O chłopcu, który trafił do domu dziecka, wiedział tylko tyle, że znaleziono go płaczącego z głodu i strachu. Matka najwyraźniej nie była całkiem pozbawiona serca — zawinęła malca w ciepły koc, przykryła puszystym szalikiem i pozostawiła w kartonowym pudełku, zapewne bojąc się, że zmarznie.
Nie było żadnej notatki, aktu urodzenia ani śladu, który mógłby zdradzić, kim jest i skąd pochodzi. W maleńkiej rączce trzymał ciężki srebrny wisiorek w kształcie litery „W” — jedyny dar od matki, który pozostał po niej.
Wisiorek nie był zwykłym drobiazgiem; wykonany ręcznie, z wyraźnym znakiem rzemieślnika. Śledczy próbowali dzięki temu tropowi odnaleźć matkę, lecz bez skutku. Jubiler, który go zrobił, odszedł już z tego świata, a w jego księgach nie znaleziono zapisu o tym egzemplarzu.
W ten sposób chłopiec otrzymał w domu dziecka imię Wiktor Bezimienny. Stał się kolejnym sierotą na świecie.
Całe dzieciństwo spędził w domu dziecka na pełnym utrzymaniu państwa. Najbardziej brakowało mu miłości rodziców, a całą duszę oddał marzeniu, by kiedyś odnaleźć mamę i tatę.
„Pewnie coś jej się przydarzyło, stąd ta sytuacja. Na pewno się znajdzie i mnie zabierze”, myślał, jak większość jego towarzyszy nieszczęścia.
Gdy opuszczał dom dziecka, wychowawczyni zawiesiła mu na szyi wisiorek i opowiedziała jego historię.
„Czy to znaczy, że mama chciała, żebym ją odnalazł?” zapytał młodzieniec.
„Może tak, wzruszyła ramionami kobieta. A może po prostu przypadkowo wziąłeś wisiorek z jej szyi. Małe dzieci wszystko chwytają — on nie miał łańcuszka, był tylko ściskany w piąstce!”
Państwo przydzieliło Wiktorowi niewielkie, ale własne mieszkanie. Wstąpił do technikum, ukończył je i znalazł pracę w warsztacie samochodowym.
Z Ludmiłą spotkał się przypadkiem — dosłownie zderzyli się na ulicy. Najpierw tylko potrącili się ramionami, przez co z rąk wypadły jej gazety. Potem, gdy podnosił je razem z nią, stuknęli się czołami, a z ich oczu poleciały iskry.
Tak siedzieli pośrodku chodnika, śmiejąc się przez łzy, podczas gdy przechodnie omijali ich z daleka. Wiktor poczuł w tym momencie coś wyjątkowego.
„Pozwól, że nadrobię to w kawiarni!” zaproponował.
Ludmiła zaskoczona, ale zgodziła się od razu. Chłopak wydał się jej sympatyczny w swojej niezdarności, niemal jak ktoś znajomy.
„Wiesz, Wiktorze, wydaje mi się, że znam cię od zawsze”, wyznała po pięciu minutach.
„Dokładnie to samo pomyślałem!” odpowiedział on.
Zaczęli się spotykać, a ich przywiązanie było tak silne, że nie mogli się od siebie oderwać — dzwonili, pisali, czuli obecność na odległość. Gdy Wiktor skaleczył się lub uderzył w pracy, Ludmiła natychmiast dzwoniła: „Co się stało?”
„To ty, ja to ja. Jesteś moim przeznaczeniem. Szkoda, że nie mam nikogo, by cię przedstawić jako narzeczoną. U mnie nikogo nie ma.”
„A ja mam! I jestem pewna, że spodobasz się moim rodzicom.”
„Jak to, twój chłopak z domu dziecka?!” zawołała matka Ludmiły, Elżbieta, i osunęła się na fotel. „Oszalałaś! Tam wszyscy są źli i nieprzystosowani!”
„Mamo, Wiktor jest dobry, wesoły!” wtrąciła córka. „Nie można wszystkich oceniać po jednym worku!”
„Córka ma rację”, dodał ojciec, Szymon, emerytowany oficer. „Zanim ocenimy, trzeba go poznać. Przyprowadź go, porozmawiamy i wtedy zdecydujemy.”
„Szymon, nie rozumiesz!” krzyknęła żona. „Nie wychowywaliśmy Ludmiły, żeby wyszła za bezdomnego! A co jeśli jego rodzice są alkoholikami?”
„Dowiesz się, gdy go zobaczycie”, odpowiedział mąż z zakłopotaniem.
Elżbieta milczała, zamknęła drzwi do sypialni. Szymon uśmiechnął się do córki: „Spokojnie, przetrwamy to”.
„Dziękuję, tato!” pocałowała go w policzek. „Czy przyjdzie w sobotę?”
„Oczywiście. Musimy sprawdzić, kto tak oczarował moją córkę”.
W wyznaczonym dniu Wiktor, w wyprasowanej koszuli, z bukietami dla Ludmiły i przyszłej teściowej oraz z tortem, stał u progu ich mieszkania.
Ludmiła, promieniejąc, wprowadziła go do kuchni.
„Mamo, tato, poznajcie Wiktora!”
Ojciec podał mu rękę. Elżbieta uśmiechnęła się, wzięła kwiaty, ale nagle zbledła, jakby ujrzała ducha.
„Przepraszam”, powiedziała cicho, najwyraźniej spięta.
Przy stole nagle zapytała:
„Wiktorze, ten wisiorek jest niezwykły. Nie wygląda na masową produkcję.”
„To wszystko, co po matce zostało”, odpowiedział. „Gdy mnie znaleziono, ściskałem go w dłoni”.
Do końca wieczora Elżbieta nie odezwała się ani słowem, jedynie przesuwała widelcem po talerzu. Szymon natomiast, jakby się zżył z chłopakiem, znalazł wspólny język: piłka nożna, wędkarstwo, polowanie.
„Dobry chłopak”, powiedział, gdy Wiktor odchodził.
„Jaki dobry?!” nagle krzyknęła Elżbieta. „Niegrzeczny, niewychowany!”
„Co ty mówisz?” zdziwił się mąż. „On jest uprzejmy i skromny.”
Kobieta była nieugięta. Odwróciła się do córki: „Musisz się z nim rozstać! Natychmiast!”
I bez wyjaśnień zatrzasnęła drzwi.
„Co robić?!”, panikowała Ludmiła. „Jak to mogło się zdarzyć?!”
Spojrzała na starą fotografię za szybą kredensu. Na pożółkłym zdjęciu młoda Elżbieta patrzyła z wyniosłością, a na szyi miała identyczny wisiorek, jak u Wiktora.
„To znaczy, że nie zgubiłam go — to on go wtedy zerwał!” pomyślała.

Wyjęła zdjęcie i schowała do kieszeni, tak by Szymon lub Ludmiła nie zobaczyli.
Całą noc nie spała. Rankiem postanowiła porozmawiać z Wiktorem i namówić go do wyjazdu.
„Córko, wybacz za wczoraj”, powiedziała rano. „Chcę przeprosić Wiktora. Daj mi jego numer”.
Ludmiła, niczego nie podejrzewając, radośnie podała numer. Elżbieta wybrała go drżącymi palcami.
„Wiktorze”, wyszeptała, gdy odebrał, „to ja — twoja matka”.
Na drugim końcu zapanowała cisza jak wieczność.
„Myślałam, że zginąłeś”, kontynuowała przez łzy. „Zostawiłam cię na progu, żebyś przeżył… a ty zerwałeś wisiorek… i przeżyłeś”.
Wiktor stał przy telefonie, ściskając srebrną literę „W”, czując bicie serca w rytm znajomego, rodzinnego głosu, który znał od dzieciństwa, jakby słyszał go we śnie.

Nazajutrz przyszedł nie sam.
Ludmiła weszła do mieszkania za nim, a on, nie patrząc na boki, podszedł prosto do Elżbiety i cicho powiedział:
„Mamo”.
Upadła na kolana, przyciskając jego dłonie do twarzy, i zaczęła cicho płakać, bezgłośnie, jak płaczą ci, którzy boją się, że szczęście jest tylko mirażem.
Szymon, wreszcie wszystko rozumiejąc, jedynie pokręcił głową i wyszeptał:
„No proszę… los, cholera.”
Chłopca znaleziono płaczącego z głodu i strachu na progu domu dziecka: matka, najwyraźniej nie całkiem bez serca, zawinęła go w ciepły koc, przykryła puszystym szalikiem i zostawiła w kartonowym pudełku, by malec nie zmarzł.