Kupiłam sobie trzydniowy pobyt w sanatorium — mąż wpadł w szał i zaczął krzyczeć, że „porządne żony tak się nie zachowują”. Wtedy spakowałam się, zabrałam pieniądze i zamiast krótkiego wyjazdu poleciałam nad morze na całe dwa tygodnie.
Byłam wyczerpana. Nie chodziło już o zwykłe zmęczenie po ciężkim tygodniu, ale o stan, w którym rano człowiek nie ma siły podnieść się z łóżka. Budzik dzwonił, otwierałam oczy i pierwsza myśl była zawsze taka sama: „Boże, znowu trzeba przez to wszystko przechodzić”. A przecież z boku moje życie wyglądało całkiem normalnie. Zwyczajna praca — handlowiec w małej firmie. Zwyczajne mieszkanie na obrzeżach miasta. Zwyczajna rodzina.

Tylko że ta codzienność przygniatała mnie coraz mocniej.
Nie rozumiałam, dlaczego jestem aż tak zmęczona. Przecież nie pracowałam fizycznie, nie nosiłam cegieł ani nie rozładowywałam ciężarówek. Siedziałam w biurze, odbierałam telefony, robiłam raporty i wypełniałam tabelki. W domu też nic nadzwyczajnego — obiad, pranie, sprzątanie, zakupy. Miliony kobiet żyją dokładnie tak samo.
A jednak ja czułam, że powoli gaśnie we mnie wszystko.
Nikomu o tym nie mówiłam. Wiedziałam, co bym usłyszała: że przesadzam, że jestem leniwa, że inni mają gorzej.
Lekarze nie znajdowali żadnej konkretnej przyczyny. Wyniki badań były dobre, ciśnienie w normie. „Proszę brać witaminy i więcej odpoczywać” — słyszałam od lekarki. Łatwo powiedzieć.
Nic już mnie nie cieszyło. Kiedyś uwielbiałam gotować — szukałam nowych przepisów, próbowałam różnych smaków, eksperymentowałam w kuchni. Później wszystko zamieniło się w rutynę: kotlety, makaron, zupa, sałatka. Dzień za dniem dokładnie to samo.
Wieczorami dawniej czytałam książki. Teraz zasypiałam od razu po położeniu głowy na poduszce. Śniła mi się tylko praca, telefony i kolejne obowiązki.
Pewnego dnia zadzwoniła do mnie Swieta.

— Ola, słuchaj, mam wolny pobyt w sanatorium — powiedziała. — Kupiłam go dla mamy, ale zachorowała i nie pojedzie. Mogę ci odstąpić prawie za darmo. Tylko zwrócisz zaliczkę. Jedziesz?
Sanatorium. Trzy dni ciszy. Od razu wyobraziłam sobie spokojny pokój, brak obowiązków, spacery po parku i posiłki, których nie muszę sama gotować.
— Jadę — odpowiedziałam bez zastanowienia. — Nawet nie wiesz, jak bardzo tego potrzebuję.
Wyjazd był za tydzień. Wystarczyło wziąć jeden dzień wolnego. Tylko trzy dni. Nie miesiąc.
Wieczorem powiedziałam o wszystkim mężowi. Siergiej siedział przed telewizorem z piwem w ręku.
— Chcę pojechać do sanatorium na kilka dni — powiedziałam spokojnie. — Trafiła się świetna okazja.
Oderwał wzrok od ekranu.
— Sama?
— Tak. To tylko trzy dni.
Natychmiast się zdenerwował. Odłożył butelkę i spojrzał na mnie tak, jakbym powiedziała coś strasznego.
— Normalne żony tak nie robią! — podniósł głos. — Co ci przyszło do głowy? Wyjeżdżać samej do sanatorium?
— Jestem wykończona. Potrzebuję odpocząć.
— Wszyscy są zmęczeni! Ja też pracuję! Ale jakoś nie uciekam od rodziny!
— To nie ucieczka. Trzy dni to chyba nie tragedia?
— A kto będzie gotował? Kto zajmie się domem?
Wtedy z pokoju wyszedł nasz syn Dima razem z żoną Anią. Usłyszeli awanturę.
— Co się dzieje? — zapytał syn.
— Twoja matka postanowiła zostawić rodzinę i jechać sobie odpoczywać! — rzucił Siergiej.

Dima spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
— Mamo, serio?
— Chcę wyjechać na trzy dni.
Ania od razu się wtrąciła:
— A kto odbierze Aloszę z przedszkola? Przecież my oboje pracujemy. Zawsze pani go odbiera.
— Można znaleźć opiekunkę albo poprosić kogoś o pomoc.
— Kogo? — oburzyła się. — Przecież Alosza ma jeszcze angielski i basen. Wszystko jest zaplanowane.
— Raz może opuścić zajęcia — powiedziałam cicho.
— My za to płacimy! — odpowiedziała ostro.
Dima tylko pokiwał głową.
— Mamo, naprawdę dziwnie to wygląda. Liczyliśmy na ciebie.
Następnego dnia poprosiłam o wolne w pracy. Szefowa spojrzała na mnie z niezadowoleniem.
— Ola, za tydzień mamy raport kwartalny. Kto to zrobi?
— Przygotuję większość wcześniej.
— Większość to nie wszystko. Zostawiasz nas w najgorszym momencie.
Wyszłam z gabinetu i długo siedziałam przed komputerem, patrząc w ekran. Czy naprawdę świat się zawali, jeśli mnie nie będzie przez trzy dni?
Wieczorem pojechałam do mamy. Chorowała na cukrzycę i miała problemy z nogami. Co tydzień robiłam jej zakupy, sprzątałam i gotowałam obiady na kilka dni.
— Mamo, chciałam wyjechać na trzy dni — powiedziałam podczas zmywania naczyń.
Spojrzała na mnie z oburzeniem.
— Do sanatorium? A ja co? Mam sobie sama radzić?
— To tylko kilka dni.
— A jeśli coś mi się stanie? Kto przyjedzie? Sąsiadka? Ty jesteś córką i masz obowiązki wobec matki!
Westchnęłam ciężko.

— Dobrze. Nie pojadę.
Wieczorem położyłam się na łóżku i rozpłakałam. Po cichu, żeby nikt nie słyszał. Bolało mnie to, że wszyscy uznali mnie za egoistkę tylko dlatego, że chciałam odpocząć przez trzy dni.
I wtedy coś do mnie dotarło.
Byłam zmęczona nie pracą, ale życiem dla wszystkich oprócz siebie. Dla męża, syna, synowej, matki, firmy. Każdy czegoś ode mnie oczekiwał. Każdy uważał, że jestem zobowiązana pomagać, służyć, rozwiązywać problemy.
Tylko ja sama nie liczyłam się dla nikogo.
Wstałam, otarłam łzy i usiadłam do komputera. Kupiłam nowy wyjazd. Już nie na trzy dni.
Na dwa tygodnie.
Do porządnego sanatorium nad morzem.
Pieniądze wzięłam z oszczędności, które Siergiej odkładał na nowy telewizor z ogromnym ekranem. Marzył o nim od miesięcy.
Trudno. Stary jeszcze działał.
Rano oznajmiłam spokojnie:
— Za tydzień wyjeżdżam na dwa tygodnie.
Mąż zamarł.
— Co?!
— Jadę odpocząć. Sama.
— Zwariowałaś?! A co z nami?!
— Dacie sobie radę. Jesteście dorośli.
Znów zaczął krzyczeć, ale tym razem już mnie to nie ruszało.
Po godzinie zadzwonił Dima.
— Mamo, tata mówił, że wyjeżdżasz. To prawda?
— Tak.
— A Alosza?
— Jesteś jego ojcem. Sam go odbieraj z przedszkola.
— Ale my pracujemy!
— Ja też pracuję.
Rozłączyłam się.

W pracy złożyłam wniosek o urlop. Szefowa próbowała mnie straszyć, że firma to zapamięta i mogę zapomnieć o awansie.
Po raz pierwszy było mi wszystko jedno.
Mamie zamówiłam dostawy zakupów i poinformowałam ją, że przez dwa tygodnie mnie nie będzie. Krzyczała do słuchawki, ale zakończyłam rozmowę.
Te dwa tygodnie były jak odzyskanie życia. Spałam tyle, ile chciałam. Spacerowałam po plaży, czytałam książki, chodziłam na zabiegi i piłam kawę w ciszy.
Nikt niczego ode mnie nie chciał.
Nikt mnie nie oceniał.
Byłam wolna.
Telefon sprawdzałam raz dziennie. Siergiej przez pierwsze dni pisał obrażone wiadomości, później przestał. Syn dzwonił kilka razy, ale rozmowy były krótkie. Mama napisała tylko jedno zdanie: „Jesteś wyrodną córką”.
Nie odpowiedziałam.
Kiedy wróciłam po dwóch tygodniach, czułam się inną osobą. Wypoczętą. Spokojną. Silniejszą.
Domownicy byli chłodni. Mąż milczał demonstracyjnie. Syn powiedział sucho, że jestem egoistką.
Tym razem jednak nie miałam już wyrzutów sumienia.
Kilka miesięcy później zmieniłam pracę na spokojniejszą i bliżej domu. Synowi oznajmiłam, że wnuka będę odbierać tylko dwa razy w tygodniu. Resztę muszą organizować sami.
Mamie pomagam rzadziej. I nagle okazało się, że potrafi sobie poradzić.
A ja w końcu zaczęłam naprawdę żyć. Spotykam się z przyjaciółkami, czytam, spaceruję i raz na jakiś czas wyjeżdżam sama choćby na weekend.

Siergiej przestał krzyczeć. Przyzwyczaił się.
Zrozumiałam jedną ważną rzecz: człowiek często nie wie, że żyje w klatce, dopóki nie spróbuje zrobić kroku w bok. Dopiero wtedy inni zaczynają krzyczeć, że jest egoistą, złą żoną, złą matką albo niewdzięczną córką.
A przecież czasem chodzi tylko o jedno — żeby wreszcie pozwolić sobie żyć choć trochę dla siebie.
I to nie jest egoizm.
To jest prawo każdego człowieka.
