Mężczyzna, z którym się spotykałam, od razu zaznaczył, że ma 52 lata i chce tylko lekkiej znajomości bez zobowiązań, lecz po udanej randce zarzucił mi coś tak absurdalnego, że przez chwilę nie potrafiłam wydusić słowa

Mężczyzna, z którym się spotykałam, już na początku napisał, że ma pięćdziesiąt dwa lata, za sobą trudne doświadczenia i nie szuka żadnych wielkich obietnic. Przyjęłam jego zasady spokojnie, bo wydawały mi się uczciwe. A potem, po naprawdę miłym spotkaniu, wysłał mi wiadomość z pretensją tak niedorzeczną, że przez kilka minut tylko patrzyłam w ekran.

Kiedy mój syn niedawno wyprowadził się do własnego mieszkania, w domu nagle zrobiło się dziwnie cicho. Puste pokoje zaczęły dźwięczeć bardziej niż dawny hałas. Miałam czterdzieści dziewięć lat i nie zamierzałam zachowywać się tak, jakby życie właśnie się skończyło. Z ciekawości, trochę z przekory, założyłam więc profil w aplikacji randkowej.

Z Markiem dopasowało nas niemal od razu. Miał pięćdziesiąt dwa lata. Pisał poprawnie, składnie, bez głupich błędów, bez wulgarnych zaczepek i tych tanich aluzji, po których człowiek od razu ma ochotę zamknąć rozmowę. Już samo to wydało mi się miłą odmianą.

Trzeciego dnia naszej korespondencji przysłał mi niemal manifest swoich zasad. Wiadomość była długa, surowa, bardzo konkretna i tak jednoznaczna, że trudno byłoby doszukiwać się w niej drugiego dna.

„Ustalmy coś od razu i bez udawania — przeczytałam na ekranie. — Mam za sobą długie małżeństwo i naprawdę ciężki rozwód. Dzieci są dorosłe, od dawna żyją po swojemu. Teraz chcę wreszcie trochę pożyć dla siebie. W relacji potrzebuję przestrzeni. Nie chcę, żeby ktoś czegoś ode mnie wymagał, wysysał ze mnie energię albo robił mi awantury o wszystko. Szukam dojrzałej, rozsądnej kobiety.

Powiem też wprost: nie zamierzam finansować kobiecych zachcianek. Perfumy, sukienki, salony kosmetyczne i podobne sprawy to nie jest moja bajka. Interesuje mnie spokojna, partnerska relacja”.

Przeczytałam tę wiadomość dwa razy. Szczerze mówiąc, takie deklaracje od dawna mnie nie przerażają. Wręcz przeciwnie, czasem działają na mnie uspokajająco. Mam normalną pracę, potrafię sama zapłacić za to, czego potrzebuję, i nie przyszło mi do głowy zaglądać komuś do portfela ani szukać sponsora.

Jasne zasady i otwartość? Bardzo dobrze. Sama jestem zmęczona gierkami, niedopowiedzeniami, cichymi manipulacjami i ludźmi, którzy na początku znajomości udają kogoś zupełnie innego, niż są naprawdę.

„Rozumiem cię, Marku — odpisałam. — Mnie też odpowiada prostota i szczerość, a interesowności nie znoszę. Spotkajmy się i po prostu spokojnie porozmawiajmy”.

Umówiliśmy się na sobotnie popołudnie.

Skoro tak mocno podkreślał równość i brak zbędnych oczekiwań, postanowiłam potraktować to dosłownie. Nie chciałam robić z normalnego dziennego spotkania pokazu mody ani próby generalnej przed wyjściem na czerwony dywan. Bez wielogodzinnego szykowania się, bez ceremonii przed lustrem, bez udawania wielkiego wydarzenia.

Wyjęłam z szafy ulubione granatowe dżinsy, włożyłam zwykły T-shirt, a na wierzch narzuciłam szarą koszulę w kratę. Do tego wygodne adidasy. Włosy związałam gumką w prosty, schludny kucyk, tak jak robię to na co dzień.

Zaczęliśmy rozmawiać i bardzo szybko zorientowałam się, że siedzi przede mną naprawdę ciekawy człowiek. Pierwsze randki często bywają albo ciężkim milczeniem, albo nudnym przesłuchaniem o byłych związkach. Tym razem było inaczej. Rozmowa popłynęła lekko, naturalnie, prawie bez niezręcznych pauz.

— Widziałaś najnowszą premierę w Teatrze Dramatycznym? — zapytał, odkrawając widelczykiem kawałek szarlotki. — Reżyser, moim zdaniem, za bardzo przekombinował ze scenografią. Pomysł był mocny, ale wykonanie już nie. Z klasyką nie powinno się obchodzić aż tak swobodnie.

— Widziałam — przytaknęłam, odsuwając pusty talerz po sałatce. — Scenografia rzeczywiście była dyskusyjna, tu się zgodzę. Ale główny aktor uratował cały spektakl. Mimikę miał fantastyczną, potrafił rozśmieszyć salę prawie samym spojrzeniem.

— Właśnie! Pomyślałem dokładnie to samo! — ożywił się. — A scena z listem? Przecież to było mistrzostwo.

Rozmawialiśmy o książkach, zahaczaliśmy o niedawne wiadomości naukowe, przeskakiwaliśmy z tematu na temat. Marek był uprzejmy, delikatny, nie przerywał mi, słuchał uważnie i wyraźnie interesowało go to, co naprawdę myślę.

Czułam się przy nim zaskakująco swobodnie. Nawet złapałam się na tym, że w myślach zaczynam rozważać, dokąd moglibyśmy pójść następnym razem.

Potem kelnerka przyniosła rachunek w małym drewnianym pudełku i położyła go na brzegu stolika. Marek nawet nie drgnął w jego stronę. Spokojnie napił się wody i spojrzał na mnie pytająco.

— Za swoją sałatkę i deser zapłacę sama — powiedziałam, wyjmując kartę z torebki.

Mój rachunek był naprawdę niewielki, coś około czterdziestu kilku złotych. Marek skinął z zadowoleniem głową, wyjął z wysłużonego skórzanego portfela pieniądze za swoją kawę i ciasto, po czym włożył je do pudełka. Ani cienia gestu, ani próby zaproszenia kobiety, ani choćby odruchu, że może wypadałoby postawić deser.

Ale nie poczułam się urażona. Byliśmy dorośli i w gruncie rzeczy ustaliliśmy wszystko wcześniej. Już podczas korespondencji jasno napisał, że nie zamierza za nikogo płacić. Uczciwie, bez niespodzianek i bez ukrytych oczekiwań.

Wyszliśmy z kawiarni na chłodną ulicę, pożegnaliśmy się ciepło przy wejściu do metra i każde ruszyło w swoją stronę. Miałam lekko na sercu. Rzadkie, udane spotkanie, po którym naprawdę ma się ochotę na ciąg dalszy.

Wróciłam do domu. Zdjęłam adidasy, powiesiłam koszulę i T-shirt na wieszakach w szafie. Właśnie wtedy telefon w kieszeni dżinsów krótko zawibrował.

Sięgnęłam po niego z niemal pewnością, że zobaczę coś miłego w rodzaju: „Dziękuję za popołudnie, świetnie mi się z tobą rozmawiało, spotkajmy się znowu”.

Na ekranie czekała jednak długa wiadomość od Marka. Zaczęłam czytać i z każdą kolejną linijką moje brwi unosiły się coraz wyżej ze zdumienia.

„Ewo, napiszę prosto i bez owijania w bawełnę. Jestem bardzo rozczarowany naszym spotkaniem. Liczyłem, że zobaczę ładną, zadbaną kobietę, a ty nawet nie spróbowałaś zrobić dobrego wrażenia. Przyszłaś w zwykłej koszulce i adidasach! Nie było od ciebie czuć nawet perfum! Kobieta powinna być świętem, powinna cieszyć oczy swojego mężczyzny. A ty wyglądałaś, jakbyś po prostu wyszła wyrzucić śmieci. Z takim podejściem do siebie i do wyglądu nikomu się nie spodobasz. Przepraszam za szczerość, ale wyraźnie do siebie nie pasujemy”.

Mój dobry nastrój zniknął w jednej sekundzie, jakby ktoś zgasił światło. Zamiast niego zostało we mnie poczucie przykrości, niesprawiedliwości i bardzo gorącej, ostrej złości.

Czyli ten sam człowiek napisał mi czarno na białym, że nie będzie płacił za kobiece perfumy, paznokcie, fryzury i salony? A jednocześnie dorosły mężczyzna całkiem poważnie obraził się, że kobieta nie zainwestowała własnych pieniędzy i własnego czasu po to, żeby akurat jego oko miało przyjemność? Trudno o bardziej przezroczystą bezczelność.

Usiadłam na kanapie i zaczęłam pisać odpowiedź.

„Marku, również dziękuję ci za szczerość — pisałam już bez żadnej potrzeby łagodzenia tonu. — Spójrzmy więc na fakty z dzisiejszego spotkania. Ty nie przyszedłeś na randkę w drogim garniturze, tylko w starym swetrze i wytartych dżinsach. Ja ubrałam się w tym samym stylu. Chciałeś uczciwości? Proszę bardzo. Oto ona: przyszłam taka, jaka jestem w zwykłym życiu, w wygodnych codziennych ubraniach, bez jakichkolwiek finansowych oczekiwań wobec ciebie. Ty po prostu się ubrałeś i przyjechałeś. Ja zrobiłam dokładnie to samo. Przecież jesteśmy równorzędnymi partnerami, tak jak sam deklarowałeś w swoim profilu”.

Zatrzymałam się na moment, ale złość nadal gotowała się we mnie jak woda w czajniku. Palce znów zaczęły stukać w ekran. Druga wiadomość była już ostateczna.

„Jeżeli potrzebujesz kobiety-obrazka — efektownej, idealnie uczesanej, w drogiej sukience, na obcasach, z wieczorowym makijażem i smugą luksusowych perfum — to jest zupełnie inne zamówienie. Taki wygląd kosztuje mnóstwo pieniędzy, czasu i wysiłku. Kobieta nie dostaje tego wszystkiego od natury za darmo, w eleganckim pudełku z kokardą. A jeśli chcesz mieć obok siebie właśnie taką olśniewającą towarzyszkę, to sam też powinieneś zachowywać się odpowiednio: przyjść z kwiatami, podjechać dobrym samochodem, wziąć rachunek na siebie. Nie można żądać drogiej wystawy, kiedy z zasady nie chce się w nią inwestować i liczy się każdy grosz przy kasie. Ty chcesz korzystać z luksusowego auta, płacąc jak za przejazd tramwajem. Tak to nie działa”.

Nacisnęłam „wyślij”. Przy obu wiadomościach natychmiast pojawiły się dwa niebieskie haczyki. Przeczytał je od razu, niemal w tej samej chwili.

Ale u góry czatu nie pokazało się upragnione „pisze…”. Poczekałam dziesięć minut. Odpowiedzi nie było. Marek, zgodnie z przewidywaniami, bardzo wygodnie i bardzo tchórzliwie zniknął w ciszy, nie znajdując ani jednego sensownego argumentu przeciw zwykłej logice.

Potem już nigdy więcej do mnie nie napisał.

Odłożyłam telefon i głęboko westchnęłam. Czy zrobiło mi się przykro? Oczywiście. Ale nie dlatego, że straciłam akurat tego mężczyznę. Zabolało mnie coś innego: dorosły, oczytany człowiek w wieku pięćdziesięciu dwóch lat okazał się tak beznadziejnym hipokrytą i tak małym, tanim głupcem.

Niektórzy mężczyźni bardzo lubią powtarzać, że współczesne kobiety stały się zbyt interesowne. Domagają się pełnego partnerstwa, dzielenia rachunków i absolutnej samodzielności. Chcą, żeby kobieta utrzymywała się sama i nie potrzebowała od nich niczego, nawet drobiazgów.

A jednocześnie z jakiegoś powodu są szczerze przekonani, że ta sama niezależna kobieta, zmęczona po pracy, ma obowiązek wydawać własną pensję na kosmetyki, pielęgnację, fryzjera i ubrania tylko po to, by za darmo dogadzać ich wymagającemu spojrzeniu. A kiedy odmawia takiej dobrowolnej dobroczynności, oni czują się śmiertelnie urażeni.

A wy jak reagujecie na takich oszczędnych wielbicieli kobiecego piękna? Ustawiacie ich od razu do pionu czy bez jednego słowa wysyłacie do blokowanych, nie marnując sił na bezsensowne dyskusje?