Kuba doskonale wiedział, że czeka go porządna awantura. I nie od Bartka Maja, chłopaka z osiedla, którego wszyscy woleli omijać szerokim łukiem, tylko od własnej matki.
Wracał do domu, udając beztroskę, nawet pogwizdywał pod nosem, ale w środku żołądek ściskał mu się tak, jakby ktoś zawiązał na nim supeł. Tym razem naprawdę przepadł.
Ciocia Halina, najbliższa przyjaciółka mamy, zobaczyła go z papierosem. Mógłby potem kręcić, że ktoś mu go wepchnął do ręki, że tylko trzymał, że wcale nie palił. Tyle że ciocia Halina widziała, jak zaciągał się dymem z miną dorosłego cwaniaka. Co miał powiedzieć matce? Że ktoś mu otworzył usta, wsadził papierosa i kazał dmuchać jak piec kaflowy?
Kuba nie pokazał po sobie, że dostrzegł ciocię Halinę. A ona, trzeba jej było oddać sprawiedliwość, nie narobiła hałasu na pół ulicy i nie złapała go za ucho. Popatrzyła tylko długo, tym swoim ciężkim, wszystko wiedzącym spojrzeniem, a potem poszła dalej. Ale Kuba nie był głupi. Wiedział, że wiadomość dotarła już do domu szybciej niż on. Matka pewnie stała w kuchni z drewnianą łyżką w ręku. Obszedł blok dwa razy, zanim na rogu zobaczył babcię.
No pięknie. Ciężka artyleria. To było zagranie poniżej pasa, nawet jak na mamę. Zaraz zacznie się lament, że babcia jako szanowana nauczycielka wychowała pół powiatu, a własnego wnuka nie potrafiła uchronić przed ulicą. Że wstyd na całą rodzinę, że dziadek przewraca się w grobie, a razem z nim wszyscy święci przodkowie.
Kiedy był mały, ta część zawsze go przerażała. Wyobrażał sobie ziemię poruszającą się na cmentarzu i zmarłych, którzy obracają się pod nagrobkami. Dopiero później zrozumiał, że babcia używała tego jak straszaka. Następnym razem, gdy wspomniała o niespokojnych przodkach, Kuba wypalił: „To dobrze, babciu, że się ruszają. Przynajmniej odleżyn nie dostaną jak pani Nowak z parteru”.
Babcia złapała się wtedy za serce. Mama o mało nie popłakała się ze śmiechu. Przez to zapomniała dać mu po łapach, choć babcia wyrównała rachunek, trzepiąc ścierką właśnie ją.
Teraz babcia szła w jego stronę szybko, prawie biegiem, a jej oczy latały niespokojnie, jakby to ona została przyłapana z papierosem za garażami.
— Co ty tu robisz? Czemu nie jesteś w domu? — zapytała ostro.
— Ja… jeszcze tam nie byłem.
— Nie byłeś? To gdzie się włóczyłeś tyle czasu?
— Szkoła, potem trening, a potem tak… chodziłem.
— Tak sobie chodziłeś? — Babcia zmrużyła oczy.
No i zaczyna się, pomyślał Kuba. Za chwilę każe mu chuchnąć, żeby sprawdzić, czy czuć dym.
— A to co? — nagle chwyciła go za dłonie. — Masz całe czerwone ręce. Gdzie są rękawiczki?
— Zostały w domu.
— W domu? I twoja matka tego nie zauważyła? Pokaż kostki.
Szarpnęła nogawkę jego spodni do góry i aż wciągnęła powietrze.
— Co to ma znaczyć?
— Co? — Kuba przestraszył się naprawdę.
— Czemu masz czerwone kostki? Gdzie kalesony? A szalik?
Kuba poczuł, jak twarz pali go ze wstydu. Jakby tego było mało, w wąskiej uliczce obok sklepu zobaczył Bartka Maja. Stał w cieniu, a jego czerwona czapka podskakiwała lekko, bo pewnie śmiał się pod nosem. Świetnie. Po prostu cudownie. Dzięki, babciu.
Czy ona traciła rozum? Zawsze była bystra, ostra jak brzytwa, pamiętała daty, nazwiska, rachunki w sklepie i wszystkie jego wymówki. A teraz zachowywała się tak, jakby papieros w ogóle nie istniał.
— Babciu, ile jest pięć razy pięć?
— Dwadzieścia pięć — odpowiedziała natychmiast, zdezorientowana.
— A kwadrat przeciwprostokątnej?
— Jest równy sumie kwadratów przyprostokątnych. Jakubie, czy ty nie odrobiłeś lekcji? Ona nawet tego nie sprawdziła? Nie pozwolę na takie rzeczy, spójrz tylko na siebie!
Kuba zamilkł. Czy babcia właśnie była po jego stronie? Czy może przez przypadek trafił do jakiegoś obcego świata, gdzie dorośli mówili wszystko odwrotnie?
— Babciu, po której stronie mam bliznę po wyrostku?
— Nigdy nie miałeś wycinanego wyrostka.
No dobrze. To na pewno była ona.
Zaprowadziła go do domu, przez całą drogę mamrocząc coś pod nosem. W mieszkaniu pachniało pieczenią. Mama stała w kuchni w najlepszej sukience, z włosami starannie ułożonymi w loki, w nowych kolczykach i… w szpilkach. Kuba zmarszczył brwi. Od kiedy mama chodziła po domu w szpilkach?
— Kubusiu, kochanie — przytuliła go szybko. — Umyj ręce, zaraz kolacja. Mamo, zostajesz?
— Dlaczego to dziecko błąka się po ulicach? — wybuchła babcia. — Do domu mu się nie spieszy, prawda? Pięknie, naprawdę pięknie. Własne dziecko oddać za… gdzie on ma rękawiczki? Gdzie kalesony? Przecież jest mróz! Ale oczywiście, ciebie to nie obchodzi.
— Mamo. Dość. Jesz z nami czy nie?
— Nie! Ja tu swoje widzę. Jakub, pakuj rzeczy. Idziesz ze mną.
— Co? Nie!
Na samą myśl, że miałby przez następne lata słuchać babcinego narzekania od rana do nocy, przeszedł go zimny dreszcz.
— On zostaje tutaj — powiedziała mama twardo.
— Tutaj? A co to w ogóle znaczy tutaj? Ty wszystko zaprzepaściłaś.
— Mamo, jeżeli nie przestaniesz, to ja… będę musiała…
— Co? Wyrzucisz własną matkę?
— Tak.
— Niewdzięczna dziewucho!