Hałas i śmiech w salonie zderzały się z duszną ciszą w małym pokoju dziecięcym. Los jednak miał własne plany.
Drzwi do pokoju otworzyły się gwałtownie, bez pukania — tak wchodziła osoba pewna, że może wszystko. W progu stanęła Elżbieta: w eleganckiej sukni, starannie uczesana, trzymająca torbę z cukierni, z miną sugerującą, że jej sam widok powinien wywołać uśmiech na twarzach wszystkich obecnych.
— Ojej — wymamrotała, spostrzegając półmrok. — Co to za żałobny nastrój? Jak w szpitalu, naprawdę.
Anna nie odwróciła głowy — siedziała przy córce. Zosia ciężko oddychała, jej wargi były spękane. Na poduszce ciemna plama potu rozlała się wilgotno.
— Proszę ciszej — powiedziała spokojnie Anna. — Ma wysoką gorączkę.
— Widzę — podeszła Elżbieta, przykładając dłoń do czoła dziewczynki, jakby sprawdzała jakość towaru. — Gorąca. Nic strasznego, przejdzie. W moich czasach dzieci i z czterdziestką na nogach były w stanie funkcjonować.
Anna wyprostowała się gwałtownie.
— W waszych czasach przeżywało się, a nie leczyło — odpowiedziała sucho. — Teraz to nie działa tak samo.
Teściowa uniosła zaskoczona brwi. Obok stał Michał, cicho kaszląc — jak ostrzeżenie: „nie zaczynaj”.
— Misiu — Elżbieta poprawiła ramiona — coście tu zrobili? Goście wkrótce przyjdą, a patrzę, że stół wciąż pusty.
Anna przeniosła wzrok na męża. W jego oczach błagała niemoc: „wytrzymaj jeszcze chwilę”.
— Michał — szepnęła — Zosia potrzebuje gorączkowego leku i lekarza. Teraz.
— Zamówię prywatnego lekarza — machnął ręką — ale jubileusz mamy nie odwołamy. Nie przesadzaj.
Anna powoli wstała. Mokre ręczniki spadły na podłogę. Spojrzała na męża, jakby po raz pierwszy widziała obcego człowieka.
Anna wyszła z pokoju, delikatnie zamykając drzwi. Cisza była głośniejsza niż każdy krzyk.
Na kuchni Michał ustawiały kieliszki, Elżbieta rozkładała ciasteczka, jakby była u siebie.
— Misiu, sałatka bez tych waszych… jak to się tam nazywa… awokado. Normalni ludzie jemy.
— Tak, mamo — zgodził się pospiesznie Michał.
Anna położyła na stole termometr, jak dowód niepodważalny.
— Trzydzieści dziewięć i dwa — oznajmiła. — To nie „przejdzie samo”. To ryzyko drgawek.
Elżbieta parsknęła:
— Przestań, panikujesz. Młode matki czytają te wszystkie strony…
— Nie czytam stron — przerwała Anna. — Od trzech nocy nie śpię. Widzę, w jakim stanie jest moje dziecko.
Michał zirytowany odsunął kieliszek:
— Anna, daj spokój. Podamy syrop i będzie dobrze. Mama już przyjechała, goście w drodze…
Anna spojrzała na niego długo i spokojnie.
— Twoja mama ma jubileusz, a Zosia ma prawie czterdzieści stopni, a ty wybierasz matkę? — spytała cicho.
Nie krzycząc, bez histerii. I właśnie to przerażało.
Michał zamrugał zdezorientowany.
— Chcesz, żebym wyrzucił mamę za drzwi?
— Chcę, żebyś był ojcem — odpowiedziała Anna. — Choćby dziś.
Elżbieta natychmiast się wmieszała:
— Zaczyna się. Michał, słyszysz? Manipuluje dzieckiem. Zawsze tak: przyjadę — od razu gorączka, lekarz, dramat.
Anna obróciła się lodowato:
— Mówisz poważnie? Sugerujesz, że córka zachorowała specjalnie, by zepsuć ci święto?
Teściowa wyprostowała się jeszcze bardziej:
— Mówię tylko, że niektóre zbiegi okoliczności wyglądają dziwnie.
Michał bezradnie uniósł ręce:
— Mamo, daj spokój… Anna, proszę, bez skandalu.
I właśnie to „bez skandalu” złamało Annę. Bo w rzeczywistości oznaczało: „milcz”.
Anna wzięła telefon i zadzwoniła po pogotowie. Od razu, przed wszystkimi.
— Dzień dobry, dziecko ma cztery lata, gorączkę trzydzieści dziewięć i dwa, trzeci dzień, nie spada…
Michał zbledł.
— Co robisz? — wyszeptał, zasłaniając mikrofon dłonią. — Przyjdą sąsiedzi, mama…
Anna odsunęła jego rękę.
— Nie obchodzi mnie, kto zobaczy — powiedziała cicho. — Słyszę, jak oddycha moja córka.
Elżbieta opadła na krzesło, jakby siłą zabrano jej święto.
— Dokładnie! — wyszeptała złośliwie. — Tylko by rodzinę zawstydzić. Pogotowie…
— To pomoc medyczna — przerwała stanowczo Anna.
Operator zadawał pytania, Anna odpowiadała szybko i konkretnie, Michał chodził w tę i z powrotem, szukając wyjścia z sytuacji.
Wreszcie stanął.
— Dobrze — powiedział cicho. — Jeśli będzie trzeba, pojadę z wami.
Anna spojrzała mu w oczy.
— Nie „jeśli będzie trzeba” — odparła. — Jedziesz jako ojciec. Kropka.
Zosia jęknęła skąpo z pokoju dziecięcego, jakby w półśnie zawołała o pomoc.
Anna pobiegła tam pierwsza.
Dziewczynka leżała na boku, powieki półprzymknięte, rączki drżały. Anna od razu zrozumiała — zaczęło się.
— Michał! — krzyknęła. — Szybko! Ręcznik! Woda! I drzwi otwórz!
Michał zamarł, widząc córkę. Jego twarz wyrażała niedowierzanie: „nie sądziłem, że to możliwe”.
Anna działała automatycznie: obróciła córkę na bok, podłożyła pod głowę miękką rzecz, starając się nie popaść w panikę.
Elżbieta pojawiła się w drzwiach.
— Boże… — wyszeptała, i przez chwilę była przerażoną babcią, nie władczą teściową. — Co się z nią dzieje?
— Wynoś się — stanowczo kazała Anna.
Teściowa cofnęła się.
Dziesięć minut później przyjechało pogotowie. Potem szybko: pytania, badanie, nosze, zapach leków, zimny korytarz, zaciekawieni sąsiedzi.