Wróciła do punktu wyjścia jak do pękniętego koryta — przez lata wierzyła, że uroda i duma uratują ją przed wszystkim, aż straciła kochanka, sklepy i własną duszę

Wróciła do punktu wyjścia jak do pękniętego koryta

Wpis z dziennika, 12 marca 1985 roku.

Od najmłodszych lat Emilia doskonale wiedziała, że jest ładna. Właściwie nie musiała nawet sama tego odkrywać — powtarzano jej to przy każdej możliwej okazji.

— Nasza córka to prawdziwa ślicznotka, taka dziewczyna od razu wyróżnia się z tłumu — zachwycała się jej matka przed sąsiadkami, koleżankami z pracy i każdą osobą, która chciała słuchać. I trudno było zaprzeczyć. Choć stara pani Wiśniewska z mieszkania obok czasem tylko kręciła głową i mruczała pod nosem: — Wszystkie dzieci są piękne. Dopiero dorastanie pokazuje, co z tego zostanie. Nie zawsze odbiera urodę, ale często odbiera rozum.

W liceum Emilia wyrosła na wysoką, efektowną dziewczynę, za którą chłopcy oglądali się na korytarzach. Była przy tym wyniosła, rozpieszczona i coraz bardziej przekonana, że świat powinien sam układać się pod jej stopy. Po maturze nie dostała się na studia, więc zapisała się do policealnego studium handlowego, żeby zdobyć dyplom z zarządzania sprzedażą.

— Córeczko, po co ci ta gonitwa po sklepach? — namawiała ją matka. — Przyjdź do mnie do laboratorium w zakładzie. Praca lekka, niczego ciężkiego dźwigać nie trzeba, nie to co stanie za ladą przez cały dzień.

Tak Emilia została laborantką.

Wtedy była już jeszcze piękniejsza i jeszcze pewniejsza swojej wartości. Wkrótce zakochała się w Jakubie, inżynierze z sąsiedniego działu. Wszystko potoczyło się błyskawicznie: spojrzenia na korytarzu, kilka spacerów po pracy, parę pocałunków pod blokiem i oświadczyny, które bardziej przypominały żart niż poważną rozmowę.

— Wyjdź za mnie, zanim ktoś mi cię sprzątnie sprzed nosa — powiedział Jakub z uśmiechem.

Emilia się zgodziła.

Ślub mieli skromny, jak wielu ludzi w tamtych czasach. Przyjęcie urządzono w zakładowej stołówce, między długimi stołami, półmiskami z sałatką jarzynową i ludźmi, którzy składali życzenia głośno, serdecznie, bez wielkiej elegancji, ale z prawdziwą życzliwością. Niedługo później Emilia dowiedziała się, że jest w ciąży. Jakub oszalał ze szczęścia. Ich córka, Zosia, była niemal kopią matki i wszyscy od razu zaczęli ją rozpieszczać.

Macierzyństwo zmieniło Emilię, choć nie odebrało jej urody. Zmieniło w niej coś znacznie głębszego. Stała się chłodna, drażliwa i coraz częściej traktowała Jakuba jak kogoś od posług. To on odprowadzał Zosię do przedszkola, później do szkoły, czytał jej na dobranoc, gotował, prał i sprzątał. Emilia zostawała po godzinach, choć Jakub dobrze wiedział, że w laboratorium nikt tyle nie siedział. Milczał, znosił jej ostre słowa i robił wszystko, żeby córka nie słyszała ich kłótni.

— Kuba, widzieliśmy twoją żonę w restauracji z dyrektorem — szeptali czasem koledzy z pracy.

Jakub tylko odwracał wzrok.

Emilia związała się z Antonim Wierzbickim, wysoko postawionym urzędnikiem, który obsypywał ją biżuterią, drogimi perfumami i ubraniami z Pewexu. Jakub stał się cieniem we własnym mieszkaniu. Gotował, sprzątał, milczał. Nie chciał rozwodu. Nie przez dumę, nie przez miłość, lecz przez Zosię.

Potem przyszły kłopoty. Pozycja Antoniego zaczęła się sypać: kontrole, przesłuchania, zatrzymania ludzi z jego otoczenia. Emilię również wezwano na wyjaśnienia. Wypuszczono ją z braku dowodów, ale opinia o niej była już zniszczona. Wróciła do domu z pustymi oczami, jakby przed chwilą przeszła przez brudną, cuchnącą wodę. Oszczędności zniknęły, bo Jakub sprzedał połowę rzeczy z mieszkania, żeby opłacić adwokata. Z zakładu ją wyrzucono. Jakub został, bo była Zosia, choć od tamtej pory żyli obok siebie jak obcy ludzie.

Raz prawie odszedł. Emilia, z połamanym honorem i strachem w oczach, chwyciła go wtedy za rękę.

— Nie odchodź. Zmienię się. Przysięgam, że wszystko naprawię.

Został, ale nie potrafił już jej dotknąć.

— Spałaś z nimi — mówił cicho, gdy próbowała udawać, że nic się nie stało.

— Dla tej rodziny — odcinała się ostro.

Później zdradziła go znowu. Tym razem z młodym pomocnikiem, Kamilem. Wzięła pożyczki, zacisnęła zęby i zaczęła budować życie od nowa: najpierw małe stoisko z pamiątkami niedaleko krakowskiego Rynku, potem prawdziwy sklep, w końcu drugi.

— Kuba, odbierz mnie z Okęcia, lecę do Turcji po towar — rzucała rozkazującym tonem. — Albo rzuć wreszcie tę swoją martwą robotę i pomóż mi w sklepie.

— Ja się do handlu nie nadaję — mruczał.

— Potrzebuję męskiej siły.

— Męskiej siły szuka teraz pół miasta. Zatrudnij kogoś — odpowiadał obojętnie.

Kamil szybko stał się kimś więcej niż tylko pomocnikiem. Jakub wiedział, ale niewiele mówił. Emilia za to zawsze miała gotową odpowiedź.

— Gdybyś poświęcał mi uwagę, nie musiałabym szukać jej gdzie indziej.

— Brzydzę się tobą — mówił Jakub bez podnoszenia głosu.

Mijały lata. Zosia wyszła za mąż i przeprowadziła się do Gdańska. Przyszedł sylwester: Emilia poleciała do Chin, Jakub wyjechał z kolegami na Mazury. Kiedy wróciła, przez chwilę patrzył na nią tak, jakby nie poznawał własnej żony.

— Boże, Emilka… co ty ze sobą zrobiłaś? Wyglądasz, jakbyś znów miała dwadzieścia lat. Ani zmarszczek, ani brzucha, szczupła, promienna…

— Kosztowało mnie to wszystko, co miałam — zaśmiała się, potrząsając pustym portfelem. — Chińskie zabiegi, akupunktura, masaże. Ale było warto.

Nie potrafiła przestać. Jej ciało znów stawało się dla niej bożkiem, któremu składała każdą zarobioną złotówkę. Tyle że zyski w sklepach malały, rachunki rosły, a potem Jakub dostał zawału. Wrócił ze szpitala wychudzony, blady, jakby postarzał się w jedną noc o całe dziesięciolecie.

— Chryste, czy ja też tak mogłabym wyglądać? — szepnęła Emilia, patrząc w lustro bardziej na siebie niż na niego.

— Zostań dziś trochę przy mnie — poprosił.

— Nie mam czasu. Pieniądze same się nie zarobią.

Wtedy uderzył Kamil. Podsunął jej dokumenty.

— Podpisz tutaj. To tylko formalności, żeby łatwiej prowadzić sprawy sklepu.

Emilia podpisała bez czytania. Kartka po kartce. Tam, gdzie wskazywał palcem.

Prawniczka długo przeglądała papiery, a potem westchnęła.

— Pani Kaczmarek, to jest nie do ruszenia. Pani podpis znajduje się na każdej stronie.

Pokonana wróciła do mieszkania. Jakub siedział przy stole, zgarbiony, słaby, z dłońmi splecionymi jak do modlitwy.

— Nie mamy już nic — wyszeptał.

— Zostaje mieszkanie — powiedziała Emilia. — Sprzedamy je. Kupimy coś tańszego.

— I co dalej?

— Dostaniesz komputer. Będziesz żył wirtualnie — parsknęła śmiechem, jakby jeszcze potrafiła żartować.

Emilia była pewna, że znów się podniesie. Jak zawsze. Jak feniks z popiołów.

Tylko że uroda przemija, pycha oślepia, a najgorsze bankructwo nie dotyczy portfela. Najgorsze jest wtedy, gdy człowiek traci własną duszę.