Siedmioletnia Zuzia wracała ze szkoły po znajomej uliczce, którą przemierzała niezliczoną ilość razy. Na plecach lekko huśtał się jej tornister, a w głowie kotłowały się typowe, dziecięce myśli. Dookoła panował spokój: ciche domy, drzewa szumiące wzdłuż drogi, zapach świeżego pieczywa dochodzący z pobliskiej piekarni i sporadyczni przechodnie. Nic nie wskazywało na niebezpieczeństwo, dzień zdawał się taki sam jak wszystkie inne.
Nagle w sercu Zuzi pojawiło się niepokojące uczucie — miała wrażenie, że ktoś uparcie ją obserwuje. Początkowo starała się nie zwracać uwagi, myśląc, że to tylko jej wyobraźnia. Jednak niepokój nie znikał. Dziewczynka przyspieszyła kroku i ostrożnie spojrzała przez ramię.
W oddali dostrzegła wysokiego mężczyznę w czarnym płaszczu. Na głowie miał ciemny kapelusz, który prawie całkowicie zasłaniał jego twarz, dodając mu przerażającego wyglądu.
Zuzia szybko odwróciła wzrok i ruszyła jeszcze szybciej. Serce biło tak mocno, że wydawało się, iż każdy przechodzień mógłby je usłyszeć. Teraz nie miała już wątpliwości: ten człowiek naprawdę podążał za nią.
Ciężkie kroki zbliżały się coraz bardziej, a dystans między nimi malał w zastraszającym tempie. Do domu pozostał tylko jeden kwartał drogi, a strach nagle stał się tak przytłaczający, że nogi zdawały się być ołowiane.

Dziewczynka ponownie odwróciła się i spojrzała w jego oczy. Jego spojrzenie było zimne i puste, a twarz ukryta w cieniu kapelusza wyglądała obco i złowrogo. Ulica wydawała się opustoszała, a ta cisza tylko potęgowała grozę. Każde inne dziecko w tej sytuacji zapewne zaczęłoby uciekać lub krzyczeć, ale Zuzia zachowała się zupełnie inaczej.
Nagle zatrzymała się na środku drogi, powoli obróciła się w stronę nieznajomego i pewnie spojrzała mu w oczy. A potem zrobiła dokładnie to, co ocaliło jej życie.
Zamiast pędzić do domu i tracić cenne sekundy, skręciła gwałtownie do podwórka sąsiedniego domu i energicznie zapukała do drzwi, za którymi mieszkali starsi państwo.
Serce biło jej tak mocno, że miała wrażenie, iż lada chwila wyskoczy z piersi, ale dziewczynka starała się nie okazywać paniki.
Po kilku sekundach drzwi otworzyła starsza kobieta. Spojrzała zdziwiona na dziecko, a Zuzia niemal teatralnie, pewnym siebie głosem powiedziała:
— Babciu, już jestem. Tato wrócił z pracy? Obiecał, że pomoże mi napisać wypracowanie „Mój tata jest policjantem”.
Kiedy kobieta jeszcze nie zdążyła zareagować, Zuzia nachyliła się lekko do niej i niemal szeptem dodała:
— Proszę, pomóż mi, ktoś za mną idzie.

Twarz kobiety natychmiast się zmieniła. Nie pytała o szczegóły, od razu zrozumiała sytuację. Mocno chwyciła Zuzię za rękę, wprowadziła ją do domu i głośno powiedziała tak, aby było słychać na ulicy:
— Oczywiście, kochanie, tata już dawno w domu. Chodź, czeka na ciebie.
Następnie zawołała męża. Starszy mężczyzna wyszedł do przedsionka, spokojnie podszedł do drzwi i uważnie rozejrzał się po ulicy.
Człowiek, który śledził Zuzię, dostrzegł, że dziewczynka jest już bezpieczna w domu, przy dorosłych i nie jest sama. Zatrzymał się, stał przez kilka sekund, po czym nagle odwrócił się i szybko odszedł, nie oglądając się za siebie.
Dopiero gdy drzwi się zamknęły, Zuzia wybuchła płaczem. Jej ręce drżały, głos się łamał, a w oczach była przerażająca groza, która natychmiast uświadomiła starszej parze, że wszystko mogło skończyć się zupełnie inaczej.
Wieczorem sąsiadka odprowadziła ją do domu, a matka, gdy dowiedziała się o wydarzeniu, jeszcze długo nie mogła dojść do siebie.
Później wszyscy zgodnie mówili jedno: Zuzię uratowała nie cudowna moc, lecz jej pomysłowość, bo w tej strasznej chwili mała dziewczynka potrafiła zachować się mądrzej niż wielu dorosłych.