Elżbieta patrzyła w szybę podmiejskiego pociągu i myślała o mamie. Spędziła u niej trzy dni: podawała rosół, pilnowała tabletek, zmieniała pościel i przykładała chłodne okłady. Gorączka odpuściła dopiero wczoraj wieczorem.
— Zostań jeszcze chociaż do jutra — prosiła matka rano, siedząc przy kuchennym stole w starym swetrze.
— Andrzej jest sam w domu, mamo. Pewnie znowu je byle co i popija herbatą.
Teraz, kołysząc się w wagonie, Elżbieta żałowała, że nie uległa. Ale Andrzej dzwonił codziennie. Pytał, jak mama się czuje, wzdychał, że w lodówce prawie pusto, że nie umie znaleźć nic porządnego do jedzenia. Miał dziwny głos. Zmęczony. Jakby przygaszony.
— Tęsknię — mruknął poprzedniej nocy do słuchawki.
Wtedy się uśmiechnęła. Trzydzieści lat małżeństwa, a on wciąż za nią tęskni. Pomyślała, że miała szczęście. Trafił jej się dobry człowiek.
Pociąg lekko szarpał na zakrętach. Kobieta naprzeciwko chrupała pestki słonecznika i przewracała kartki romansu. Na okładce smukła blondynka tuliła się do ciemnowłosego mężczyzny w eleganckim garniturze. Elżbieta zerknęła mimochodem na własne odbicie w szybie. Zmarszczki przy oczach, siwe odrosty, ciężkie powieki. Kiedy zdążyła się tak postarzeć?
— Do męża pani jedzie? — zagadnęła współpasażerka.
— Tak. Do domu.
— A ja do kochanka — zachichotała tamta. — Mój myśli, że nocuję u koleżanki.
Elżbieta poczuła, jak oblewa ją rumieniec, i odwróciła głowę do okna. Jak można mówić o czymś takim tak lekko, jak o zakupach?
Telefon zadrżał jej w dłoni.
„Jak tam? Kiedy wracasz?” — napisał Andrzej.
Spojrzała na godzinę. Do mieszkania zostały jeszcze jakieś trzy godziny. Już miała odpisać prawdę, ale zawahała się. Niech będzie niespodzianka. Wejdzie, rozpakowuje zakupy, ugotuje kolację. Ucieszy się.
„Jutro rano. Ja też tęsknię” — wystukała.
Andrzej natychmiast odesłał serduszko.
Za oknem migały ogródki działkowe, małe stacje i ciemniejące pola. Elżbieta wyjęła z torby termos z herbatą. Mama koniecznie kazała jej go zabrać, a do tego wcisnęła kilka kanapek zawiniętych w papier śniadaniowy. Zawsze ją dokarmiała, jakby Elżbieta nie była dorosłą kobietą, tylko uczennicą z tornistrem.
— Całkiem schudłaś, córciu. Ten twój Andrzej chyba nie pilnuje, żebyś jadła porządnie.
— Mamo, ja mam już pięćdziesiąt pięć lat.
— I co z tego? Dla mnie zawsze będziesz dzieckiem.
Elżbieta gryzła kanapkę z szynką konserwową i myślała o matce. Mieszkała sama w tym samym bloku z wielkiej płyty, w którym Elżbieta dorastała. Ojciec zmarł sześć lat temu. Od tamtej pory matka uparcie odmawiała przeprowadzki do córki.
— Wy i tak macie swoje życie — machała ręką za każdym razem. — Nie będę wam się plątać pod nogami jak stara torba.
A komu by przeszkadzała? Elżbieta przez całe życie robiła przecież głównie jedno: opiekowała się innymi. Najpierw rodzicami, potem Andrzejem, potem dziećmi. Pracowała w przedszkolu jako wychowawczyni, ale gdy urodził się Paweł, została na urlopie. Później pojawiła się Marta. I tak już została w domu.
— Po co ci praca? — mówił Andrzej. — Zarabiam wystarczająco. Zajmij się domem, będzie nam wszystkim lżej.
Zajęła się. Przez trzydzieści lat. Gotowała, prała, sprzątała. Woziła dzieci na angielski, basen i zajęcia plastyczne. Prasowała Andrzejowi koszule, przyszywała guziki, pamiętała, które skarpetki lubi najbardziej.
Dzieci dorosły i poszły w świat. Paweł osiadł we Wrocławiu, ożenił się. Marta miała męża i małą córeczkę. Elżbieta została babcią.
I co dalej?
Pociąg zwalniał. Elżbieta zebrała torbę, pożegnała się z gadatliwą kobietą i wysiadła na zatłoczonym peronie. Przy przystanku stał tłum, ludzie przepychali się do autobusu. Do domu czekało ją jeszcze czterdzieści minut jazdy.
Siedziała przy oknie i wyobrażała sobie minę Andrzeja. On jest pewny, że zobaczy ją dopiero rano, a ona stanie w drzwiach jeszcze dziś. Po drodze wstąpi do Biedronki, kupi mięso, ziemniaki, coś na sałatkę. Zrobi ciepłą kolację, nakryje do stołu, może nawet zapali małą lampkę w kuchni.
W sklepie wzięła tyle, że ledwie mieściło się w dwóch siatkach. Kasjerka uśmiechnęła się, przesuwając produkty.
— Goście się pani szykują?
— Nie, po prostu chcę sprawić mężowi przyjemność.
Torby okazały się cięższe, niż myślała. Do klatki doszła z obolałymi palcami. W windzie długo łapała oddech, a potem jeszcze przez chwilę grzebała w torebce, bo klucze jak na złość zniknęły pod chusteczkami, portfelem i termosem.
Wreszcie przekręciła zamek.
— Andrzej, to ja! — zawołała od progu. — Wróciłam!
Odpowiedziała jej cisza. Pewnie śpi, pomyślała. Było późno, prawie jedenasta.
Postawiła siatki przy ścianie i zdjęła płaszcz. W mieszkaniu paliło się światło. Dziwne. Andrzej zawsze zasypiał po ciemku, narzekając, że nawet mała lampka męczy mu oczy.
Ruszyła do szafy, żeby powiesić płaszcz, i wtedy znieruchomiała. Przy wejściu stały buty. Damskie. Czerwone, na wysokiej szpilce. Lśniące, drogie, zupełnie nie jej.
— Andrzej? — odezwała się ciszej.
Serce zaczęło walić jej tak mocno, że aż zaszumiało w uszach. Może to buty Marty? Córka miała zapasowe klucze. Tylko dlaczego nie uprzedziła?
