dłoń w jego rękę. — Wszystko się ułoży. Jutro zrobię twoją ulubioną kaczkę i wszyscy będą zadowoleni.
Pocałował ją w policzek i poszedł oglądać mecz, a Anna została w kuchni, układając w głowie listę rzeczy do zrobienia: umyć porcelanowy serwis, wyprasować obrus, wypolerować sztućce, bo Barbara zauważy nawet najmniejsze niedopatrzenie. I jeszcze znaleźć sukienkę — elegancką, ale bez przesady. Anna wiedziała, że choćby starała się cały dzień, teściowa i tak znajdzie powód, by unieść brwi.
Następnego ranka obudziła się wcześniej niż zwykle. Marek jeszcze spał, więc ostrożnie wysunęła się z łóżka, żeby go nie zbudzić, i od razu zabrała się do przygotowań.
O trzeciej po południu mieszkanie lśniło czystością, kaczka powoli dochodziła w piekarniku, napełniając pokoje ciepłym zapachem, a stół wyglądał tak, jakby mieli podejmować wyjątkowo ważnych gości. Anna obejrzała się w lustrze: granatowa sukienka ze stójką wysmuklała sylwetkę, delikatny makijaż rozjaśniał twarz. Na palcu połyskiwała platynowa obrączka z maleńkim brylantem — rodzinna pamiątka.
— Wyglądasz pięknie — powiedział Marek, obejmując ją od tyłu. — Jak zawsze.
— Dziękuję — uśmiechnęła się, próbując opanować niepokój. — Mam nadzieję, że twojej mamie będzie smakować.
— Będzie — mrugnął do niej. — Twojej kaczce nikt się nie oprze.
Dzwonek rozległ się punktualnie o piątej. Barbara, jak zwykle, nie spóźniła się ani minuty.
— Moi kochani! — zawołała, wchodząc do mieszkania i całując syna w policzek. Annie przypadł tylko krótki, chłodny uścisk dłoni. — Jak ja się za wami stęskniłam!
Za nią wszedł Stanisław, ojciec Marka, wysoki, siwy mężczyzna o łagodnej twarzy. Przytulił synową i szepnął:
— Pachnie cudownie, Aniu. Aż człowiek robi się głodny od progu.
Anna posłała teściowi wdzięczny uśmiech.
— A gdzie Kasia? — spytał Marek, pomagając rodzicom zdjąć płaszcze.
— Dojedzie trochę później — odparła Barbara, rozglądając się po przedpokoju. — Z Tomaszem. Zatrzymali się w klinice.
— Tomasz to kto? — dopytała Anna.
— Jej narzeczony — oznajmiła teściowa z dumą. — Neurochirurg, bardzo obiecujący młody człowiek!
— Narzeczony? — zdziwił się Marek. — Mamo, nie mówiłaś, że oni już…
— Oficjalnie jeszcze nie — machnęła ręką Barbara. — Ale to tylko kwestia czasu. Tomasz już dawał do zrozumienia, że myśli o oświadczynach.
Anna złapała spojrzenie Stanisława. Teść lekko przewrócił oczami, jakby chciał powiedzieć, że jego żona znów zamienia własne życzenia w fakty.
— Proszę, przejdźcie do salonu — powiedziała Anna. — Ja dokończę nakrywanie. Marku, pomożesz mi?
W kuchni wypuściła powietrze i zaczęła rozkładać przystawki na półmiskach. Marek w tym czasie otwierał butelkę wina.
— Nie przejmuj się mamą — powiedział. — Ona zawsze przesadza, kiedy chodzi o Kasię.
— Wiem — odpowiedziała z wymuszonym uśmiechem. — Pomóż mi z sałatkami.
Po pół godzinie pojawiła się Kasia, jasnowłosa, modnie ostrzyżona, z idealnym manicure. Obok niej stał wysoki ciemnowłosy mężczyzna około trzydziestki piątki, ubrany w elegancki garnitur.
— Cześć wszystkim! — zawołała, obejmując brata. — Poznajcie Tomasza.
— Miło mi — Tomasz uścisnął dłoń Marka i skinął Annie głową. — Dziękuję za zaproszenie.
— To u nas tradycja — odparła Anna. — Rodzinna kolacja raz w miesiącu.
— Bardzo dobra tradycja — powiedział z uznaniem Tomasz. — Rodzina jest najważniejsza.
Barbara aż promieniała, patrząc na córkę i jej towarzysza.
— Widzisz, Marku, Kasieńka jest młodsza, a już znalazła porządnego mężczyznę. Tomasz kieruje oddziałem neurochirurgii.
— Mamo — Kasia przewróciła oczami — my się po prostu spotykamy. Nie zawstydzaj Tomasza.
— Oj tam, oj tam — Barbara poklepała córkę po dłoni. — Ja widzę, jak na siebie patrzycie. A Anna i Marek dwa lata po ślubie, a tu ani własnego gniazdka z dzieckiem, ani kołyski.
— Mamo! — przerwał jej Marek. — Już o tym rozmawialiśmy.
— A cóż ja takiego powiedziałam? — Barbara przybrała niewinną minę. — Stwierdzam tylko fakt.
Przy stole rozmowa płynęła od wiadomości, przez politykę, po rodzinne sprawy. Kaczka z jabłkami wyszła znakomicie, nawet Barbara pochwaliła danie. Anna pozwoliła sobie odrobinę odetchnąć, ale spokój okazał się tylko krótką przerwą przed czymś znacznie gorszym.
Kiedy na stole pojawił się domowy sernik, Kasia nagle złapała się za palec.
— Co się stało? — zaniepokoił się Tomasz.
— Pierścionek mnie uwiera — poskarżyła się, zdejmując cienką złotą obrączkę z drobnym kamykiem. — Chyba palec spuchł od ciepła.
— Pokaż — Barbara natychmiast wzięła ozdobę i obróciła ją w palcach. — Przecież to tania błyskotka! Kasiu, zasługujesz na coś lepszego.
— Mamo, to prezent — Kasia próbowała odebrać pierścionek, lecz teściowa nie zamierzała odpuścić.
— Od kogo? — zapytała ostro.
— Od kolegi — odpowiedziała niechętnie Kasia. — Na urodziny.
— Od Pawła? — Barbara zmrużyła oczy. — Wiedziałam! Nadal utrzymujesz kontakt z tym chłopakiem?
— Mamo! — oburzyła się Kasia. — On nie jest żadnym podejrzanym chłystkiem, tylko dobrym przyjacielem.
Teściowa prychnęła i zwróciła się do Tomasza:
— Proszę się nie przejmować, Tomaszu. Kasia miała kiedyś niezbyt udaną znajomość, ale szybko zrozumiała, że to nie jest ktoś dla niej.
Anna zauważyła, jak Tomasz zesztywniał, jakby wcześniej nie słyszał o żadnym „dobrym przyjacielu”. Barbara też to dostrzegła i najwyraźniej postanowiła naprawić sytuację po swojemu.
— Anna przynajmniej nie nosi byle czego — stwierdziła, wskazując na rękę synowej. — Ma porządną obrączkę, taką, jaka przystoi mężatce.
Anna odruchowo przykryła prawą dłoń lewą, jakby chciała ochronić pierścionek. Nie podobało jej się, dokąd zmierza ta rozmowa.
— Marek tak się starał, kiedy ją wybierał — ciągnęła Barbara z nostalgicznym westchnieniem. — Pamiętam, jak radził się nas, oglądał katalogi…
— Właściwie to prezent od moich rodziców — poprawiła cicho Anna. — Rodzinna pamiątka.
W salonie zapadła niezręczna cisza. Usta Barbary zacisnęły się w wąską linię.
— Naprawdę? — odezwała się w końcu. — Byłam pewna, że kupił ją Marek.
— Anna ma rację, mamo — wtrącił Marek. — To prezent od jej rodziców. Chcieli, żeby nosiła właśnie tę obrączkę.
— Cóż, uroczo — odparła Barbara tonem, który wcale nie brzmiał uroczo. — W naszej rodzinie też są tradycje. Ja na przykład nosiłam obrączkę po mojej teściowej i zamierzałam przekazać ją żonie Marka.
— Pierwsze słyszę — mruknął Stanisław, ale żona udała, że go nie usłyszała.
— A Kasi bardzo przydałaby się teraz ładna obrączka — kontynuowała Barbara, przenosząc wzrok z córki na Annę. — Zwłaszcza kiedy jest w tak „poważnej” relacji.
Anna znieruchomiała, bo w jednej chwili zrozumiała, do czego teściowa zmierza.
— Chce pani, żebym oddała Kasi swoją obrączkę? — zapytała prosto.
— Od razu oddała? — Barbara udała urażenie. — Po prostu pożyczyła na jakiś czas. W końcu może dojść do zaręczyn, a ona powinna wyglądać godnie. Ty już jesteś mężatką, nie musisz codziennie nosić tak drogiej rzeczy.
Nad stołem zawisło ciężkie milczenie. Anna spojrzała na Marka, czekając, że choć tym razem stanie po jej stronie. On jednak siedział ze wzrokiem wbitym w kieliszek, jakby bał się poruszyć.
— Mamo, wystarczy — odezwała się w końcu Kasia. — Nie potrzebuję cudzego pierścionka.
— Nie cudzego, tylko rodzinnego — ucięła Barbara. — Zdejmij obrączkę, mojej córce bardziej się przyda. Widzisz przecież, jakiego ma narzeczonego!
Wszyscy poczerwienieli: Anna z gniewu, Kasia ze wstydu, Tomasz z zażenowania. Barbara pozostała niewzruszona, jakby nie rozumiała, że właśnie przekroczyła granicę, której nie wolno było dotykać.
Anna powoli wstała.
— Przepraszam, muszę sprawdzić deser — powiedziała drżącym głosem i wyszła do kuchni.
Oparła się o lodówkę, próbując uspokoić drżenie dłoni. Przez sześć lat związku z Markiem zdążyła przywyknąć do zachowania jego matki, ale ten wieczór przebił wszystko. Żądać rodzinnej pamiątki, prezentu od rodziców, dla dziewczyny, która być może wcale nie planowała wiązać życia z Tomaszem? To było już poza wszelkimi granicami.
Drzwi kuchni uchyliły się i wszedł Stanisław.
— Przepraszam za nią, Aniu — powiedział cicho. — Barbara zawsze była… trudna. Szczególnie gdy chodzi o córkę.
— To już nie jest trudny charakter, panie Stanisławie — Anna pokręciła głową. — To brak szacunku do mnie, do moich rodziców i do mojego małżeństwa.
— Wiem — teść rozłożył bezradnie ręce. — Porozmawiam z nią. Tylko nie bierz tego tak bardzo do siebie.
Anna skinęła lekko głową, choć doskonale wiedziała, że takie rozmowy niczego nie zmienią. Wyjęła deser i zaczęła nakładać porcje do pucharków.
Wtedy do kuchni wszedł Marek.
— Aniu, jak się trzymasz? — spytał, unikając jej wzroku.
— Jak myślisz? — odpowiedziała cicho. — Twoja matka właśnie zażądała, żebym oddała moją ślubną obrączkę twojej siostrze, a ty milczałeś.
— Wiem — potarł kark. — Po prostu sama rozumiesz, jaka ona jest. Czasem lepiej puścić takie rzeczy mimo uszu.
— Puścić mimo uszu? — Anna spojrzała na niego z niedowierzaniem. — To nie była przypadkowa uwaga. To było żądanie, żebym oddała coś, co jest dla mnie ważne. A ty proponujesz, żebym udawała, że nic się nie stało?
— Nie, oczywiście, że nie — podszedł bliżej, próbując ją objąć, lecz odsunęła się. — Nie chcę skandalu. Dokończmy ten wieczór, a potem poważnie z nią porozmawiam.
— Tak jak ostatnim razem? I przedostatnim? — Anna uśmiechnęła się gorzko. — Za każdym razem obiecujesz rozmowę, a nic się nie zmienia.
Postawiła pucharki na tacy.
— Wiesz co? Zanieś deser sam. Ja się położę. Pęka mi głowa.
Wyszła z kuchni, starając się iść prosto. Weszła do salonu i skinęła gościom.
— Przepraszam, źle się poczułam. Marek przyniesie deser. Smacznego.
Potem zamknęła się w sypialni, dokładnie domykając za sobą drzwi.
Po godzinie usłyszała, jak goście się żegnają. Pożegnanie było sztywne i pełne napięcia. Gdy drzwi wejściowe wreszcie się zamknęły, w mieszkaniu zapadła cisza.
Marek ostrożnie zapukał do sypialni.
— Aniu, mogę wejść?
Nie odpowiedziała. Uchylił drzwi i zajrzał do środka. Anna siedziała na brzegu łóżka, patrząc przez okno.
— Poszli? — zapytała, nie odwracając głowy.
— Tak — Marek usiadł obok niej. — Kasia przeprosiła za mamę. Tomasz też. Było im bardzo niezręcznie.
— A tobie? — Anna odwróciła się do niego. — Tobie było niezręcznie?
Marek powoli wstał, podszedł do okna i spojrzał na migoczące światła miasta. Dopiero wtedy dotarło do niego, że nie da się wiecznie stać w cieniu cudzych oczekiwań. Musiał wreszcie wybrać: matczyne żądania albo własne małżeństwo, cudzy głos albo własne szczęście.
