Do czterdziestego szóstego roku życia zdążyłem zrozumieć jedną rzecz: związek powinien dawać spokój, jasność i poczucie, że druga osoba naprawdę cię słyszy.
Kiedy jakieś cztery miesiące temu poznałem Iwonę na portalu randkowym, byłem przekonany, że patrzymy na świat niemal identycznie. Miała czterdzieści dwa lata, a to już ten etap, kiedy człowiek ma zwykle dość młodzieńczych dramatów, gier, niedomówień i zgadywania, co ktoś właściwie miał na myśli.
Na początku naprawdę układało się świetnie. Powoli się poznawaliśmy, dużo rozmawialiśmy, a Iwona sprawiała wrażenie kobiety rozsądnej, spokojnej i bardzo konkretnej.
Z czasem wyszło jednak na jaw coś, co z dnia na dzień coraz bardziej działało mi na nerwy. Nie znoszę wiadomości głosowych. Uważam je za zwykły brak szacunku do cudzego czasu i prywatnej przestrzeni.
Gdy dopiero zaczynaliśmy znajomość i trzymaliśmy jeszcze uprzejmy dystans, Iwona pisała normalnie. Owszem, czasem zdarzało się krótkie audio, ale mieściło się to jeszcze w granicach rozsądku — choćby wtedy, gdy wracała z zakupami i miała zajęte ręce.
Ale mniej więcej po miesiącu, kiedy etap lekkiego flirtu przeszedł w coś bliższego i najwyraźniej oficjalnie trafiłem do jej „najbliższego kręgu”, wiadomości tekstowe praktycznie przestały istnieć. Iwona zaczęła nadawać jak całodobowa stacja radiowa.
Od razu powiedziałem jej wprost, że taki sposób komunikacji bardzo mi nie odpowiada.
– Iwona, proszę, pisz normalnie. W pracy tego nie odsłucham, w domu też nie zawsze mam na to warunki – tłumaczyłem.
– Oj, no Krzysiu, przecież tak jest szybciej! Suszę paznokcie, niewygodnie mi stukać w ekran – odpowiadała z miną niewiniątka.
Na początku jeszcze się hamowałem i próbowałem podejść do tego ze spokojem. Ale im dalej, tym bardziej absurdalne się to robiło.
Iwona należała do tego rzadkiego gatunku ludzi, którzy nie wysyłają audio po to, by szybko przekazać jedną informację, tylko zamieniają je w niekończące się podcasty o własnym życiu. Otwierasz wiadomość, widzisz trzy i pół minuty, przykładasz telefon do ucha, licząc na coś ważnego, i słyszysz:
„Krzysiek, cześć… Ojej, czekaj, gdzie ten kot znowu wlazł… zejdź ze stołu, słyszysz?! Dobra, o czym ja mówiłam… Aha, słuchaj, idziemy dziś do kina? Bo ja myślę… ojej, mleko mi wykipiało, sekundę! No więc może jednak nie kino, tylko zwykły spacer po parku?”.
I stoisz jak ostatni idiota, słuchając syczącego mleka, wrzasków na kota, brzęku naczyń i aktorskich pauz, żeby z całego tego potoku wydobyć jedno proste pytanie o wieczór.
Po trzech miesiącach miałem tego serdecznie dość. Zacząłem ostro ucinać te jej radiowe audycje.
– Iwona, nie odsłuchuję twoich głosówek. Napisz konkretnie, o co chodzi – odpowiadałem chłodno na kolejną dźwiękową bombę.
Fukała, obrażała się, przez pół dnia pisała demonstracyjnie krótkimi, urywanymi zdaniami, a wieczorem znowu wracała do swojego pięciominutowego monologu z odgłosem gotującego się garnka w tle.
Ostatnia normalna rozmowa na ten temat wydarzyła się w zeszłym tygodniu. Byliśmy umówieni na kolację. Wsiadłem do auta, odpaliłem silnik i stojąc na światłach, wysłałem jej krótkiego SMS-a:
„Wyjeżdżam. O której dokładnie mam po ciebie być?”.
Ekran tylko mignął. Od Iwony przyszła głosówka. Prawie dwie minuty.
Siedziałem za kierownicą. Telefon był przypięty do uchwytu magnetycznego. Gdyby odpisała tekstem, zobaczyłbym na zablokowanym ekranie choćby samo „19:30”, rzuciłbym na to okiem i pojechał dalej, nie odrywając rąk od kierownicy. Ale żeby odsłuchać audio, musiałbym odwracać uwagę od drogi, zdejmować telefon z uchwytu i podgłaśniać wszystko na maksa.
Gdy tylko mogłem, zjechałem na bok i do niej zadzwoniłem.
– Iwona, prowadzę. Zadałem proste pytanie, na które wystarczy odpowiedzieć czterema cyframi. Po co mi wysyłasz dwuminutową głosówkę?
– No Krzysiek, puść sobie na głośniku, czemu ty znowu się nakręcasz?! – oburzyła się. – Po prostu od razu opowiadałam ci, że rozerwałam sukienkę podczas szykowania się i cały humor mi siadł!
– Koniec, Iwona. Naprawdę skończyła mi się cierpliwość – powiedziałem bardzo spokojnie. – Uprzedzałem cię wiele razy. Od tej chwili nie otwieram i nie słucham żadnej twojej wiadomości głosowej. Napiszesz tekstem – odpiszę. Nie napiszesz – trudno.
Nie odpowiedziała nic. Po prostu się rozłączyła. Tego wieczoru zjedliśmy kolację w dość napiętej atmosferze, wymieniając wyłącznie grzecznościowe zdania.
Przez kolejne dni konsekwentnie trzymałem się swojego. Iwona z przyzwyczajenia nadal wysyłała audio. Ja je zwyczajnie ignorowałem. Wiadomości wisiały nieodsłuchane. Wściekała się, próbowała karać mnie ciszą, rzucała obrażone emotikony, ale ja nie odpuszczałem.
Tydzień temu byłem w pracy. Mieliśmy komisję na produkcji, biegałem między głośną halą a gabinetem dyrektora, załatwiając stertę papierów. Telefon miałem w kieszeni, oczywiście wyciszony.
Koło czwartej wyjąłem go tylko po to, żeby sprawdzić godzinę. Na zablokowanym ekranie zobaczyłem powiadomienie: „Iwona: 6 wiadomości głosowych” i kilka nieodebranych połączeń. Ani jednego słowa tekstem.
Spojrzałem na ten pochód mikrofonów i pomyślałem, że to pewnie kolejna długa opowieść o nowej sukience albo o awanturze z kotem. Schowałem telefon z powrotem do kieszeni. Skoro audio, to zapewne nic pilnego. Poczeka do wieczora.
Wolny byłem dopiero chwilę po osiemnastej. Wyszedłem do auta, usiadłem w ciszy, odetchnąłem po ciężkim dniu. Otworzyłem komunikator i włączyłem pierwszą wiadomość.
Z głośnika popłynął całkowicie spanikowany, zapłakany głos Iwony:
„Krzysiek! Pojechałam do centrum handlowego za miastem i na obwodnicy przebiłam oponę! Była wielka dziura, cała schowana pod kałużą! Stoję na poboczu, zapasówkę mam, ale nie mogę odkręcić tych cholernych śrub, tak zapiekły się na amen! Leje jak z cebra, tiry pędzą obok, wszystko mnie ochlapuje błotem! Odbierz albo przyjedź, błagam, bo ja się boję!”.
Pozostałe pięć wiadomości brzmiało podobnie: płakała, klęła na pogodę, na auta mijające ją z impetem i na to, że jestem bezduszny, bo ją ignoruję.
Odpaliłem samochód i ruszyłem na obwodnicę. Znalazłem jej auto dopiero po czterdziestu minutach. Iwona siedziała w środku, owinięta cienką kurtką. Szyby były zaparowane. Na zewnątrz wciąż lał ten paskudny deszcz.
Zaparkowałem za nią na awaryjnych, wyciągnąłem z bagażnika klucz i lewarek. Podszedłem do jej samochodu. Iwona wyskoczyła pod ulewę, z czerwonymi oczami, rozmazanym tuszem i twarzą wykrzywioną od złości oraz przejmującego zimna.
– Gdzie ty byłeś?! – krzyknęła przez szum deszczu. – Siedzę tu od czwartej! Zmarzłam jak pies! Nagadałam ci tyle wiadomości, czemu nie przyjechałeś od razu?!
– Wsiadaj do auta, nie stój na deszczu – rzuciłem sucho, zakładając rękawiczki. – A dlaczego nie zadzwoniłaś po lawetę? Po mobilnego wulkanizatora? Czemu nie zadzwoniłaś do brata, skoro ja nie odbierałem?
– Bo mobilny serwis kazał czekać trzy godziny i za dojazd poza miasto zażądał jakichś absurdalnych pieniędzy! – zaniosła się histerycznym szlochem. – Mój brat jest w delegacji, telefon ma poza zasięgiem! Przez pół godziny próbowałam zatrzymywać auta, machałam rękami, ale przy takim deszczu nikt się nie zatrzymywał, tylko jeden tir oblał mnie z kałuży od stóp do głów! A potem zaczęła mi padać bateria i bałam się, że zostanę tu bez żadnego kontaktu!
Tylko pokręciłem głową. Sama wymiana koła zajęła mi może piętnaście minut. Wrzuciłem brudną oponę do jej bagażnika, otarłem ręce i usiadłem obok niej na miejscu pasażera.
Iwona siedziała za kierownicą i trzęsła się cała, chyba już nie tylko z zimna, ale i z nerwów.
– A teraz posłuchaj mnie bardzo uważnie – powiedziałem, patrząc jej prosto w oczy. – Byłem w pracy, na hałaśliwej hali. Telefon miałem w kieszeni i fizycznie nie mogłem przykładać go do ucha. Gdybyś napisała zwykłe dziesięć słów: „Przebiłam koło na obwodnicy koło stacji, pomóż”, zobaczyłbym to od razu na ekranie. Wystarczyłaby sekunda, nawet bez odblokowywania telefonu. Rozwiązałbym ten problem w mniej niż godzinę.
– Ale ja… w deszczu było mi niewygodnie pisać… ręce mi się trzęsły ze strachu… – próbowała się tłumaczyć, lecz głos nagle opadł jej prawie do szeptu.
– Właśnie przez to, że było ci „niewygodnie” wystukać jeden krótki tekst, przesiedziałaś trzy godziny na trasie pod ulewnym deszczem. Sama urządziłaś sobie ten koszmar przez głupi upór i bezsensowny nawyk nagrywania wszystkiego w formie audio. Sama się za to ukarałaś. Uruchamiaj silnik, jedziemy do domu.
Wysiadłem z jej auta, wróciłem do swojego i ruszyłem za nią, pilnując, żeby na dojazdówce spokojnie i bez kolejnych przygód dotarła na zapasowym kole.
Tego wieczoru już do siebie nie dzwoniliśmy. Rano przyszła od niej wiadomość. Zwykła. Tekstowa:
„Dzień dobry. Dziękuję, że wczoraj przyjechałeś. Przepraszam za histerię, nie miałam racji”.
Od tamtej pory zauważyłem jedną zabawną rzecz. Przez cały dzisiejszy dzień, kiedy pisaliśmy, co jakiś czas w czacie pojawiał się status „nagrywa wiadomość głosową”. Po chwili znikał i zmieniał się na „pisze”. Odruch kliknięcia mikrofonu najwyraźniej nadal działa u niej automatycznie, ale rozum w porę zatrzymuje rękę, przypominając jej o zimnej obwodnicy.
Już od tygodnia trzyma się dzielnie i wysyła mi wyłącznie tekst. Bez garnków w tle, bez przeciągłych pauz, bez tych wszystkich domowych słuchowisk. Zobaczymy tylko, jak długo wystarczy tego wychowawczego efektu i czy ta lekcja naprawdę zostanie z nią na dłużej.
A wy jak podchodzicie do ludzi, którzy chcą rozmawiać wyłącznie głosówkami? Walczycie z tym czy potulnie odsłuchujecie cudze podcasty?
