Z mężem (43 lata) mieszkamy jak uprzejmi współlokatorzy, a ja coraz bardziej tęsknię za czułością i bliskością. Powiedzcie mi, co mam zrobić, zanim między nami zostanie już tylko cisza?

Przyłapałam się ostatnio na tym, że pukam, zanim wejdę do sypialni.

Do własnej. Do naszej.

Śmieszne? Dla mnie wcale nie.

Z mężem żyjemy dziś jak dobrzy sąsiedzi. Uprzejmi. Spokojni. Niezawodni. On pamięta, że piję kawę bez cukru. Ja wiem, jak bardzo nie cierpi deszczu. Spłacamy kredyt, rozmawiamy o wiadomościach, spieramy się o to, który odkurzacz jest lepszy. Wszystko się zgadza. Wszystko wygląda porządnie.

Tylko ja marzę o tym, żeby mnie przytulił.

Nie odruchowo. Nie z obowiązku. Nie takim cmoknięciem na dobranoc w policzek, kiedy już odwraca się do ściany. Chcę, żeby jego oddech musnął mi szyję. Żeby dłoń nie dotykała mnie przypadkiem, tylko naprawdę. Żebym poczuła, że nie jestem dla niego współlokatorką.

Jesteśmy razem od dziesięciu lat. Ja mam trzydzieści osiem lat. On czterdzieści trzy.

I to nasze „sąsiedztwo” wpełzło do życia po cichu. Bez awantur. Bez zdrad. Bez dramatycznego „to koniec, odchodzę”. Po prostu któregoś dnia dotarło do mnie, że od dawna nie patrzyliśmy sobie w oczy dłużej niż trzy sekundy.

Wieczorem on siedzi przy laptopie. Ja z telefonem. Czasem mijamy się w kuchni.

– Będziesz jadł rybę?

– Będę.

– Jest sól?

– Jest.

I na tym kończy się rozmowa.

Próbowałam. Naprawdę. Założyłam nową bieliznę – nie wyzywającą, po prostu ładną. Powiedział tylko: „Świetnie wyglądasz”. I tyle. Podeszłam bliżej, a on pocałował mnie w czoło i powiedział, że jest zmęczony.

On naprawdę jest zmęczony. Praca, odpowiedzialność, raty. Rozumiem to. Sama też bywiam wykończona.

Ale we mnie jest głód.

Nawet nie tylko fizyczny, choć i taki też. Bardziej tęsknota za tym, żeby znów poczuć się pożądaną. Żeby widział we mnie kobietę, a nie osobę, z którą dzieli mieszkanie.

Czasem leżę w nocy i myślę: może coś jest ze mną nie tak? Może w moim wieku już nie wypada aż tyle chcieć? Może normalni ludzie po prostu przechodzą w tryb „partnerzy od codzienności” i tak dociągają do starości?

A potem rano patrzę na niego. Goli się skupiony, w T-shircie lekko napiętym na ramionach. I wtedy wszystko we mnie drży. Mam ochotę podejść, objąć go od tyłu, lekko ugryźć w ramię, roześmiać się. Po prostu żyć…

Ale nie podchodzę.

Bo boję się usłyszeć: „Nie teraz”.

W końcu jednak powiedziałam to na głos.

Nie wprost. Nie: „Już mnie nie pragniesz”. Powiedziałam delikatnie.

Siedzieliśmy w kuchni, deszcz stukał o parapet. Wtedy zapytałam:

– Słuchaj, nie masz wrażenia, że zrobiliśmy się jak… sąsiedzi?

Zdziwił się.

– W jakim sensie?

– Tacy grzeczni. Szanujący się. Ale… bez ciepła.

Zamyślił się.

– Myślałem, że to ci odpowiada – powiedział w końcu. – Nigdy się nie skarżyłaś.

I właśnie to było sedno.

Nie skarżyłam się. Zaciskałam zęby. Czekałam, aż sam zauważy. Sam zechce. Sam wyciągnie rękę.

A on uznał, że wszystko mi pasuje.

– Brakuje mi bliskości – powiedziałam, a głos mi zadrżał. – Nie tylko seksu. Po prostu… ciebie.

Milczał. Już żałowałam, że zaczęłam.

– Boję się – odezwał się nagle cicho.

– Czego?

– Że sobie nie poradzę. Że cię rozczaruję. Że pomyślisz, że nie jestem już taki jak kiedyś.

Patrzyłam na niego i rozumiałam coraz więcej: oboje żyjemy w strachu. Ja boję się odrzucenia. On boi się, że okaże się niewystarczający.

I każde z nas chowa się za rozmowami o zakupach, rachunkach i obiedzie.

Tamtej nocy nie wydarzyło się nic filmowego. Żadnej wielkiej namiętności. Po prostu położyliśmy się bliżej siebie. Objął mnie. Niezgrabnie, jakby dopiero przypominał sobie ten gest. Ja najpierw zesztywniałam – z przyzwyczajenia, z obcości.

I rozpłakałam się.

Cicho. W jego ramię.

Najpierw zamarł. Potem cały się spiął. Poczułam to od razu – jego ciało zrobiło się sztywne jak deska.

– Co się stało? – zapytał głosem, w którym nie było strachu. Była irytacja.

– Tęskniłam… – wyszeptałam.

Odsunął się. Nie gwałtownie. Ale na tyle, żeby między nami znowu pojawiło się powietrze.

– Słuchaj – powiedział, patrząc gdzieś obok mnie – nie chcę, żebyś płakała. Tym bardziej… z tego powodu.

Z tego powodu.

To jedno sformułowanie zawisło w pokoju.

– Przecież cię nie krzywdzę, prawda? – dodał szybko. – Staram się. A jeśli po bliskości płaczesz, to wychodzi na to, że robię coś źle…

Zgubiłam się.

Chciałam powiedzieć: „Nie, to nie dlatego, że jest źle. To dlatego, że coś we mnie odmarzło”. Ale słowa nie przychodziły. Bo w jego głosie nie było współczucia. Była obrona.

– Chcę, żebyś była szczęśliwa – mówił dalej. – Żeby było ci dobrze. A nie… to wszystko.

„To wszystko”.

Moje łzy w jednej chwili stały się czymś niewygodnym. Nie na miejscu. Jakbym zepsuła moment. Jakby zamiast wdzięczności za jego krok dostał ode mnie pretensję.

Szybko otarłam twarz.

– Przepraszam – powiedziałam odruchowo.

Westchnął.

– Nie przepraszaj… Po prostu… ja naprawdę nie rozumiem, czego ode mnie chcesz.

W tym „nie rozumiem” było tyle zmęczenia, że zamilkłam.

Położyliśmy się spać plecami do siebie. Znów tak, jak zwykle.

Rano wszystko wyglądało normalnie. Śniadanie. Wiadomości. Jego koszula przerzucona przez oparcie krzesła. Moje: „Wziąłeś klucze?”.

Tylko we mnie coś się zatrzasnęło.