Przyjechałem na pierwszą randkę z kobietą i zdałem sobie sprawę, że to wcale nie była ona na zdjęciach.

Przyjechałem na pierwszą randkę z kobietą po pięćdziesiątce i już po kilku minutach zrozumiałem jedno: kobieta ze zdjęcia profilowego nigdy się tu nie pojawi. Jednak wcale nie to sprawiło, że miałem ochotę natychmiast wrócić do domu. Powód okazał się znacznie bardziej niepokojący.

W niewielkiej kawiarni było zaledwie sześć stolików. Każdy zajęty tylko częściowo, jakby ludzie specjalnie zostawiali wokół siebie pustą przestrzeń. Przy jednym siedział mężczyzna z laptopem, stukając nerwowo w klawiaturę. Przy drugim para powoli dzieliła między sobą jeden imbryk herbaty. Pod oknem starsza kobieta w dzianinowym berecie jadła kawałek ciasta i wpatrywała się w ciemną szybę tak, jakby spodziewała się, że ktoś zza niej zaraz wyjdzie.

Światło w środku było ciężkie, żółtawe, przez co twarze wyglądały obco i zmęczone. Przez chwilę nawet pomyślałem, że mogłem pomylić lokal. Wyciągnąłem telefon, jeszcze raz sprawdziłem adres, otworzyłem naszą rozmowę i ponownie przeczytałem wiadomości — jakby od tego stoliki mogły zmienić swoje miejsca.

Wtedy podeszła do mnie kobieta w beżowym płaszczu. Postawiła dużą torbę na sąsiednim krześle. Pachniała drogimi perfumami i miętowymi pastylkami. Zdjęła rękawiczkę, poprawiła mankiet i powiedziała spokojnie:

— Sergiusz? Miło poznać.

— Dzień dobry… A Laura?

Spojrzała na mnie bez najmniejszego skrępowania. Wręcz z lekkim zmęczonym rozbawieniem.

— To ja.

I właśnie wtedy dotarło do mnie ostatecznie, że kobieta ze zdjęcia nie jest spóźniona. Jej po prostu nie było. Być może nigdy nie istniała. Na fotografii widniała zupełnie inna osoba — jasnowłosa, delikatna, z dołeczkiem w policzku. Taka, o której mimowolnie myśli się: „prawie anioł”. Tymczasem przede mną stała kobieta o ostrych rysach, szczupła, twarda, z twarzą człowieka przyzwyczajonego bardziej wydawać polecenia niż prosić.

Pewnie już wtedy mogłem wstać i wyjść. Nawet dotknąłem kluczyków od auta w kieszeni. Ale ona chyba zauważyła coś po mojej minie, bo od razu rzuciła:

— Niech pan siada, bez tego zamieszania. Zaraz wszystko wyjaśnię.

Usiadłem. Nie dlatego, że jej uwierzyłem, tylko dlatego, że kompletnie mnie zaskoczyła. Gdy ktoś mówi z taką pewnością, jakbyście nie byli na randce, ale stali razem w kolejce do urzędu, człowiek najpierw głupieje, a dopiero potem zaczyna się oburzać.

Zdjęła płaszcz, zawiesiła go na oparciu i powiedziała spokojnie:

— Zdjęcie nie było moje. Nie chciałam pokazywać swojej twarzy w internecie.

— Jak to nie chciała pani?

— Normalnie. W tym mieście jestem dość rozpoznawalna. Nie celebrytka, ale ludzie mnie znają. Mam aptekę w centrum i działam w lokalnej radzie kobiet. Co druga osoba kojarzy mnie z widzenia. Jeszcze by brakowało, żeby jakaś znajoma zobaczyła profil i rozgadała po całym mieście. To mała miejscowość — jak ktoś rano kichnie, wieczorem wszyscy wiedzą, co brał na przeziębienie.

Powiedziała to tak naturalnie, jakby wszystko było całkowicie logiczne. I co najgorsze — przez sekundę prawie ją rozumiałem.

— I dlatego wrzuciła pani cudze zdjęcie? — zapytałem.

— A co w tym złego? Zdjęcie było ładne. Miła kobieta. Podobała się panu, prawda?

— No… tak.

— Sergiusz, tylko proszę nie robić dramatu. Przecież przyjechałam. To chyba znaczy, że traktuję sprawę poważnie.

W tym momencie podeszła kelnerka. Bardzo młoda dziewczyna z krzywo związanym kucykiem i plamą po kawie na fartuchu. Wyglądała na wykończoną wielogodzinną zmianą — uśmiech jeszcze się trzymał, ale energii już w nim prawie nie było.

— Dobry wieczór, czy mogę coś podać…

— Cappuccino i sałatkę z krewetkami — przerwała jej kobieta. Potem spojrzała na mnie. — A pan?

— Americano — odpowiedziałem. Po chwili dodałem jeszcze: — I wodę.

Miałem ochotę powiedzieć coś ostrzejszego. Nie powiedziałem. W takich sytuacjach zawsze przypominam człowieka, który najlepsze riposty wymyśla dopiero w domu, kiedy już zdejmie buty.

— I eklerkę — dodała do kelnerki. — Ale świeżą. Nie taką wczorajszą, jak często tu podajecie.

Dziewczyna skinęła głową, jakby wysłuchiwanie podobnych uwag należało do jej obowiązków. Patrzyłem za nią i już wtedy poczułem nieprzyjemny chłód. Moja matka całe życie pracowała za ladą i zawsze powtarzała: jeśli ktoś jest niemiły wobec ludzi, którzy w pracy muszą to znosić, to nie świadczy o silnym charakterze. To świadczy o zepsuciu.

A jednak nadal siedziałem przy tym stoliku.

Może dlatego, że chciałem dać jej szansę. Albo sobie. Po rozwodzie przez półtora roku żyłem w takiej cichej, lepkiej pustce, że sam przestałem rozróżniać zwykłą ostrożność od samotnego oszukiwania siebie.

Rano praca. Wieczorem sklep. W domu telewizor gadający sam do siebie, stygnący czajnik i kubek z wyszczerbionym uchem, którego ciągle szkoda wyrzucić. Na kolację raz jajecznica, raz kasza, raz te same kotlety trzeci dzień z rzędu. W soboty dzwoni córka.

— Tato, jak się trzymasz?

I co mam jej odpowiedzieć? Że nauczyłem się kupować pół bochenka chleba, bo cały wysycha? Że czasami łapię się na tym, że rozmawiam z czajnikiem? Powiesz prawdę — zacznie się martwić. Skłamiesz — sam czujesz się jeszcze gorzej.

— Zawsze jest pan taki cichy? — zapytała, gdy kelnerka odeszła.

— Myślę.

— I do jakich wniosków pan doszedł?

— Że mogła mnie pani chociaż uprzedzić.

Uśmiechnęła się pod nosem.

— I wtedy by pan nie przyjechał.

— Możliwe.

— No właśnie. Czyli postąpiłam słusznie.

— Jak pani naprawdę ma na imię?

— Larysa.

— To już bliżej prawdy.

— W moim wieku prawdę dawkuje się ostrożnie — odparła spokojnie. — Inaczej człowiek daleko nie zajedzie.

Przez pierwsze dziesięć minut jeszcze jakoś rozmawialiśmy. O kapryśnym kwietniu, który jednego dnia daje słońce, a następnego śnieg. O centrum miasta, gdzie znów nie ma gdzie zaparkować, jakby wszyscy nagle postanowili wyjść na kawę.

Opowiadała o swojej sieci aptek i lokalnych inicjatywach, w których uczestniczy — zbiórkach dla domu dziecka, osiedlowych festynach, akcjach charytatywnych. Bez cienia skromności, raczej z wyraźną satysfakcją. Ja wspomniałem, że pracuję w warsztacie samochodowym. Że lubię auta, które można zrozumieć po samym dźwięku silnika, a nie tylko po podłączeniu komputera.

Potem przyniesiono kawę i sałatkę.

— Przepraszam, ale ta sałatka jest chyba prosto z lodówki? — zapytała natychmiast Larysa.

Kelnerka zmieszała się.

— Ona ma temperaturę pokojową…

— Pokojową? To wy tam na kuchni macie chyba zamrażarkę zamiast pokoju.

Dziewczyna zaczerwieniła się, przeprosiła i odeszła cicho, jakby naprawdę kogoś zawiodła. Larysa tymczasem wyciągnęła telefon.

Nie tylko spojrzała na ekran — zaczęła intensywnie pisać wiadomości z wyraźnie niezadowoloną miną. Potem strzepnęła okruszki z eklerki na spodek i znowu wróciła do telefonu.

— Coś ważnego? — zapytałem.

— Były mąż — odpowiedziała bez podnoszenia wzroku. — Myśli, że skoro się rozwiedliśmy, to przestanę wiedzieć, gdzie jest i z kim.

— A po co pani to wiedzieć?

Spojrzała na mnie chłodno.

— Bo tacy ludzie bez kontroli szybko zaczynają sobie pozwalać na za dużo.

Po chwili schowała telefon, nachyliła się lekko i powiedziała tonem niemal biznesowym:

— Sergiusz, bez zbędnej romantyczności. Widzę, że jest pan poważnym człowiekiem. Ma pan własne mieszkanie?

— Słucham?

— No mieszkanie. Własne? Kredyt? Po rozwodzie zostało byłej żonie? W jakiej dzielnicy?

Patrzyłem na nią tak, jakby nagle zaczęła mówić w obcym języku.

— A dlaczego pyta mnie pani o to już teraz?

— Żeby wiedzieć, czy warto poświęcać czas. W moim wieku nie spotyka się już ludzi dla emocji. Trzeba patrzeć realistycznie: kto gdzie mieszka, ile zarabia, co posiada. Potem może być za późno.

I właśnie wtedy naprawdę zapragnąłem wrócić do domu. Nie przez fałszywe zdjęcie. To jeszcze można było jakoś zrozumieć — małe miasto, plotki, znajomi z długimi językami. Zdarza się. Być może nawet bym to zaakceptował.

Ale naprzeciwko mnie siedziała osoba, która nie rozmawiała ze mną. Rozmawiała z moim mieszkaniem, pensją, dzielnicą i potencjalną użytecznością.

Poprosiłem o rachunek. Larysa uniosła brwi ze zdziwieniem.

— Już? Przecież dopiero zaczęliśmy.

— Dla mnie to wystarczy.

— Naprawdę przez zdjęcie? Ależ mężczyźni stali się delikatni.

— Nie przez zdjęcie.

— To przez co?

Przez chwilę milczałem. Czasami najlepiej po prostu wyjść bez wyjaśnień. Ale tego wieczoru nie potrafiłem.

— Przez sposób, w jaki traktowała pani kelnerkę. Przez kontrolowanie byłego męża. I przez to, że szybciej zapytała mnie pani o mieszkanie niż o to, czy piję herbatę z cukrem.

I wtedy wydarzyło się coś dziwnego. Przy stoliku obok starszej kobiecie w berecie upadła na podłogę łyżeczka. Kelnerka schyliła się speszona, ale tamta podeszła do niej i powiedziała łagodnie:

— Kochanie, nie przejmuj się. Sałatka jest naprawdę dobra. Po prostu wszyscy mamy dziś trudniejszy dzień.

Kelnerka uśmiechnęła się pierwszy raz od początku wieczoru. A ja nagle pomyślałem, że to niesamowite — jeden człowiek potrafi w kilka sekund ocieplić całe pomieszczenie, a drugi przez godzinę zamienia je w lodówkę.

Zapłaciłem za kawę i wyszedłem.

Na dworze mżyło. Nawet nie padał deszcz — raczej unosiła się drobna wodna mgła, która osiadała na szybach, kołnierzu i rękawach. Siedziałem chwilę w samochodzie, obserwując ludzi wychodzących z kawiarni: grupkę nastolatków, mężczyznę z jedzeniem na wynos, a potem tę samą kobietę w berecie.

Szła powoli, trzymając torbę obiema rękami. Na schodku nagle się potknęła.

Wysiadłem niemal odruchowo.

— Proszę uważać.

— Dziękuję, synku — odpowiedziała z uśmiechem. — Nogi już nie te co kiedyś.

Odprowadziłem ją do taksówki. Okazała się niezwykle rozmowna — typ człowieka, który w trzy minuty potrafi powiedzieć więcej ważnych rzeczy niż inni przez cały wieczór.

Kiedy kierowca chował jej torbę do bagażnika, skinęła głową w stronę kawiarni.

— To chyba nie była odpowiednia osoba dla pana?

— Już nie.

— I bardzo dobrze. Od razu było widać, że pan tam nie pasował. Ma pan dobre oczy, tylko na siłę próbował wyglądać surowo.

Roześmiałem się.

— To chyba ze stresu.

— Niech się pan nie boi samotności. Nie warto łapać pierwszej osoby, która pomacha ręką. Lepiej wrócić samemu do pustego domu niż później czuć się sierotą obok żywego człowieka.

Powiedziała to i odjechała. A ja zostałem na mokrym chodniku, patrząc za odjeżdżającą taksówką. I wiedziałem, że miała rację.

Czasami lepiej wrócić do domu samemu, niż wpuścić do swojego życia niewłaściwego człowieka i przy okazji zgubić samego siebie.

Taka właśnie historia.

A wam zdarzyło się kiedyś spotkać ludzi, którzy w internecie lub na portalach randkowych ukrywali się za cudzymi zdjęciami? A może sami kiedyś zrobiliście coś podobnego?