Tak myślałam, że wszystko mam pod kontrolą aż do zeszłego piątkowego wieczoru.
Mam czterdzieści sześć lat, od dawna jestem rozwiedziona i pracuję jako główna księgowa w niewielkiej firmie transportowo-logistycznej. Moje życie jest spokojne, dzieci dorosły, a w pewnym momencie postanowiłam: dlaczego nie dać sobie szansy na nowe relacje? Tak trafiłam na portal randkowy. Spośród setek podobnych profili i niejasnych wiadomości od razu przykuł moją uwagę Jarosław.
Miał pięćdziesiąt osiem lat. Na zdjęciach prezentował się solidnie: szlachetna siwizna, elegancki garnitur, pewny wzrok, w tle drogie auto. W swoim profilu pisał:
„Jestem mężczyzną spełnionym, cenię komfort i jakość życia, szukam kobiety do poważnego związku — tej, która zmęczyła się chłopcami i darmozjadami”.
Brzmiało to, przyznam, bardzo kusząco. Wymienialiśmy wiadomości przez około tydzień. Jarosław pisał poprawnie, pięknie wplatał cytaty, rozmyślał o zasadach i sprawiał wrażenie człowieka starej daty, dla którego honor, słowo i godność wciąż mają znaczenie.
Gdy zaproponował spotkanie, sam wybrał renomowaną restaurację mięsna w centrum miasta. Lokal nie należał do tanich: przytłumione, miękkie światło, masywne skórzane sofy, witryny z dojrzewającym mięsem w sali. Już wtedy pomyślałam, że mężczyzna najwyraźniej chce zrobić mocne wrażenie.
Przyszłam punktualnie, uczesałam włosy i założyłam swoją ulubioną szmaragdową suknię. Jarosław już siedział przy stoliku. W rzeczywistości był nieco niższy i mocniej zbudowany niż na zdjęciach, ale poruszał się pewnie — nawet z lekką protekcjonalnością, jak ktoś, kto widział i rozumie wiele.
„Wiesz, tydzień był piekielnie ciężki. Negocjacje, partnerzy, ciągłe napięcie… organizm potrzebuje białka” — głośno powiedział kelnerowi, aby usłyszeli to goście przy sąsiednich stolikach. „Poproszę ribeye, medium. A przy okazji… dwa. Jestem dziś głodny jak wilk. I butelkę najlepszego shiraza”.
Kelner uprzejmie kiwnął głową i odszedł. Oczywiście byłam zdziwiona takim apetytem, ale milczałam. W końcu dorosły, zamożny mężczyzna ma prawo jeść, jak mu się podoba, zwłaszcza w piątkowy wieczór.
Czekając na zamówienie, Jarosław wygłosił niemal monolog. Opowiadał o rzekomych dużych sukcesach zawodowych, o tym, jak podwładni go szanują, jak partnerzy liczą się z jego opinią, a potem płynnie przeszedł do tematu, który, jak się zdaje, uwielbia wielu mężczyzn z portali randkowych — „materializmu współczesnych kobiet”.
„Widzisz, Aneto” — zaczął pouczająco, gdy kelner otwierał drogą butelkę wina i nalewał ją do kieliszka, a mnie podał herbatę. „Dziś kobiety interesują się tylko pieniędzmi. Nikt nie patrzy na mężczyznę jak na osobę. Wszystkie szukają portfela.
A ja nie jestem bankomatem. Chcę partnerstwa, równości. Jak w Europie”.
Kiwnęłam uprzejmie głową, delikatnie podjadając krewetki z sałatki. W tym czasie podano mu steki. Dwa ogromne kawałki marmurkowej wołowiny leżały na drewnianej desce, pachnąc przyprawami i ciepłem. W powietrzu mieszały się aromaty rozmarynu, masła i chrupiącej skórki.
Mój towarzysz rzucił się na steki z taką chciwością, że mimowolnie odwróciłam wzrok. Kroił mięso dużymi kawałkami, wkładał do ust, popijał winem i jednocześnie rozmyślał o honorze, zasadach i „właściwych kobietach”. Soki mięsne lśniły na jego brodzie. Obraz, delikatnie mówiąc, nie należał do romantycznych.
Pod koniec kolacji z dwóch steków pozostała pusta deska i tłuste ślady, a butelka shiraza wypita do ostatniej kropli. Ja dawno skończyłam herbatę i po prostu czekałam, aż to przedstawienie się skończy.
Jarosław głośno odbił się w serwetkę, rozłożył się na sofie i strzepnął palcami, wołając kelnera.
„Rachunek, proszę!”.
Postawiono przed nim czarną skórzaną teczkę. Jarosław leniwie ją otworzył, przebiegł wzrokiem po kwocie, a zadowolona mina zmieniła się w biznesową powagę. Potem spokojnie przesunął teczkę w moją stronę.
„No więc, Aneto. Razem szesnaście tysięcy osiemset złotych. Od ciebie osiem tysięcy osiemset”.
Na chwilę zaniemówiłam. Jakby ktoś nacisnął w moim wnętrzu pauzę. Spojrzałam na rachunek, potem na Jarosława, a potem znów na rachunek.
„Przepraszam, Jarosławie, dobrze usłyszałam? Proponujesz, żebym zapłaciła połowę tego wszystkiego?”
Spojrzał na mnie wyraźnie zirytowany, jakbym zadała niewiarygodnie głupie pytanie.
„Co cię zdziwiło? W restauracji rachunek dzielimy po połowie. Nie jestem sponsorem, żeby karmić mało znane kobiety. Jesteśmy nowocześni. Od razu mówiłem, że chcę równych relacji. A ty jesteś jedną z tych, które sprzedadzą się za kawałek mięsa?”
Takiej bezczelności dawno nie spotkałam. Moja sałatka i herbata kosztowały dokładnie tysiąc dwieście złotych. Reszta — ponad piętnaście tysięcy — to jego dwa ogromne steki i butelka drogiego wina, do których nawet nie tknęłam. W praktyce postanowił wystawić sobie luksusową kolację na mój koszt, maskując zwykłe skąpstwo pięknymi słowami o europejskiej równości.
W pierwszych sekundach bardzo chciałam zrobić scenę. Chciałam powiedzieć temu zadufanemu manipulatorowi w eleganckim garniturze wszystko, co myślę o jego „zasadach” i męskim honorze. Ale jestem księgową. Pracuję z cyframi i wiem: tam, gdzie wystarczy dokładne rozliczenie, emocje są zbędne.
Uśmiechnęłam się najsłodszym uśmiechem, jaki potrafiłam.
„Wiesz, Jarosławie, masz całkowitą rację. Też jestem za europejskim podejściem, samodzielnością i finansową uczciwością. Przepraszam, na chwilę odchodzę poprawić makijaż, a potem wszystko wyjaśnimy”.
Uśmiechnął się zadowolony, najwyraźniej uznając, że jego sprytny trik zadziałał. Oparł się wygodnie na sofie, dłubiąc wykałaczką w zębach.
Wstałam, wzięłam torebkę i skierowałam się w stronę toalety. Po drodze odbiłam w stronę recepcji, gdzie właśnie stał kelner.
„Młody człowieku” — powiedziałam cicho, ale stanowczo, — „proszę o wystawienie osobnego rachunku. Przy stoliku czwartym zamawiałam tylko sałatkę z krewetkami i herbatę”.
Kelner najwyraźniej od razu zrozumiał sytuację i bez słowa kiwnął głową. Szybko wprowadził kilka danych do terminala.
„Tysiąc dwieście złotych” — oznajmił.
Przykładając kartę, zapłaciłam swój rachunek i dorzuciłam trzysta złotych napiwku.
„A reszta” — zrobiłam krótką pauzę — „w tym dwa ribeye i butelka wina, proszę przekazać mojemu towarzyszowi. On nalegał na podział, jak prawdziwy Europejczyk”.
Do stolika już nie wróciłam. Przeszłam spokojnie przez salę, tak aby Jarosław mnie zauważył. Przy wyjściu złapałam jego wzrok. Nadal siedział w oczekiwaniu, pewny, że wrócę i grzecznie wyciągnę portfel. Posłałam mu powietrzny pocałunek, przyjaznie pomachałam ręką i wyszłam w chłodną warszawską noc.
W drodze powrotnej taksówką telefon wibrował nieprzerwanie. Jarosław dzwonił pięć razy pod rząd. Potem zaczęły napływać wiadomości. Najpierw zdezorientowane: „Aneto, gdzie jesteś? Kelner wymaga zapłaty”. Potem oburzone: „Co sobie pozwalasz?” A później już wprost wściekłe: „Jesteś drobną, wyrachowaną oszustką! Normalni ludzie tak nie postępują!”
Później okazało się, że „udany biznesmen” w rzeczywistości nie miał na karcie wystarczającej sumy, by opłacić kolację, którą sam zamówił. Musiał dzwonić do znajomych, by pożyczyć pieniądze i uregulować własną chciwość.
Z ogromną satysfakcją zablokowałam jego numer i usunęłam całą korespondencję. Tak poznałam współczesnego „dzielnika rachunków” — mężczyznę, który tak boi się wykorzystania, że sam chętnie ustawia się na kobiecym koszt, nazywając własne skąpstwo pięknymi słowami o równości.
A Wam zdarzyło się spotkać takich ludzi — którzy próbowali rozwiązać swoje problemy finansowe pod płaszczykiem uczciwego partnerstwa i nowoczesnej równości? Jak sobie z tym radziliście?
