Tomek od razu wiedział, że czeka go niezła burza — i wcale nie ze strony miejscowego zgrywusa, Janka Dębskiego, tylko od własnej mamy.
Wracał do domu, gwiżdżąc pod nosem, ale w brzuchu miał taki ścisk, jakby ktoś zawiązał mu w środku supeł. Tym razem naprawdę był ugotowany.
Ciotka Róża, najlepsza przyjaciółka mamy, widziała go z papierosem. Mógłby jeszcze próbować kłamać, że ktoś mu go wcisnął do ręki, ale nie — Róża widziała, jak zaciąga się dymem jak stary komin. Co miał teraz powiedzieć mamie? Że ktoś wpakował mu papierosa do ust i trzymał mu palce przy twarzy?
Tomek nie dał po sobie poznać, że zauważył ciotkę Różę, a trzeba było przyznać, że ona też nie zrobiła mu awantury ani nie strzeliła go przez łeb. Tylko spojrzała na niego długo, znacząco, po czym poszła dalej swoją drogą. Tomek nie był jednak głupi — wiedział, że już go sprzedała. Mama będzie czekała z drewnianą łyżką, nie ma co do tego wątpliwości. Obszedł już osiedle dwa razy, gdy nagle zobaczył babcię.
O, ciężka artyleria. To było podłe, nawet jak na nią. Zaraz pewnie zacznie jęczeć, że wychowała pół powiatu jako szanowana nauczycielka, a własny wnuk rozrabia jak ostatni urwis. Jak bardzo się jej wstyd, jak dziadek przewraca się w grobie i jak wszyscy przodkowie razem z nim.
Kiedy był mały, Tomek naprawdę się tego bał. Wydawało mu się, że ziemia porusza się pod stopami, bo zmarli obracają się w niej z niepokoju. Ale pewnego dnia zaskoczyło. Następnym razem, gdy babcia zaczęła mówić o niespokojnych duszach, Tomek wypalił: „Dobrze, że się ruszają, babciu. Przynajmniej nie dostaną odleżyn, jak pani Nowak z naszej ulicy”.
Babcia złapała się za serce. Mama prawie popuściła ze śmiechu. O to, żeby go trzepnąć, już nie zadbała — babcia wyrównała rachunki, machając w nią ścierką do naczyń.
Teraz babcia pospiesznie ruszyła w jego stronę, rozglądając się tak, jakby to ona sama została przyłapana na paleniu.
— Co ty tu robisz? Czemu nie jesteś w domu? — warknęła.
— Ja… jeszcze nie byłem.
— Jeszcze nie byłeś? A gdzieś ty się włóczył cały ten czas?
— Szkoła, potem trening piłki, a potem po prostu chodziłem.
— Tak? — Tomek pomyślał: no i zaczyna się. Za chwilę każe mu dmuchać, żeby sprawdzić, czy czuć od niego dym. — A to co? Masz czerwone ręce! Gdzie są rękawiczki?
— Zostawiłem w domu.
— W domu? I twoja matka niczego nie zauważyła? Pokaż mi kostki.
Podwinęła mu nogawkę spodni i aż sapnęła.
— A to co?!
— Co? — Tomek spanikował.
— Czemu masz czerwone kostki? Gdzie masz kalesony? I szalik?
Tomek poczuł, jak pali go wstyd. A jeszcze gorzej było to, że w zaułku, niedaleko, czaił się Janek Dębski, a jego jaskrawoczerwona czapka podskakiwała nad murem. No pięknie. Dzięki, babciu. Czy ona postradała zmysły? Zawsze była bystra jak brzytwa, a tu nagle…
— Babciu, ile to jest pięć razy pięć?
— Dwadzieścia pięć — odpowiedziała, wyraźnie zbita z tropu.
— A ile wynosi kwadrat przeciwprostokątnej?
— Suma kwadratów dwóch pozostałych boków, Tomaszu? Ty nie masz odrobionych lekcji? Nawet nie sprawdziłaś? Ja tego nie zostawię, popatrz tylko, w jakim on jest stanie!
Tomek aż mrugnął. Co, babcia była po jego stronie? Może jednak uniknął maminych morałów? Czy on przypadkiem nie wpadł do jakiegoś dziwnego świata na opak?
— Babciu, po której stronie jest mi blizna po wyrostku?
— Przecież nigdy ci go nie wycinano.
— No właśnie. To na pewno babcia.
Pociągnęła go do domu, mrucząc coś pod nosem. W środku pachniało pieczenią, mama była wystrojona w najlepszą sukienkę, miała upięte loki, nowe kolczyki — i obcasy? Od kiedy mama chodzi po domu w obcasach?
— Tomku, kochanie — przytuliła go. — Umyj ręce, obiad zaraz będzie gotowy. Mamo, zostajesz?
— Co ten chłopiec robi po ulicach? Nie chce wracać do domu, co? Brawo, brawo. Wymieniać własne dziecko na — gdzie on ma rękawiczki? Kalesony? Przecież marznie! Ale co tam, ciebie to nie obchodzi…
— Mamo. Przestań. Jesz z nami czy nie?
— Nie! Ja już kończę tę farsę. Tomaszu, pakuj się. Jedziesz ze mną.
— Co? Nie!
Sama myśl o babcinych narzekaniach przez następne dziesięć lat sprawiła, że aż go przeszedł dreszcz.
— Zostaje tutaj — powiedziała mama twardo.
— Tutaj? Wszystko wyrzuciłaś przez okno…
— Mamo, jeśli nie przestaniesz, to ja… ja będę musiała…
— Co? Wyrzucić własną matkę?
— Tak!
— Niewdzięczna!
Mama nie pozwoliła jej dokończyć. Chwyciła babcię za ramię i niemal siłą poprowadziła ją na górę, trzasnęła drzwiami. Babcia piszczała, że zadzwoni po policję i że Tomek ma natychmiast wyjść.
Mama wciągnęła go do pokoju dziennego, gdzie na kanapie siedział jakiś obcy mężczyzna, spięty jak struna.
— Tomku, nie ma sensu dłużej kłamać. To jest twój ojciec.
Na zewnątrz babcia dalej wyła. Mama stała jak skamieniała. Mężczyzna podniósł się — wysoki, chudy, z tymi samymi oczami co Tomek. Wyciągnął drżącą dłoń.
— Cześć, synu.
Tomek odskoczył jak oparzony.
— Ale… przecież mówiłaś, że on nie żyje.
— Aniu… — mężczyzna, jego ojciec, wyglądał tak, jakby właśnie dostał cios w żołądek.
— To nie ja, Witek. To ona — mama spojrzała w stronę drzwi. — Powiedziała, że będzie mu łatwiej myśleć, że cię nie ma, niż wiedzieć, że…
Rozległo się głośne pukanie.
— Policja! Otwierać!
— Aniu, może powinienem już iść…
— Nie. Koniec ukrywania się. Tomku, wszystko wyjaśnimy. Tylko się nie bój.
Mama otworzyła drzwi. Wpadła babcia, za nią policjant i wścibska pani Kwiatkowska z sąsiedztwa.
— Co tu się dzieje? Otrzymaliśmy zgłoszenie o awanturze.
— Nic się nie dzieje. Mój mąż wrócił z północy. To jego syn.
— To kryminalista! Zbieg z więzienia! Aresztować go! Tomku, chodź tutaj!
— Babciu, dość.
Policjant sprawdził dokumenty ojca.
— Brak notowań?
— Żadnych. Pracowałem na północy od czasu, kiedy skończyłem szkołę.
— Przepraszam pana.
— Aresztować go! On zniszczył życie mojej córce!
— Mamo, przestań.
Mama zamknęła drzwi.
Ojciec? Jedenaście lat bez ojca — i nagle teraz? Babcia od zawsze mówiła, że był pijakiem i złodziejem, że zginął w bójce. To była hańba, o której nikt nie miał mówić głośno.
Ale to wszystko były kłamstwa.
Mama zobaczyła, co się święci. Tomek chwycił kurtkę i uciekł.
Biegł, aż płuca paliły go żywym ogniem, a łzy zamazywały mu obraz. Komu mógł teraz zaufać?
— Ej, mały! — zawołał Janek Dębski. Tomek nie zwrócił uwagi.
— Stój! Kto cię goni?
Janek złapał go za ramię.
— Nikt. Odwal się.
— Na dworze zimno jak w psiarni. Złapiesz śmierć. Ja w zeszłym roku leżałem w szpitalu — i wiesz co? Jedzenie było tam najlepsze, jakie jadłem. Ale ty? Ty jesteś mięczak. Chodź, u mnie niedaleko.
Tomek się zawahał.
— Mama jest na dyżurze na kolei. Zostaję sam.
Mieszkanie było zniszczone, ale czyste. W pokoju Janka wisiały plakaty zespołów — The Clash, Queen, Bowie. Przy łóżku opierała się gitara.
— Herbaty chcesz?
Tomek skinął głową. W brzuchu aż mu zaburczało.
— Głodny? To może fasolka na grzance?
Janek gotował, podśpiewując pod nosem. Tomek nigdy w życiu nie jadł niczego tak dobrego.
Później, przy herbacie, Janek zaczął brzdąkać na gitarze.
— Ty jesteś naprawdę dobry — powiedział Tomek z podziwem.
— Dzięki. To Bowie. A to Queen. Legendy.
Tomek znał właściwie tylko The Clash. Janek grał, a Tomek śpiewał razem z nim, wybuchając śmiechem, kiedy coś mu się pomyliło.
— Lepiej wracaj do domu. Zaraz będziesz miał gliny na karku.
Uśmiech Tomka zgasł.
Janek wysłuchał wszystkiego, co z niego wypadło.
— Nie wygłupiaj się. Ojciec jest świetny. Mój też zniknął — mama mówi, że został astronautą.
— Naprawdę?
— Nie. Ale ma z siebie ubaw. Wychowała mnie sama. Bez rodziny. A i tak jest super. Załatw to, dobra? Dorośli też robią błędy.
Tomek przytulił go mocno.
Janek miał rację.
Odnaleźli go wszyscy. Mama, babcia, ojciec — i wszystko zostało wyjaśnione. Babcia nie akceptowała ojca, napisała do niego list, udając, że mama wyszła za kogoś innego. Ojciec uwierzył.
— Dlaczego? — zapytał Tomek babcię.
— Chciałam szczęścia dla was obojga.
— A dla niego?
Babcia rozpłakała się.
— Wybacz mi.
Na urodziny Tomka przyszedł Janek. Przyniósł plakat The Clash, a mama pozwoliła mu go powiesić.
Tomek wszystkim wybaczył.
— Dorośli mają głupie pomysły — powiedział kiedyś Janek.
Babcia wzięła Janka pod swoje skrzydła — karmiła go i pomagała z matematyką.
Po latach nadal spotykają się nad morzem, grają na gitarach i jedzą fasolkę na grzance jak królowie.
A ojciec? Tomek go kocha. Ma już przyrodnie rodzeństwo, wszyscy się dogadują. Ale z Tomkiem łączy go coś, czego nie da się złamać. Więź, której nie mogło dotknąć żadne kłamstwo.