Po wypadku Tomasz został kaleką. Kiedyś był silnym, pewnym siebie i odnoszącym sukcesy przedsiębiorcą. Teraz siedział na wózku, zależny od cudzej pomocy, cichy i prawie niewidzialny dla świata. Dla żony przestał być człowiekiem, a stał się ciężarem… ładnym, lecz bezużytecznym przedmiotem, który tylko stoi obok i niczego już nie daje.
Marta nie mogła od niego odejść. Gdyby doszło do rozwodu, zostałaby z niczym. Ale gdyby Tomasz „przypadkiem” umarł… wszystko przypadłoby właśnie jej.
I wtedy ta wyrachowana kobieta ułożyła plan.
Zaproponowała mężowi wyjazd nad wodospad. Romantyczna wyprawa, świeże powietrze, piękne widoki — wszystko brzmiało idealnie. Tomasz początkowo się wahał, ale Marta była zaskakująco delikatna, troskliwa, niemal czuła. W końcu się zgodził.
Razem z nimi pojechał także kochanek Marty — Adrian, rzekomo jako bliski przyjaciel rodziny.
Tamtego dnia wszystko wydawało się aż nazbyt spokojne.
Dotarli na sam skraj. Poniżej rozciągała się ogromna przepaść, dudniła woda, a nad skałami wisiała wilgotna mgła. Kamienie były mokre i śliskie. Jeden zły ruch — i był koniec.
Tomasz siedział na wózku i patrzył w stronę wodospadu. Wiatr rozwiewał mu włosy, a w jego oczach czaił się dziwny, niemal nienaturalny spokój.
Marta stanęła za nim. Adrian podszedł z boku.
I właśnie w tej chwili Tomasz zrozumiał wszystko.
— Nie róbcie tego… proszę… — powiedział cicho, nawet się nie odwracając. — Wiem, co zamierzacie… zrobię wszystko, jak chcecie.
Na moment oboje znieruchomieli. Potem spojrzeli na siebie.
— Za późno — odpowiedziała Marta lodowatym tonem.
Tomasz odwrócił głowę. W jego spojrzeniu nie było paniki. Tylko zmęczenie.
— Ja już niczego nie mam… — wyszeptał. — Proszę…
Ale oni podjęli decyzję wcześniej. Adrian gwałtownie szarpnął wózek.
Jedna sekunda — i Tomasz pomknął ku krawędzi. Koła ześlizgnęły się po mokrym kamieniu… a on zniknął w przepaści. Nawet nie zajrzeli w dół.
Marta zasłoniła twarz dłońmi, udając przerażenie. Adrian natychmiast zaczął krzyczeć:
— Spadł! To był wypadek! Ratunku!
Już prawie uwierzyli, że wygrali. Ale nie minęła nawet minuta… kiedy stało się coś, czego nie przewidzieli.
Z dołu dobiegł głos.
Głośny. Wyraźny.
— Nie cieszcie się tak szybko.
Kochankowie zamarli.
Z mgły zaczęły wyłaniać się sylwetki. Kilku mężczyzn. A razem z nimi… Tomasz. Żywy. Przemoczony, ale żywy.
Marta pobladła.
— Jak… to możliwe?..
Powoli uniósł głowę i spojrzał na nich.

— Od dawna wiedziałem o wszystkim.
Okazało się, że kilka dni przed wyjazdem przypadkiem usłyszał ich rozmowę. Najpierw nie chciał w to uwierzyć. Potem sprawdził. I zrozumiał, że to prawda.
Wtedy ułożył własny plan.
Przepisał cały majątek na innych ludzi. Przygotował dokumenty. A na dzień wyjazdu wcześniej umówił ekipę ratowników, która czekała na dole.
Wiedział, że to zrobią. Po prostu dał im okazję.

— Teraz nie macie już nic — powiedział spokojnie. — Ani pieniędzy. Ani wolności.
W tej samej chwili do urwiska podeszli policjanci.
Marta zaczęła coś wykrzykiwać, tłumaczyć się, plątać w słowach. Adrian cofnął się o krok.
Ale było już za późno.
