– Na co ty liczyłeś, kiedy odszedłeś do młodej kochanki? Naprawdę myślałeś, że żona będzie czekała, aż łaskawie wrócisz?

Tymi słowami sąsiadka zawstydziła mnie tak, że nie potrafiłem podnieść wzroku. I choć chciałem jej odpowiedzieć, w gardle miałem tylko suchą, ciężką pustkę.

Stałem przed drzwiami własnego mieszkania i przez długą chwilę nie mogłem zmusić się, żeby nacisnąć dzwonek. Nazywam się Krzysztof. Przez rok mieszkałem z inną kobietą, ale przez cały ten czas ani razu nie udało mi się zapomnieć zapachu mojego domu. Tego ciepła, które przez wiele lat wypełniało każdy kąt tych ścian.

W końcu zebrałem w sobie odrobinę odwagi. Dotknąłem palcem starego przycisku. Za drzwiami rozległ się znajomy, lekko chrapliwy dźwięk dzwonka. Serce zaczęło mi walić tak mocno, jakbym właśnie wbiegł na ostatnie piętro bez zatrzymywania się.

Odszedłem wtedy podle. Po cichu, prawie jak złodziej. Chciałem zostawić tylko kartkę: „Przepraszam, pokochałem inną. Odchodzę”. Ale Anna tamtego dnia wróciła z pracy wcześniej niż zwykle i zobaczyła mnie, kiedy pakowałem rzeczy.

Plątałem się, zacinałem, nie umiałem złożyć jednego porządnego zdania. Patrzyłem na jej twarz, na to zaskoczenie, które natychmiast zmieniło się w gorzki, głęboki ból. A ona nie powiedziała wtedy ani słowa.

Ja za to machnąłem ręką na część ubrań, szarpnąłem zamek torby tak mocno, że suwak został mi w dłoni, i wybiegłem za próg. Na stole położyłem pieniądze dla Anny i córek. Na pierwsze dni, jak wtedy tchórzliwie sobie tłumaczyłem.

Z Anną pobraliśmy się piętnaście lat wcześniej. Czy to była miłość? Chyba tak. Wszystko ułożyło się nam od razu spokojnie i gładko. Po babci odziedziczyłem porządne mieszkanie, więc po ślubie wprowadziliśmy się właśnie tam. Po dwóch latach urodziła się nasza pierwsza córka.

Pracowałem na dobrym stanowisku w dużej firmie, a Anna zajmowała się dzieckiem i domem. Równocześnie studiowała zaocznie, bo nigdy nie chciała stać w miejscu.

Później zrobiła dyplom logopedy, dokładając go do swojego pedagogicznego wykształcenia, i dostała pracę w tym samym przedszkolu, do którego chodziła nasza córka. Kilka lat później przyszła na świat druga dziewczynka.

Znajomi mówili, że jesteśmy z Anną rodziną jak z obrazka. Może nawet mieli rację. Nie było awantur, nie było wielkich kłótni. Anna świetnie prowadziła dom, dobrze gotowała, potrafiła utrzymać porządek, zajmowała się dziećmi, a o mnie też, muszę przyznać, nigdy nie zapominała. Miałem wszystko. A mimo to zaczęło mi czegoś brakować.

Dwa lata temu w moim życiu pojawiła się Wika. W dokumentach miała na imię Elżbieta, ale przedstawiała się wyłącznie jako Wika i uparcie poprawiała każdego, kto mówił inaczej.

Zatrudniono ją w tym samym dziale, w którym pracowałem. Od pierwszych dni skupiła na sobie uwagę niemal wszystkich mężczyzn w firmie.

Na początku nawet specjalnie na nią nie patrzyłem. Potem był kolejny firmowy wyjazd integracyjny za miasto. W autokarze usiadła obok mnie, zaczęliśmy rozmawiać i zanim się obejrzałem, wszystko się potoczyło.

Wice nie odpowiadała rola kochanki. Pewnego dnia postawiła sprawę jasno: albo ona, albo tamto życie. Nie planowałem rozwodu. Nie naprawdę. Ale jej nacisk, jej pewność, ta gwałtowność, z jaką mnie chciała, w jakiś chory sposób mi imponowały. Odszedłem do niej.

Wciąż uważałem się za przyzwoitego człowieka. Nie wyrzuciłem Anny i dzieci z mieszkania. Alimenty przelewałem regularnie, prosto na jej konto.

Z córkami też nie było tak, że nie chciałem się widywać. Tęskniłem za nimi. Tylko nie wiedziałem, co miałbym im powiedzieć. Jak spojrzeć im w oczy. Jak wytłumaczyć coś, czego sam nie umiałem usprawiedliwić.

Pierwsze pół roku z Wiką było jak jazda bez hamulców. Prawie każdego wieczoru kawiarnie, spotkania z jej znajomymi, weekendy w domku jej rodziców pod lasem. Wika całym sercem przygotowywała się do ślubu.

Pewnego dnia, kiedy wyrzucałem śmieci z łazienki, zobaczyłem zużyty test ciążowy. Dwie kreski.

Dziecko? Nasze, moje i Wiki? Ta myśl jednocześnie mnie ucieszyła i oszołomiła. Nie potrafiłem wyobrazić sobie Wiki jako matki, ale serce zadrżało mi dziwnie miękko.

Wieczorem zapytałem:

– Szykujesz mi niespodziankę?

– Niespodziankę? – odparła z kokieteryjnym uśmiechem, odpowiadając pytaniem na pytanie. – Ukochany chce niespodziankę? Każde życzenie do spełnienia.

– Nie o tym mówię. Znalazłem w łazience… Wiem, że jesteś w ciąży – przyznałem i objąłem ją ostrożnie.

Odsunęła się natychmiast.

– A, to. Nie zaprzątaj sobie głowy. Już wszystko załatwiłam.

– Załatwiłaś? Co to znaczy? – zapytałem, czując, jak chłód wchodzi mi pod skórę.

– Krzysiek, nie zachowuj się jak chłopiec. Jakie dziecko teraz? Ślub za pasem! Nie pójdę przecież do urzędu stanu cywilnego z brzuchem. Poza tym wycieczka już wykupiona. Mam się męczyć z mdłościami w podróży poślubnej? Nie, dziękuję.

– Czyli ty…

– Tak, dobrze rozumiesz. Dziecka już nie ma – powiedziała wyzywająco Wika.

Milczałem. Nie umiałem uwierzyć, że mogła zrobić coś takiego.

Od tamtego dnia między nami pojawiło się pęknięcie. Patrzyłem na nią inaczej. Widziałem już nie kobietę, dla której porzuciłem rodzinę, ale chłodną, wyrachowaną osobę, gotową przejść także po mnie, jeśli pewnego dnia uzna, że tak będzie jej wygodniej.

Coraz częściej myślałem o tym nienarodzonym dziecku. I coraz częściej wracała do mnie Anna. W mojej pierwszej rodzinie wszystko było inne. Zbliżający się ślub przestał mnie cieszyć. Nagle, bardzo jasno, zrozumiałem, że rozwód był błędem. A życie z Wiką jeszcze większym.

W końcu, po wielu bezsennych nocach, miesiąc przed ślubem spakowałem tę samą podróżną torbę. Wika krzyczała za mną, rzucała przekleństwa, ale tym razem nie zatrzymałem się. Trzasnąłem drzwiami i wyszedłem.

Dzwoniłem jeszcze raz, potem trzeci. W mieszkaniu panowała cisza. Wyjąłem klucze, które przez cały ten czas nosiłem w portfelu. Przekręciłem zamek, wszedłem do przedpokoju i odruchowo zapaliłem światło.

Pusto. W pokojach nie było nikogo. Co gorsza, wyglądało tak, jakby od dawna nikt tu nie mieszkał. Gdzie Anna? Gdzie dziewczynki? – myślałem gorączkowo, zaglądając do pustych szaf.

Wyszedłem na klatkę schodową i zadzwoniłem do mieszkania naprzeciwko. Za drzwiami odezwały się kroki.

– Kto tam? – spytał z niezadowoleniem kobiecy głos.

To była pani Zofia, sąsiadka, która mieszkała w tym bloku od lat i przyjaźniła się jeszcze z moją zmarłą babcią.

– Ciociu Zosiu, to ja, Krzysztof – powiedziałem, a głos mi zadrżał. Serce znów biło jak oszalałe.

Drzwi otworzyły się szeroko. Starsza kobieta wytarła ręce w fartuch i aż cofnęła się z wrażenia.

– O Matko Boska! Krzysiek? To naprawdę ty? Wróciłeś?

– Ja, ciociu Zosiu. Wróciłem. Nie wie pani, gdzie są moi?

– Wejdź, nie stój tak na korytarzu – rzuciła, odsuwając się na bok.

Wszedłem do jej mieszkania. Usiadłem przy starym kuchennym stole, który pamiętałem jeszcze z dzieciństwa, i ponuro patrzyłem na sąsiadkę.

– A czego ty się spodziewałeś, kiedy poleciałeś do młodszej? Że żona będzie siedziała pod drzwiami i czekała? – powiedziała ciocia Zosia, siadając na taborecie naprzeciwko mnie.

Nie odpowiedziałem.

– Nie, Krzysiek. Twoja Anna wyjechała. Zabrała dzieci. Znalazła pracę w miasteczku w innym województwie. Za mieszkanie płacę ja, bo Anna co miesiąc przesyła mi pieniądze. Tu wszystko jest uregulowane.

Zamilkła na chwilę, a potem ciągnęła dalej:

– Gdyby to ode mnie zależało, dostałbyś po uszach jak mały chłopak. Czego ci brakowało? Dzieci zostawiłeś, żonę zamieniłeś na… Boże, wybacz. I po co teraz przyszedłeś? Z młodą się nie udało?

– Nie udało się, ciociu Zosiu – odpowiedziałem ponuro i podniosłem się z krzesła. – Pójdę już. Przepraszam, że przeszkodziłem.

– Pójdziesz? – krzyknęła nagle ostro. – Siadaj! Jeszcze nie skończyłam. Nie daj Boże, żeby twoja babcia to zobaczyła. Wstyd i hańba!

Usiadłem z powrotem, spuszczając głowę.

– Dam ci adres Anny. I jej nowy numer telefonu – westchnęła. – Ale musisz coś wiedzieć. Urodziła dziecko. Chłopca.

Drgnąłem tak, jakby ktoś uderzył mnie w pierś.

– Co? Jakie dziecko?

– Takie, Krzysztofie. Twoje. Anna była w ciąży, kiedy od niej uciekłeś. Dopiero się dowiedziała. A ty machnąłeś ogonem i zniknąłeś, więc nic ci nie powiedziała.

Patrzyłem na nią bez słowa.

– I ja też bym nie powiedziała – dodała twardo. – Niechby sobie żyła, jak chce. Ale teraz jest jej ciężko. Pensja nieduża, opiekunce trzeba płacić, a Anna pracuje, bo inaczej nie dałaby rady.

Potem pochyliła się trochę bliżej.

– Tych pieniędzy, które wysyłasz dzieciom, ona nie rusza. Tylko na mieszkanie mi odsyła. Tak to wygląda, Krzysiu. A teraz sam pomyśl, co z tym zrobisz.

Chwyciłem się obiema rękami za głowę. Pani Zofia też milczała. W kuchni było słychać tylko ciche tykanie zegara i mój urywany oddech.

Po chwili wstałem. Gardło miałem ściśnięte tak mocno, że ledwie wydobyłem z siebie głos.

– Dziękuję, ciociu Zosiu.

Wyszedłem.

Wróciłem do mieszkania. Przeszedłem do pokoju, który kiedyś był naszą sypialnią z Anną, i stanąłem przy oknie. Nad uśpionym miastem migotały setki świateł. Każde z nich wyglądało tak, jakby patrzyło na mnie w milczeniu i oskarżało.

Później, kiedy leżałem już w pustym mieszkaniu, długo nie mogłem zasnąć.

Myślałem tylko o jednym:

Żeby Anna mi wybaczyła. Żeby choć kiedyś potrafiła wybaczyć.