Katarzyna postanowiła zrobić mężowi niespodziankę i przyjechała od matki trzy godziny przed czasem. Kiedy przekręciła klucz w zamku i otworzyła drzwi swojego mieszkania, łzy same napłynęły jej do oczu.
Siedziała przy oknie w pociągu podmiejskim i myślała o mamie. Spędziła u niej trzy dni: podawała rosół, pilnowała tabletek, zmieniała pościel, mierzyła temperaturę. Gorączka odpuściła dopiero wczoraj wieczorem.
— Zostań jeszcze choć jeden dzień — prosiła matka rano.
— Marek jest sam w domu, mamo. Pewnie żyje na kanapkach i herbacie.
Teraz, kołysząc się w wagonie, Katarzyna żałowała, że nie posłuchała. Ale Marek dzwonił każdego wieczoru, pytał o zdrowie teściowej, narzekał, że lodówka świeci pustkami. W jego głosie było coś dziwnego. Jakieś zmęczenie, a może napięcie.
— Tęsknię — mruknął poprzedniej nocy.
Katarzyna wtedy się uśmiechnęła. Trzydzieści lat małżeństwa, a on nadal za nią tęskni. Trafił jej się dobry człowiek, myślała.
Pociąg lekko podskakiwał na torach. Kobieta siedząca naprzeciwko łuskała słonecznik i czytała romans z kolorową okładką. Smukła dziewczyna obejmowała tam ciemnowłosego mężczyznę w eleganckiej marynarce. Katarzyna zerknęła przypadkiem na swoje odbicie w szybie. Zmarszczki przy oczach, siwe odrosty przy skroniach. Kiedy zdążyła tak się postarzeć?
— Do męża pani jedzie? — zagadnęła współpasażerka.
— Tak. Do domu.
— A ja do kochanka — zachichotała tamta. — Mąż myśli, że jestem u koleżanki.
Katarzyna poczerwieniała i odwróciła wzrok. Jak można mówić o czymś takim tak lekko, jakby opowiadało się o zakupie bułek?
Telefon zadrżał jej w dłoni.
„Jak tam? Kiedy będziesz?” — napisał Marek.
Spojrzała na godzinę. Do domu miała jeszcze jakieś trzy godziny. Już chciała odpisać prawdę, ale po chwili zmieniła zdanie. Niech będzie niespodzianka. Przyjedzie, zrobi kolację, nakryje stół. Ucieszy się.
„Jutro rano. Ja też tęsknię” — wysłała.
Marek natychmiast odpowiedział serduszkiem.
Za oknem przesuwały się ogródki działkowe, małe stacje, osiedla domków i mokre pola. Katarzyna wyjęła z torby termos z herbatą. Mama uparła się, żeby go zabrała, a do tego wcisnęła jej kanapki owinięte w papier śniadaniowy. Zawsze karmiła ją tak, jakby nie miała dorosłej córki, tylko pierwszoklasistkę wracającą ze szkoły.
— Strasznie schudłaś, Kasiu. Ten twój Marek chyba nie pilnuje, żebyś normalnie jadła.
— Mamo, ja mam już pięćdziesiąt pięć lat.
— I co z tego? Dla mnie zawsze będziesz dzieckiem.
Katarzyna jadła kanapkę z mortadelą i ogórkiem, myśląc o matce. Mieszkała sama w tym samym starym bloku z wielkiej płyty, w którym Katarzyna dorastała. Ojciec zmarł sześć lat temu. Matka stanowczo odmawiała przeprowadzki do nich.
— Macie swoje życie i i tak ciasno wam w mieszkaniu — machała ręką za każdym razem. — Nie będę się wam plątać pod nogami jak jakaś stara baba.
A komu by przeszkadzała? Katarzyna całe życie robiła właśnie to: troszczyła się o innych. Najpierw o rodziców, potem o Marka, potem o dzieci. Pracowała kiedyś w przedszkolu jako wychowawczyni, ale po narodzinach Pawła poszła na macierzyński. Później pojawiła się Ania. A potem, nie wiadomo kiedy, została już w domu na stałe.
— Po co ci praca? — mówił Marek. — Zarabiam wystarczająco. Zajmij się domem, będzie nam wszystkim łatwiej.
Więc się zajmowała. Przez trzydzieści lat. Gotowała, prała, sprzątała, prasowała. Woziła dzieci na angielski, basen i zajęcia plastyczne. Markowi prasowała koszule, przyszywała guziki, pamiętała o jego lekarzach, dokumentach i urodzinach jego znajomych.
Dzieci dorosły i wyfrunęły. Paweł osiadł w Gdańsku, ożenił się, miał własne sprawy. Ania wyszła za mąż i urodziła córeczkę. Katarzyna została babcią.
I co dalej?
Pociąg zaczął zwalniać. Katarzyna zebrała torbę, poprawiła szalik i pożegnała się z rozmowną pasażerką. Na peronie panował hałas, ludzie tłoczyli się przy wyjściu i na przystanku autobusowym. Do domu miała jeszcze czterdzieści minut autobusem.
Jechała i wyobrażała sobie twarz Marka. Spodziewa się jej jutro rano, a ona stanie w drzwiach już dziś. Po drodze wstąpi do Biedronki, kupi coś dobrego. Świeże mięso, ziemniaki, może kawałek sernika. Zrobi porządną kolację, taką domową, pachnącą, z sercem.
W sklepie nabrała dwie pełne torby. Kasjerka spojrzała na zakupy i uśmiechnęła się życzliwie.
— Gości pani czeka?
— Nie, po prostu chcę sprawić mężowi przyjemność.
Torby okazały się cięższe, niż myślała. Do klatki doniosła je z trudem. W windzie oparła się o ścianę i próbowała złapać oddech. Kluczy szukała całą wieczność, przekopując torebkę, w której zawsze ginęło wszystko, co było akurat potrzebne.
Wreszcie otworzyła drzwi.
— Marek, to ja! — zawołała. — Wróciłam!
Cisza. Pewnie spał. Było już późno, prawie jedenasta.
Katarzyna postawiła torby przy ścianie i zdjęła płaszcz. W mieszkaniu paliło się światło. To ją zdziwiło. Marek zawsze zasypiał po ciemku, narzekając, że nawet mała lampka przeszkadza mu w odpoczynku.
Ruszyła do szafy, żeby powiesić płaszcz, i nagle znieruchomiała. Przy progu stały buty. Kobiece. Czerwone, na cienkiej szpilce, lakierowane, drogie, błyszczące tak, jakby ktoś przed chwilą zdjął je z wystawy.
— Marek? — zawołała ciszej.
Serce zaczęło jej walić tak mocno, że aż poczuła puls w gardle. Może to buty Ani? Córka miała klucze. Ale dlaczego miałaby przychodzić bez uprzedzenia? I dlaczego zostawiłaby takie buty przy drzwiach?
Z kuchni dobiegł śmiech. Kobiecy śmiech.
Katarzyna zastygła. To na pewno nie była Ania. Ten głos był obcy.
— Marek, ty jesteś niemożliwy — powiedziała jakaś kobieta.
— Kaśka wróci dopiero jutro. Zdążymy wszystko posprzątać — odpowiedział mąż.
Katarzyna oparła się o ścianę. Kolana ugięły się pod nią, jakby nagle zabrakło w nich kości. Co tu się dzieje? Kim jest ta kobieta? Co oni mają zdążyć posprzątać?
— A jeśli przyjedzie wcześniej? — zapytała tamta.
— Nie przyjedzie. Ona jest punktualna jak szwajcarski zegarek. Jeśli powiedziała, że będzie jutro rano, to będzie jutro rano.
Znów się roześmiali. Katarzyna zamknęła oczy. Powietrze stało się ciężkie, jakby ktoś nagle zabrał z mieszkania cały tlen.
Bezszelestnie ruszyła korytarzem w stronę kuchni. Drzwi były uchylone. Zajrzała.
Przy stole siedział Marek w podkoszulku i dresowych spodniach. Włosy miał potargane, twarz rozluźnioną, zadowoloną. Naprzeciw niego siedziała młoda kobieta, może trzydziestoletnia. Brunetka, zadbana, jaskrawa jak plama czerwieni na śniegu. Miała na sobie jej, Katarzyny, szlafrok.
Na stole stały dwa kieliszki, sałatka śledziowa, ogórki kiszone i talerzyk z chlebem. Marek trzymał kobietę za rękę.
— Iwona, jesteś cudowna — mówił półgłosem.
Iwona? Kim była Iwona?
— A twoja żona? — nieznajoma przechyliła głowę z udawaną słodyczą. — Przecież mówiłeś, że ją kochasz.
— Kocham. Ale to co innego. Przy tobie czuję, że żyję.
Katarzyna zacisnęła palce na futrynie tak mocno, że aż zabolały ją stawy. W oczach pociemniało. Trzydzieści lat małżeństwa. Trzydzieści lat wiary, troski, cierpliwości. A on…
— Marek — wyszeptała.
Oboje odwrócili się gwałtownie. Marek pobladł, otworzył usta i przez chwilę nie potrafił wydać z siebie dźwięku. Kobieta poderwała się z krzesła i odruchowo poprawiła szlafrok.
— Kaśka? Przecież ty… przecież miałaś być jutro — wyjąkał.
— Kto to jest? — Katarzyna wskazała drżącą ręką brunetkę.
— To Iwona. Koleżanka. Z pracy.
— Koleżanka? — Katarzyna przesunęła wzrokiem po kobiecie owiniętej w jej szlafrok. — Koleżanka w moim szlafroku?
— Wiecie co, ja chyba pójdę — Iwona ruszyła w stronę drzwi. — Marek, zadzwonimy do siebie.
— Stój! — krzyknęła Katarzyna. — Nigdzie nie pójdziesz! Najpierw powiedzcie mi, co tu się dzieje!
Iwona zatrzymała się. Widać było na jej twarzy winę, ale nie tak głęboką, jak Katarzyna chciałaby zobaczyć. Raczej zakłopotanie kogoś, kto został przyłapany na czymś niewygodnym, a nie człowieka, który rozumie, że właśnie rozwalił komuś życie.
— My tylko rozmawialiśmy — powiedziała. — Marek pomagał mi przy sprawozdaniu.
— Przy sprawozdaniu? — Katarzyna zaśmiała się nerwowo, obco, prawie histerycznie. — O drugiej w nocy? W moim szlafroku?
— Kasiu, uspokój się — Marek wstał. — To nie tak, jak wygląda. Iwona poprosiła mnie o pomoc w pracy, poszedłem do niej. Potem zaproponowała herbatę…
— Herbatę? — Katarzyna wskazała kieliszki. — To jest herbata?
— No dobrze, wypiliśmy trochę…
— Założyła mój szlafrok! W moim mieszkaniu! Siedziała przy moim stole! A ja w tym czasie opiekowałam się chorą matką!
Marek zrobił krok w jej stronę.
— Kasiu, nie krzycz. Sąsiedzi usłyszą.
— Sąsiedzi? — cofnęła się, jakby ją uderzył. — Ty naprawdę martwisz się teraz o sąsiadów? A o mnie pomyślałeś, kiedy sprowadzałeś tutaj tę… tę…
— Nic się nie stało! — Marek złapał ją za ramiona. — Przysięgam, nic!
Katarzyna spojrzała mu prosto w oczy. Była w nich panika, strach i kłamstwo. Po trzydziestu latach wspólnego życia znała go jak własną dłoń. Potrafiła czytać go z twarzy, z oddechu, z tego, jak uciekał wzrokiem.
— Puść mnie — powiedziała cicho.
Nie puścił od razu.
— Powiedziałam: puść!
Marek rozluźnił dłonie. Drżały.
— Ja pójdę — mruknęła Iwona i znów ruszyła do wyjścia.
— Stój! — warknęła Katarzyna. — Najpierw zdejmij szlafrok.
— Kasiu, przy mnie? — Marek próbował stanąć między nimi.
— A co, nagle się wstydzisz? — Katarzyna odepchnęła go z drogi. — Nie wstydziłeś się, kiedy częstowałeś ją w moim szlafroku!
Iwona zrzuciła szlafrok i rzuciła go na krzesło. Pod spodem miała obcisłe dżinsy i top.
— Przepraszam — rzuciła sucho i wybiegła.
Drzwi trzasnęły.
Katarzyna usiadła na krześle i zakryła twarz dłońmi. Łez nie było. Była tylko pustka. Wielka, czarna jama w miejscu serca.
— Kasiu, porozmawiajmy spokojnie — Marek usiadł obok. — Wszystko ci wyjaśnię.
— Wyjaśniaj.
— Iwona naprawdę poprosiła mnie o pomoc przy sprawozdaniu. Poszedłem do niej, pomogłem. Zaproponowała, żebyśmy wypili za dobrze zrobioną robotę.
— O dziewiątej wieczorem?
— Jakoś tak…
— I do drugiej w nocy robiliście „sprawozdanie”? Cztery godziny? — Katarzyna podniosła głowę.
Marek milczał. Twarz miał czerwoną i spoconą.
— Marek, ja nie jestem idiotką — powiedziała już ciszej. — Trzydzieści lat razem. Widzę, kiedy kłamiesz.
— Nic nie było! Po prostu gadaliśmy! Ona jest samotna, nie ma nawet z kim porozmawiać!
— A ze mną nie masz o czym rozmawiać?
— Z tobą rozmawiamy o domu. O wnuczce, o twojej mamie, o rachunkach. A z nią… z nią o czymś innym.
Katarzyna wstała. W piersi poczuła piekący żar.
— O czymś innym? — powtórzyła powoli. — A ja kim jestem? Nie człowiekiem? Meblem kuchennym?
— Nie to miałem na myśli.
— To co miałeś na myśli? Co?! — uderzyła pięścią w stół. Kieliszki podskoczyły. — Trzydzieści lat zajmowałam się tym domem! Dla ciebie! Dla dzieci! Zakopałam swoją pracę, swoje plany, całe swoje życie! A ty mi teraz mówisz, że jestem nieciekawa?
— Kasiu, uspokój się…
— Nie uspokoję się! — zaczęła krążyć po kuchni jak uwięziona lwica. — Prasuję ci koszule, gotuję obiady, sprzątam mieszkanie, pamiętam o wszystkim! A ty z koleżankami z pracy rozmawiasz „o czymś innym”!
— Ona jest sama…
— Sama? I akurat dziś była taka samotna? — Katarzyna zatrzymała się nagle. — Ile ich było przed nią?
— Nikogo!
— Kłamiesz! — podeszła do niego tak blisko, że musiał cofnąć się o krok. — Ile razy zostawałeś „dłużej w pracy”? Ile było tych narad? Ilu pilnych zebrań? Ilu wyjazdów integracyjnych?
— To była praca!
— Praca? Taka sama jak dzisiaj z Iwoną?
Marek spuścił głowę.
— Kasiu, ja cię kocham. Naprawdę. Jesteś mi najbliższa.
— Najbliższa? — zaśmiała się gorzko. — Jak stare, wygodne kapcie?
— Co ja mam powiedzieć?
— Jak to co?! — łzy wreszcie popłynęły, nagle i gwałtownie. — Oddałam ci całe życie! Całe! A ty co? Szukasz młodszych?
— Nie szukam! Iwona sama…
— Sama co? Sama założyła mój szlafrok? Sama wzięła cię za rękę? Sama postawiła kieliszki? Sama przyszła do mojego domu, kiedy mnie nie było?
Marek milczał.
— Odpowiedz! — krzyknęła. — Sama?
— To było obustronne — wyrzucił z siebie w końcu.
Katarzyna złapała się za pierś.
— Czyli ty też chciałeś. Czyli ty ją…
— Kasiu, nie mów tak.
— Będę mówić! Ile to trwa? Ile?!
Marek długo patrzył w podłogę. Potem szepnął:
— Trzy miesiące.
Katarzyna osunęła się na podłogę, jakby ktoś podciął jej nogi.
— Trzy miesiące — powtórzyła bezbarwnie. — Trzy miesiące patrzyłeś mi w oczy, całowałeś mnie na dobranoc, mówiłeś, że mnie kochasz. A sam z nią…
— Rzadko się widywaliśmy!
— Rzadko? Czyli jednak się widywaliście! — podniosła się z trudem i ruszyła do przedpokoju. — Koniec. Wszystko skończone.
— Dokąd idziesz?
— Nie twoja sprawa. Byle dalej od ciebie.
Założyła płaszcz. Marek pobiegł za nią.
— Kasiu, zostań! Porozmawiamy rano. Na spokojnie, z jasną głową.
— Z jasną głową? — szarpnęła zamek płaszcza. — Ja teraz przez resztę życia będę musiała myśleć z jasną głową.
— Nie wychodź, proszę.
Odwróciła się. Stał w rozciągniętym podkoszulku i znoszonych spodniach od dresu. Łysiejący, z brzuchem, przestraszony. Nagle wydał jej się nie potężny, nie ważny, nie potrzebny, tylko żałosny.
— Wiesz co? — powiedziała. — Idź do swojej Iwony. Porozmawiajcie sobie „o czymś innym”.
Trzasnęła drzwiami i zbiegła po schodach. Nie czekała na windę, bała się, że Marek ją dogoni.
Na dworze było zimno. Wilgoć wchodziła pod płaszcz, dłonie drżały jej z nerwów i chłodu. Dokąd miała iść? Do Ani nie pojedzie, obudzi wnuczkę i zięcia. Do matki za daleko, ostatni pociąg dawno odjechał.
Przypomniała sobie o Ewie, przyjaciółce z sąsiedniej dzielnicy. Zadzwoniła.
— Kaśka? Co się stało o trzeciej w nocy? — odezwał się zaspany głos Ewy.
— Ewuniu, mogę do ciebie przyjechać? Bardzo muszę.
— Oczywiście. Co się stało?
— Opowiem na miejscu.
W taksówce patrzyła w mokrą szybę i myślała tylko o jednym. Trzydzieści lat. Całe dorosłe życie. I co z tego zostało? Pustka. Upokorzenie. Zdrada.
Ewa otworzyła drzwi w pogniecionym szlafroku.
— Siadaj. Wstawię wodę. Mów.
Katarzyna opowiedziała wszystko od początku do końca. Ewa słuchała, kręciła głową i coraz mocniej zaciskała usta.
— Drań — podsumowała w końcu. — Wszyscy oni są tacy sami, jak im się za dobrze zrobi.
— Ewa, ja nie wiem, co mam robić.
— A nad czym tu myśleć? Rozwód i już.
— Łatwo ci mówić. Trzydzieści lat razem. Mieszkanie, dzieci, wnuczka…
— Właśnie dlatego on myśli, że wszystko przełkniesz.
Katarzyna nie spała całą noc. Leżała na kanapie Ewy pod grubym kocem i wspominała. Jak poznali się na studiach. Jak Marek na pierwszą randkę przyniósł tulipany, bo nie było go stać na róże. Jak rodziła Pawła, a on stał przy drzwiach szpitalnej sali blady jak ściana. Jak później urodziła się Ania. Jak on z roku na rok coraz częściej zostawał po godzinach.
Kiedy zaczęło się psuć? Chyba dwa lata temu zauważyła, że zrobił się chłodniejszy, bardziej obcy. Mniej ją obejmował, szybciej zasypiał, częściej patrzył w telefon. Wmawiała sobie, że to kryzys wieku średniego, zmęczenie, praca, zdrowie.
A on po prostu znalazł kogoś młodszego.
Rano zadzwoniła Ania.
— Mamo, co się dzieje? Tata dzwonił, szuka cię.
— Powiedz tacie, że jestem u cioci Ewy. I że muszę pomyśleć.
— Nad czym?
— Później ci wyjaśnię, córeczko.
Marek wydzwaniał przez cały dzień. Katarzyna nie odbierała. Patrzyła na ekran, aż połączenie cichło, potem odkładała telefon. Wieczorem przyjechał do Ewy osobiście.
— Katarzyna jest u ciebie? — zapytał w drzwiach.
— Jestem — wyszła do przedpokoju. — Czego chcesz?
— Porozmawiać. Jak ludzie.
— Mów.
— Zerwałem z Iwoną. To koniec. Nigdy więcej się z nią nie spotkam.
— Tak, tak. Do następnej Iwony.
— Nie będzie następnej! Przysięgam!
Katarzyna patrzyła na niego uważnie. Zmęczona twarz, pognieciona koszula, cień zarostu. Może w tej chwili naprawdę mówił szczerze. Może naprawdę się bał.
— Marek, ja dziś dużo myślałam — powiedziała spokojnie. — Mam pięćdziesiąt pięć lat. Może czas, żebym i ja zaczęła żyć dla siebie?
— Jak to dla siebie?
— Normalnie. Poszukam pracy. Pojadę gdzieś, zobaczę kawałek świata. Zastanowię się, czego ja chcę. Nie tylko czego chcesz ty.
— Kasiu, przecież jesteśmy rodziną.
— Rodziną? — uśmiechnęła się smutno. — Rodzina jest wtedy, kiedy żyją dla siebie nawzajem dwie osoby. A nie wtedy, kiedy jedna wygodnie sobie istnieje, a druga całe życie po niej sprząta.
— Zmienię się.

— Wiesz co? Pomieszkamy osobno. Ty pomyślisz o sobie, ja o sobie.
— To rozwód?
— To przerwa. Jeśli zrozumiesz, że potrzebujesz mnie nie tylko jako kucharki, sprzątaczki i praczki, przyjdź. Jeśli nie… — wzruszyła ramionami. — Widocznie tak miało być.
Marek stał w milczeniu. W końcu skinął głową.
— Dobrze. Ale będę o ciebie walczył.
— Zobaczymy.
Wyszedł. Ewa objęła Katarzynę ramieniem.
— Dobrze zrobiłaś.

— Boję się, Ewa.
— Pewnie, że się boisz. Ale pierwszy raz od dawna mówisz prawdę także sobie.
Katarzyna podeszła do okna. Za szybą mżył drobny deszcz, światła latarni rozlewały się na mokrym chodniku. Nowe życie zaczynało się w wieku pięćdziesięciu pięciu lat. Brzmiało to trochę niedorzecznie. Może nawet śmiesznie. Ale może właśnie tak miało być.
Jutro pójdzie rozejrzeć się za pracą. Potem pojedzie do mamy i porozmawia z nią naprawdę, od serca. Dawno już tak nie rozmawiały, bez pośpiechu, bez ukrywania własnego bólu pod troską o innych.
A później zobaczy. Może Marek naprawdę się opamięta. A może ona odkryje, że potrafi oddychać bez niego. Że może mieszkać, jeść śniadania, chodzić po ulicach, śmiać się i planować dni nie tylko jako czyjaś żona, matka, babcia i opiekunka.
Najważniejsze było nauczyć się żyć także dla siebie. Nie wyłącznie dla innych.
Deszcz cicho stukał w szybę. Katarzyna otarła policzki i po raz pierwszy od wielu godzin uśmiechnęła się naprawdę.