Etap 1. Hałaśliwe przyjęcie i cicha dziewczynka
…Lecz los postanowił inaczej.
Drzwi do pokoju dziecięcego otworzyły się gwałtownie, bez pukania — tak wchodziła osoba przekonana, że wszystko jej wolno. W progu stanęła Teresa Kowalska, w eleganckiej sukni, starannie uczesana „na gości”, trzymająca w ręku torbę z cukierni i z wyrazem twarzy sugerującym, że jej sama obecność powinna wywołać uśmiech na wszystkich.
— Ojej, — powiedziała, spoglądając na półmrok w pokoju. — Co to za żałobny nastrój? Jak w szpitalu, naprawdę.
Anna nawet nie odwróciła głowy — siedziała przy córce. Lena oddychała ciężko, usta miała suche, a na poduszce rozlała się ciemna plama potu.
— Proszę, cicho, — spokojnie poprosiła Anna. — Ma wysoką gorączkę.
— Widzę to, — Teresa podeszła bliżej, pochyliła się nad Leną i przyłożyła dłoń do jej czoła, jakby sprawdzając jakość towaru. — Gorączka. Nic wielkiego, przejdzie. Kiedyś dzieci i z czterdziestką chodziły.
Anna nagle się wyprostowała.
— Kiedyś się nie leczyło, tylko przeżywało, — odparła sucho. — Teraz postępuje się inaczej.
Teściowa uniosła zdziwiona brwi. Janek, stojący za jej plecami, cicho odkaszlnął — ostrzeżenie dla Anny: „nie zaczynaj”.
— Janku, — Teresa rozprostowała ramiona — co tu się dzieje? Goście wkrótce przyjdą, a ja widzę, że stół nadal pusty.
Anna przeniosła spojrzenie na męża. W jego oczach było widać błagalną prośbę: „wytrzymaj jeszcze chwilę”.
— Janie, — szepnęła cicho, — Lenie potrzebny jest natychmiast lek przeciwgorączkowy i lekarz. Teraz, natychmiast.
— Wezwę prywatnego lekarza, — machnął ręką — ale urodzin nie odwołamy. Nie przesadzaj.
Anna powoli wstała. Mokry ręcznik zsunął się jej z rąk na podłogę. Spojrzała na męża tak, jakby widziała przed sobą obcą osobę po raz pierwszy.
Etap 2. „Nie przesadzaj” i termometr jako dowód
Anna wyszła z pokoju dziecięcego, delikatnie zamknęła drzwi — prawie bezgłośnie. Ale ta cisza brzmiała głośniej niż każdy krzyk.
W kuchni Janek ustawiało kieliszki, a Teresa rozkładała przywiezione ciasteczka, rozporządzając jak u siebie w domu.
— Janku, sałatka bez tych… jak to się tam nazywa… awokado. Normalni ludzie, nie internetowi modnisie.
— Tak, mamo, oczywiście, — zgodził się szybko Janek.
Anna położyła na stole termometr, jakby to był najważniejszy dowód.
— Trzydzieści dziewięć i dwa, — oznajmiła. — To nie „przejdzie samo”. To ryzyko drgawek.
Teresa prychnęła z pogardą:
— Ojej, przestań panikować. Młode mamy czytają teraz pełno stron…
— Nie czytam stron, — przerwała jej Anna. — Nie spałam trzecią noc. Widzę stan własnego dziecka.
Janek odsunął kieliszek z irytacją:
— Aniu, już dość. Damy syrop, i wszystko będzie w porządku. Mama już w drodze, goście jadą…
Anna długo wpatrywała się w niego spokojnie.
— Twoja mama ma urodziny, a Lena ma prawie czterdzieści gorączki, a ty nadal wybierasz matkę? — spytała cicho.
Nie krzyczała, nie wpadała w histerię. Dlatego było przerażająco — nawet dla niej samej.
Janek zamrugał zdezorientowany.
— Chcesz, żebym wyrzucił mamę za drzwi?
— Chcę, żebyś stał się ojcem, — odparła Anna. — Chociaż dziś.
Teresa od razu wtrąciła:
— Zaczyna się. Słyszysz, Janku? Manipuluje dzieckiem. Zawsze tak: przyjadę — od razu gorączka, lekarz, dramat.
Anna ostro spojrzała na teściową.
— Naprawdę tak mówisz? — zapytała lodowatym głosem. — Sugestia, że córka zachorowała, by cię zdenerwować?
Teściowa wyprostowała się jeszcze bardziej:
— Mówię tylko, że niektóre zbiegi okoliczności wyglądają dziwnie.
Janek bezradnie uniósł ręce:
— Mamo, dość… Aniu, proszę, opanuj się. Bez skandalu.
I to właśnie „bez skandalu” doprowadziło Annę do granic. Bo w praktyce znaczyło: „milcz”.
Etap 3. Pogotowie na głośnej linii i cisza, którą usłyszeli wszyscy
Anna wzięła telefon i wybrała pogotowie. Tu, przed ich oczami. Bez „później”, bez „zastanówmy się”.
— Dzień dobry, dziecko czteroletnie, gorączka trzydzieści dziewięć i dwa, trwa trzeci dzień i nie spada…
Janek zbledł.
— Co robisz? — warknął, próbując zasłonić mikrofon dłonią. — Zaraz przyjdą sąsiedzi, mama…
Anna odsunęła jego rękę.
— Nie obchodzi mnie, kto to zobaczy, — powiedziała cicho. — Słyszę, jak oddycha moja córka.
Teresa opadła ciężko na krzesło, jakby siłą odebrano jej przyjęcie.
— Właśnie! — wyszeptała złośliwie. — Tylko by rodzinę skompromitować. Pogotowie to…
— Pomoc medyczna, — przerwała Anna stanowczo.
Operator zadawał pytania, Anna odpowiadała precyzyjnie, bez emocji. Janek w tym czasie chodził po kuchni w tę i z powrotem, jakby szukał wyjścia z sytuacji, w której musiał wreszcie wybrać stronę.
W pewnym momencie zatrzymał się.
— Dobrze, — powiedział cicho. — Jeśli będzie trzeba, pojadę z wami.
Anna spojrzała mu w oczy.
— Nie „jeśli”, — odparła. — Jedziesz jako ojciec. Koniec.
Chciał coś odpowiedzieć, lecz wtedy w pokoju dziecięcym usłyszała Lenka skowyt — niegłośny, skarżący, jakby wołała przez sen, przestraszona czymś niewidzialnym.
Anna pobiegła tam pierwsza.
Etap 4. Drgawki, które mówiły więcej niż słowa
Lena leżała na boku, powieki półprzymknięte. Małe rączki drżały. Anna od razu zrozumiała — zaczyna się.
