Nie uwierzysz, jak w jeden dzień wujek zniszczył cały mój ogród i jak sąsiadka zareagowała bez cienia zdziwienia!

– Zuzanna, twoi wnukowie zerwali wszystkie moje krzewy borówki! – powiedziała sąsiadka, a jej mina nie zdradzała ani cienia zdziwienia.

– Zuzanna, twoi wnukowie zniszczyli cały mój zbiór borówki! – powtórzyła Tonka, nie kryjąc rozdrażnienia. – No i co z tego? Przecież to dzieci.

– Jak to co? Cały mój plon został zniszczony!

Tonka Ivanowna codziennie rano obchodziła swoją działkę z kubkiem herbaty w dłoni, sprawdzała grządki i podziwiała drzewa owocowe.

Ich działka, którą dzieliła z mężem Piotrem Nikiforowiczem, miała piętnaście arów. Połowę zajmował warzywnik: ziemniaki, marchew, kapusta. Drugą połowę – sad z jabłoniami, gruszami i krzewami.

Najbardziej dumna była z krzewów borówki. Pięć lat temu posadziła pierwsze sadzonki i w tym roku spodziewała się pierwszego poważnego plonu.

Obok rosły maliny, które co roku obficie owocowały, a wzdłuż płotu wspinała się winorośl z ciężkimi gronami.

– Piotrze, spójrz, jak pięknie dojrzewa borówka! – wołała.

– Pięknie – zgadzał się mąż.

Latem przyjeżdżali wnukowie: dwunastoletni Aleks i dziesięcioletnia Lena. Dzieci pomagały w ogrodzie, zbierały owoce, kąpały się w strumyku. Tonka Ivanowna rozpływała się w ich towarzystwie.

Po sąsiedzku mieszkała Zuzanna Piotrowna. Jej działka była malutka, zaledwie sześć arów. Nie miała warzywnika, tylko kwiatowe klomby i mały domek.

Latem odwiedzało ją pięcioro wnuków w wieku od czterech do czternastu lat. Rodzice pracowali w mieście, a babcia spędzała lato z żywiołowymi urwisami.

Dzieci zaprzyjaźniły się z wnukami Tonki, biegały między działkami. Tonka nie miała nic przeciwko; wręcz cieszyła się ich radosnym śmiechem.

– Ciociu Tonko, możemy u was pobawić się? – pytali.

– Oczywiście, tylko uważajcie na grządki – odpowiadała.

Pewnego ranka Tonka zobaczyła coś niezwykłego. Niektóre krzewy borówki były prawie puste. Zamiast niebieskich owoców wisiały tylko zielone, niedojrzałe jagody.

– Piotrze, chodź tutaj! – zawołała.

– Co się stało?

– Spójrz na borówki. Gdzie owoce?

Mąż podszedł bliżej i dokładnie obejrzał krzewy.

– Dziwne… Wczoraj jeszcze wszystko było pełne.

– Może ptaki je podziobały?

– Ptaki jedzą po jednej jagodzie, a tu wszystko zniknęło. Wygląda na to, że ktoś celowo zerwał wszystkie owoce.

Tonka sprawdziła pozostałe krzewy. Maliny też były prawie puste, nawet niedojrzałe jagody zostały zerwane.

– Piotrze, ktoś też zerwał maliny!

– Nie może być…

Fakt pozostawał faktem. Krzewy, które jeszcze wczoraj uginały się od owoców, dziś stały nagie.

Wieczorem Tonka postanowiła obserwować ogród. Usiadła na ławce z książką, ale cały czas zerkała w stronę sadu.

Po godzinie zauważyła, jak przez dziurę w płocie przechodzą wnukowie Zuzanny. Wszyscy pięcioro zmierzali prosto do borówek.

– Spójrzcie, jakie są piękne! – cieszyła się najmłodsza.

– Zbierzmy wszystko! – zaproponował najstarszy.

Dzieci zaczęły systematycznie zrywać owoce, jeść je w biegu, wkładać do kieszeni i do znalezionego worka.

– Co wy tu robicie? – wyszła z ukrycia Tonka.

Dzieci zamarły ze strachu, starsi próbowali schować worek za plecami.

– Tylko trochę spróbowaliśmy – tłumaczył trzynastoletni Michał.

– Trochę? Przecież zerwaliście wszystkie krzewy!

– Ciociu Tonko, możemy jeszcze trochę wziąć? – zapytała czteroletnia Kaja. – Są takie smaczne!

– Nie, to nasze jagody. My je sami hodowaliśmy.

Dzieci powoli wróciły do dziury w płocie. Tonka obserwowała je, a potem poszła do sąsiadki. Zuzanna siedziała na werandzie.

– Zuzanno, musimy porozmawiać – zaczęła.

– Mów.

– Twoi wnukowie zerwali wszystkie moje krzewy borówki!

Sąsiadka wciąż była niewzruszona.

– No i co z tego? Przecież to dzieci.

– Jak to co? Zniszczyli cały mój plon!

– Tonka, po co się tak przejmujesz? To tylko jagody.

Tonka zaniemówiła.

– Jagody? Pięć lat je pielęgnowałam! Każdy krzew podlewałam, nawoziłam!

– Wyrosną następne. Nie ma co się martwić.

– Zuzanno, chociaż mogłabyś przeprosić?

– Za co przepraszać? Dzieci są dziećmi. Czego ode mnie chcesz?

Rozmowa ugrzęzła w martwym punkcie. Sąsiadka najwyraźniej nie uważała zachowania swoich wnuków za coś złego.

Nazajutrz Tonka odkryła, że zniknęły też grona winogron – te, które miały dojrzeć pod koniec sierpnia.

– Zuzanno! – krzyknęła przez płot.

– Co teraz?

– Twoi wnukowie zerwali teraz winogrona!

– No i co? Pewnie były kwaśne.

– Oczywiście, że były kwaśne! Zielone! Prawie wszystkie grona zostały zerwane!

– No, spróbowali i odłożyli. Dzieci są ciekawe.

Tonka poczuła, jak w środku wszystko wrze.

– Zuzanno, twoje dzieci niszczą cały mój ogród!

– Nie przesadzaj. Masz dużą i bogatą działkę.

– A co z tego, skoro te rośliny hodowałam przez lata!

– To hoduj dalej.

Sąsiadka weszła do domu, trzaskając drzwiami.

Wieczorem Tonka opowiedziała mężowi o całej sytuacji.

– Wyobraź sobie, nawet się nie przeprosiła! – mówiła. – Twierdzi, że dzieci są dziećmi.

– No, a czego oczekiwałaś? – wzruszył ramionami Piotr Nikiforowicz. – Łatwiej jej machnąć ręką, niż rozmawiać z dziećmi o wychowaniu.

– Ale to kradzież!

– Tonka, nie denerwuj się. Dzieci nie rozumieją.

– Starszy ma trzynaście lat! Powinien wiedzieć, że nie wolno brać cudzych rzeczy!

Mąż westchnął. Nie chciał kłótni z sąsiadami przez owoce.

Po kilku dniach zniknęła też porzeczka.

– Już dłużej nie wytrzymam! – stanowczo oznajmiła Tonka.

Znów poszła do Zuzanny. Sąsiadka podlewała kwiaty z konewki.

– Teraz zjedli też porzeczki!

– Jakie porzeczki?

– Moje! Twoi wnukowie znów wchodziły przez płot!

– Tonka, uspokój się. Dzieci tylko trochę pochrupały, nie tragedia.

– Nie pochrupały, zniszczyły całkowicie! Cały mój plon przepadł!

– Dlaczego obwiniasz dzieci? Sama jesteś winna.

Tonka nie mogła uwierzyć własnym uszom.

– Jak to „winna”?

– Kto im pozwalał biegać po twojej działce? Przyzwyczaili się, że wszystko wolno.

– Myślałam, że dobrze robię, pozwalając dzieciom się zaprzyjaźnić!

– No i masz efekt swoich dobrych intencji.

Zuzanna odłożyła konewkę i weszła do domu:

– A jeśli nie chcesz, żeby brały, postaw wyższy płot. Dziury wszędzie, każdy może przejść.

– Zuzanno, trzeba wytłumaczyć dzieciom, że nie wolno brać cudzych rzeczy!

– Trzeba. Ale po co? I tak nie zrozumieją.

Tonka wróciła do domu w rozgoryczeniu. Usiadła na ławce i rozpłakała się. Przez tyle lat pielęgnowała ogród, czekała na plon, a teraz wszystko przepadło.

– Tonka, po co te łzy? – pocieszał mąż. – W przyszłym roku będą nowe jagody.

– Nie chodzi o owoce! Chodzi o to, że sąsiadka nawet nie chce przeprosić! Stała się bezczelna!

– Cóż z tego? Wiesz, jaka ona jest.

Zuzanna rzeczywiście miała opinię osoby niełatwej w kontaktach w osiedlu. Do tej pory Tonka i ona dogadywały się całkiem dobrze.

– Piotrze, może podwyższymy płot?

– Możemy, ale drogo wyjdzie.

– A co robić? W przeciwnym razie zniszczą cały ogród.

Nazajutrz rozpoczęło się budowanie nowego płotu. Piotr Nikiforowicz przywiózł deski, siatkę i słupki. Pracował od rana do wieczora.

Zuzanna obserwowała budowę ze swojego ogrodu, złośliwie komentując:

– Ależ skąpi! Od dzieci się odgrodzili!

Tonka milczała, tylko mocniej zaciskała wargi.

Wnuki sąsiadki również krążyły przy płocie, szukając nowych dziur. Piotr wszystkie załatał, szczeliny zasypał.

– Ciociu Tonko, dlaczego zbudowaliście płot? – zapytała mała Kaja.

– Żeby chronić owoce.

– Możemy u was nadal przychodzić się bawić?

– Nie, już nie.

Płot pomógł, ale relacje z sąsiadami były już całkowicie zepsute. Zuzanna odwracała się przy spotkaniach, dzieci przestały przychodzić.

– Sknera! – krzyczeli przez płot. – Baba-szkodniczka!

Tonka starała się nie zwracać uwagi, ale serce bolało. Dawniej ogród wypełniał dziecięcy śmiech, teraz zapadła cisza.

Tymczasem Zuzanna opowiadała innym działkowiczom swoją wersję:

– Wyobraźcie sobie, jakie są chciwe! Nie pozwalają dzieciom zjeść jagody! Płot wysoki postawili!

– A ile zjedli? – dopytywali sąsiedzi.

– No garstkę… a ona opowiada, jakby ukradli miliony!

Jej wersja wydawała się korzystniejsza. Kto uwierzy, że dzieci mogły zjeść cały plon?

Stopniowo w osiedlu utrwaliła się opinia, że Tonka jest skąpa i złośliwa, a Zuzanna – dobra babcia samotnie wychowująca pięcioro wnuków.

Pod koniec lata sytuacja jeszcze się pogorszyła. Dzieci sąsiadki, nie mogąc wejść do sadu, zaczęły mścić się inaczej.

Czasem piłka przeleci przez płot, czasem śmieci. Pewnego ranka Tonka odkryła, że ktoś rozsypał w warzywniku niedopałki i papierki.

– Zuzanno, opamiętaj swoje wnuki!

– Co zrobiły?

– Śmieci porozrzucały po ogrodzie!

– Skąd wiesz, że to moje? Może wiatr przyniósł.

Dzieci nadal psociły. Polewały wodą przez płot, rzucały kamieniami w okna.

Tonka zrozumiała, że babcia ich nie tylko nie powstrzymuje, ale wręcz zachęca.

– Piotrze, może zgłosić to na policję?

– Tonka, co ty! Przez psoty dzieci ludziom głowę zawracać?

– Ale oni niszczą!

– Poczekamy. Lato wkrótce się skończy, wyjadą.

I rzeczywiście, pod koniec sierpnia hałaśliwa ferajna zebrała się do miasta.

Tonka wieczorem siedziała na ławce w ciszy, myśląc o przyszłym lecie. Pewnie Zuzanna znów przywiezie pięcioro wnuków. A co wtedy?

Znów napięte stosunki przez płot, znów kamienie w ogród i wyzwiska? Dzieci teraz uważają ją za złą, skąpą babcię, a ich babcia nie zamierza ich przekonywać inaczej.

Ogród już nie był miejscem radości i odpoczynku – stał się twierdzą, w której trzeba było chronić nie tylko owoce, lecz także własny spokój.