Czekałam na Wiktora przy wejściu do restauracji. Pisaliśmy ze sobą przez mniej więcej dwa tygodnie i z jego wiadomości wynikało, że jest całkiem normalnym, rozsądnym człowiekiem: pracował jako taksówkarz, był po rozwodzie i miał już dorosłą córkę. Umówiliśmy się na spotkanie w włoskiej restauracji na Tagance — to była jego propozycja. Przyjechałam kilka minut wcześniej i czekałam przy drzwiach.
Przyszedł dokładnie o siódmej, tak jak ustaliliśmy. Wysoki, krępy, w dżinsach i koszuli. Jednak nie był sam — towarzyszył mu inny mężczyzna, niższy, w sportowej kurtce. Wiktor podszedł do mnie i podał rękę.
— Cześć, Marino. To Sasza, mój kolega. Dzisiaj jest ze mną.
Zaskoczyło mnie to.

— Cześć… przepraszam, ale czy nie mieliśmy spotkać się tylko we dwoje?
Wiktor uśmiechnął się, jakby wszystko było zupełnie normalne.
— No tak, ale Sasza był niedaleko, więc pomyślałem, że może dołączyć. Samemu siedzieć nudno.
Sasza kiwnął głową i również wyciągnął rękę.
— Nie martw się, nie będę przeszkadzał. Posiedzę chwilę, posłucham i zaraz się zwinę.
Stałam, nie wiedząc, jak się zachować. Mogłam po prostu odejść, ale oni już przyszli i robienie sceny przy wejściu było krępujące. Postanowiłam dać temu spotkaniu szansę — może to tylko zbieg okoliczności. Weszliśmy do środka i zajęliśmy stolik. Wiktor z Saszą usiedli obok siebie, ja naprzeciwko.
Kelner przyniósł menu. Otworzyłam je, żeby coś wybrać, ale Wiktor niemal od razu powiedział:
— Sasza, zamówimy dużą pizzę na dwóch. A ty, Marino, weź sobie coś osobno.
Spojrzałam na niego.
— A mogę zjeść pizzę razem z wami?
Wiktor zawahał się.
— No… chyba tak. Tylko czy jesz dużo? My jesteśmy naprawdę głodni, potrzebujemy konkretnej kolacji.
Zamknęłam menu bez słowa.
— Rozumiem. W takim razie zamówię makaron.
Kelner zapisał zamówienie: pizza „cztery sery”, carbonara, dwa piwa dla nich i sok dla mnie. Czekając, Wiktor i Sasza rozmawiali głównie między sobą — o samochodach, pracy i piłce nożnej. Ja siedziałam w milczeniu, czasem tylko przytakując. Sasza kilka razy coś uprzejmie do mnie powiedział, ale Wiktor zdawał się zupełnie zapomnieć, że to miała być randka.
Kiedy przyniesiono jedzenie, natychmiast zabrali się za pizzę, a ja spokojnie jadłam swoją pastę. Wiktor jadł, popijał piwo i śmiał się z żartów kolegi. Skończyłam wcześniej, oni wciąż jedli. Potem zamówili jeszcze po piwie. Siedziałam, patrzyłam w okno i miałam wrażenie, że to najgorsze spotkanie w moim życiu.

Gdy w końcu skończyli, Wiktor poprosił o rachunek. Wynosił 4800 rubli. Szybko coś policzył w telefonie i powiedział:
— Marino, podzielmy to na trzy równe części. Po 1600 od osoby — tak będzie sprawiedliwie.
Przez chwilę myślałam, że się przesłyszałam.
— Czyli mam zapłacić także za waszą pizzę i piwo?
Skinął głową, zupełnie spokojny.
— No tak. Przecież siedzieliśmy razem. Byłoby dziwnie, gdybym tylko ja zapłacił. Jesteś nowoczesną kobietą, powinnaś to rozumieć.
Sasza dorzucił:
— No weź, nie przesadzaj. Nie jesteśmy milionerami.
Wyjęłam portfel, odliczyłam dokładnie tyle, ile kosztowało moje zamówienie — tysiąc rubli — położyłam na stole i wstałam.
Wiktor złapał mnie za rękę.
— Dokąd idziesz? Jeszcze nie zapłaciliśmy!
Uwolniłam się.
— Za siebie już zapłaciłam. Resztę załatwcie sami.
Wyszłam z restauracji i zamówiłam taksówkę. Oni wybiegli za mną, a Wiktor krzyczał:
— Co ty robisz?! Wystawiłaś nas!
Wsiadłam do auta i odjechałam. Wieczorem napisał mi długą wiadomość, że jestem egoistką i zepsułam im wieczór. Natychmiast go zablokowałam.

Drugie spotkanie — mężczyzna, który liczył każdą złotówkę
Miesiąc później znów spróbowałam randkowania. Poznałam Igora — miał 51 lat i był prawnikiem. Po tygodniu rozmów spotkaliśmy się w kawiarni. Wyglądał solidnie.
Zamówiłam sałatkę i herbatę, on zupę i kompot.
Gdy przyniesiono jedzenie, wyjął z kieszeni zwykły kalkulator i położył go obok talerza.
— Po co ci to? — zapytałam.
— Żeby dokładnie policzyć rachunek. Lubię precyzję.
Myślałam, że żartuje. Nie żartował.
Po posiłku rachunek wyniósł 900 rubli. Igor zaczął dokładnie wyliczać: ile kto zjadł, ile kosztują serwetki, nawet doliczył wodę.
Nie mogłam w to uwierzyć.
— Może po prostu podzielimy rachunek na pół?
— Nie, to byłoby niesprawiedliwe. Zjadłem mniej.
Położyłam pieniądze i wstałam.
— To koniec naszej znajomości.
— Dlaczego? — zapytał.
— Bo nie chcę być z kimś, kto wycenia serwetki.
Trzecie spotkanie — mężczyzna, który przyszedł tylko „posiedzieć”

Kolejny miesiąc później poznałam Olega. 54 lata, rozwiedziony, pracował w IT. Wydawał się sympatyczny.
Spotkaliśmy się w restauracji. Spóźnił się, ale przeprosił. Otworzyliśmy menu.
— Ty wybierz — powiedział.
Zamówiłam sałatkę i herbatę. Kelner zapytał jego:
— A dla pana?
— Nic, dziękuję. Jadłem w domu.
Zdziwiłam się.
— Nic nie zamówisz?
— Nie jestem głodny. Przyszedłem tylko dla towarzystwa.
Siedział naprzeciwko i patrzył, jak jem. Czułam się bardzo niezręcznie.
Zapłaciłam rachunek i wyszliśmy.
— To dlatego, że nic nie zamówiłem? — zapytał.
— Dlaczego zaprosiłeś mnie do restauracji, skoro nie zamierzałeś nic zamawiać?
— Bo tu jest przyjemnie.
Wnioski
Po pół roku przestałam chodzić na przypadkowe randki. Zrozumiałam jedno: problem nie polega na pieniądzach, lecz na podejściu. Tacy mężczyźni nie traktują kobiety jak osoby.
Chcą relacji bez żadnego wkładu — ani emocjonalnego, ani finansowego. Oczekują uwagi, ale sami nie dają nic.

Najbardziej zdziwiło mnie to, że każdy z nich poczuł się urażony. Każdy twierdził, że to ja jestem problemem.
A przecież chodzi tylko o podstawowy szacunek.
To nie luksus — to kwestia wychowania.
I teraz zastanawiam się: czy to normalne przyjść na pierwszą randkę z kolegą bez uprzedzenia? Czy ktoś, kto liczy koszt serwetek, jest gotowy na związek? I czy da się budować relację z kimś, kto zaprasza do restauracji, a sam nic nie zamawia?
