Galinę spotkałem miesiąc temu na jubileuszu mojego dawnego przyjaciela Pawła. Wysoka, elegancka, z subtelnym zapachem perfum i starannie ułożonymi włosami. Miała pięćdziesiąt siedem lat, a mimo to wyglądała znakomicie. Rozmawialiśmy, tańczyliśmy, a ja czułem, że oto kobieta, z którą można by spokojnie spędzić późniejsze lata życia.
Nasze randki były lekkie i przyjemne: spacery po parku, karmienie wiewiórek, kino. Galina była wyważona, rozmowna, nie narzucała się. Słuchałem o jej dorosłym synu w Moskwie, o zdrowiu, o życiu codziennym. Powoli zacząłem myśleć, że może warto z nią zamieszkać. Samotność czasem daje się we znaki, zwłaszcza wieczorami, gdy wraca się do pustego mieszkania.
Na piątym spotkaniu zaprosiłem ją do siebie. Przygotowałem kolację: wino, sery, owoce. Rozmowy, muzyka, potem tańce w salonie. W końcu znaleźliśmy się w sypialni. Chciałem bliskości, ciepła i delikatności.
Galinę ujęła naturalność, jej figura była w porządku jak na jej wiek. Lecz kiedy położyła się przede mną i uniosła ręce, zobaczyłem pod pachami gęste, ciemne włosy długości kilku centymetrów. Nie była to „przypadkowa niedbałość”; wyglądało to tak, jakby przez długi czas nie dbała o ten obszar. Pojawił się też intensywny zapach, mieszający perfumy z naturalnym aromatem ciała.
Moje pożądanie natychmiast wygasło. Kończyłem to niemal automatycznie, unikając głębszego oddechu, czując wewnętrzny dyskomfort. Przez kilka dni unikałem kontaktu, próbując zrozumieć sytuację. Może to był przypadek, może zmęczenie, a może po prostu jej naturalność była ważniejsza niż moje oczekiwania.
W końcu spotkaliśmy się na kawie. W drodze na przystanek zebrałem się na odwagę:
— Galu, bardzo mi się podobasz, ale jest jedna kwestia… nie złość się.
Ona od razu się wzdrygnęła:
— Co się stało?
Delikatnie próbowałem wyjaśnić:
— Dbam o higienę. Sam staram się o siebie. Byłoby miło, gdybyś też zwracała uwagę na takie rzeczy jak… pachy. To kwestia schludności i komfortu.
Ona wybuchnęła śmiechem:
— Serio? Mam pięćdziesiąt siedem lat! Nie jestem dziewczynką, by tam wszystko oczyszczać. Skóra jest wrażliwa, później podrażnienia. To naturalne. Mój mąż nigdy się tym nie przejmował. Po prostu jesteś rozpieszczony.
Gdy próbowałem tłumaczyć, że chodzi o higienę, odpowiedziała ostro:
— Nie będę się tym zajmować. Kto chce — zaakceptuje mnie taką, jaka jestem. Kto nie, niech szuka innej.
W tej chwili zrozumiałem, że problem nie dotyczy tylko włosów. Liczyło się jej nastawienie — jej obojętność wobec moich odczuć. Później zauważyłem, że nie dbała także o owłosienie nóg. Wtedy wszystko stało się jasne.
Zakończyłem kontakt. Napisała kilka razy, odpowiadałem krótko. Stopniowo relacja wygasła.
Przemyślałem to wiele razy i doszedłem do wniosków: dla mnie istotna jest dbałość o siebie i poczucie kobiecości. Higiena to wyraz szacunku wobec partnera. Pielęgnacja nie jest kwestią wieku, lecz chęci żyć pełnią życia, a nie tylko istnieć.
Teraz jestem sam. Piątkowy wieczór, cisza. Mógłbym być z nią, ale wiem, że nie zdołałbym zignorować tego, co wywołuje we mnie odrazę. Dla mnie to ważny element bliskości. Zastanawiam się, czy warto szukać dalej. Na pewno nie chcę zmuszać się do akceptowania czegoś, co mi przeszkadza.
A wy, co sądzicie? Czy to rzeczywiście zasadnicza kwestia, czy może przesadzam? Czy należy akceptować partnera w pełni, czy też pewne rzeczy można omawiać i oczekiwać zmian?
